14.08.2025, 15:16 ✶
Ku zaskoczeniu absolutnie wszystkich (a przynajmniej tych wszystkich, którzy mieli szansę to widzieć), Millie była cicho.
To nie był zwyczajowy stan jej zachowania i każdy kto znał ją dłużej niż dwie godziny mógł uznać, że musiała się mocno pizgnąć w łeb tego późnego popołudnia, gdy pojawiła się w szpitalu. Cierpliwość jaką okazywała Basiliusowi podczas narzekania na to, że przecież mógł wszystko ogarnąć sam była godna anielskiej istoty, a jej:
– I tak już tu jestem, więc co za różnica? – powiedziane ze spokojem i owczą łagodnością zamknęłoby usta każdemu, chociażby dlatego, że nie padła tam żadna kurwa po drodze.
Z podobną agendą Mildred przeszła przez spotkania z rodziną, wysłuchała kolejny i kolejny i kolejny raz o śmierci jednej z lekarek, która była bliska jej przyjacielowi, więc obchodziło ją to tak bardzo jak bardzo ów przyjaciel okazywał swoją żałobę. Zdawało jej się, gdzieś jej mignęło w głowie, że to chyba była kobieta też związana z zakonem, ale nie była pewna. Nie to było teraz ważne, a rozdygotany Liszek udający, że wcale nie. A może wcale nie udawał? Może ona źle patrzyła? Wyprostowana, z rękami złożonymi przed sobą w cichym oczekiwaniu na to aż Prewett załatwi swoje sprawy. Cicha. Skromna.
Doppelganger, bo jakie byłoby inne logiczne uzasadnienie?
Tymczasem Miles naprzeżywała się już dzisiaj, gdy o poranku szukała swojego brata - brat żył, więc nie był tak nośnym tematem jak zamordowana klątwołamaczka. Potem Thomas, kolejny osobny temat rzeka, o którym nikomu nie chciała mówić zdezorientowana tym wszystkim bardziej nawet niż rozpierdolem dziejącym się ledwie kilka godzin temu w mieście.
Na szczęście istniała teleportacja, więc na zakupy skoczyli do Szkocji - banalne rozwiązanie dla kogoś, kto unikał kominków na rzecz teleportowania dupy nawet z jednego piętra na drugie, a co dopiero, żeby zajrzeć i kupić coś… odpowiedniego do jedzenia. Nie komentowała, nie udawała wymiotów. Jedzenie było też dla Thomasa, a Basilius był lekarzem i najlepiej wiedział, co Figgowi będzie służyć. Tak jak Moody była starą bimbiarą, dlatego wiedziała jakie lekarstwo pomoże temu drugiemu. Dlaczego miałaby to jakkolwiek podważać? Może po cichu liczyła, że Liszek nie będzie narzekał na prywatną stypę, którą zamierzała urządzić wieczorem. Ofiar było więcej, ale ludzkie twarze zamazywały się rzędami statystyki.
– Wybacz, ale on zawsze był dla mnie strasznym chujem, nie ma opcji żebym mu tej nogi żałowała. – parsknęła w końcu, czyniąc te kilka wspólnych godzin w końcu bardziej znajomymi. Nie patrzyła na Liszka skupiając się na robocie czyli randomowemu odkładaniu jedzenia w różne randomowe miejsca. Na przykład kapusta się świetnie prezentowała na talerzach w szafce obok pieca. A jabłka? Może od razu powinna zanieść je do góry?
– Mm… Thomas tak on… – umilkła zawieszając się nad puszkami, których nikt nie opisał a każda miała biały proszek w środku. – Nie robił głupszych rzeczy niż zwykle. W ogóle… słyszałam o Brennie w składziku. Gadali w szpitalu. Wy… coś ten? – Podniosła złote i zaskakująco niepewne oczy na Basiliusa, poddając się w sprawie puszek i odkładając worek z mąką obok nich, robiąc miejsce “na pych” a nie metodą dedukcji. Były powody dla których nie została nigdy detektywem.
Tymczasem śledztwo trwało ale… no, były powody braku awansu. Miles nie należała do ucieleśnienia subtelności. A może zużyła ją na wizytę u rodziny Prewetta? – Ruchacie się czy nie? Bo jak tak, to ona też ma tu pokój. Jakby co… no nie musisz zostawać z nami na piętrze.
To nie był zwyczajowy stan jej zachowania i każdy kto znał ją dłużej niż dwie godziny mógł uznać, że musiała się mocno pizgnąć w łeb tego późnego popołudnia, gdy pojawiła się w szpitalu. Cierpliwość jaką okazywała Basiliusowi podczas narzekania na to, że przecież mógł wszystko ogarnąć sam była godna anielskiej istoty, a jej:
– I tak już tu jestem, więc co za różnica? – powiedziane ze spokojem i owczą łagodnością zamknęłoby usta każdemu, chociażby dlatego, że nie padła tam żadna kurwa po drodze.
Z podobną agendą Mildred przeszła przez spotkania z rodziną, wysłuchała kolejny i kolejny i kolejny raz o śmierci jednej z lekarek, która była bliska jej przyjacielowi, więc obchodziło ją to tak bardzo jak bardzo ów przyjaciel okazywał swoją żałobę. Zdawało jej się, gdzieś jej mignęło w głowie, że to chyba była kobieta też związana z zakonem, ale nie była pewna. Nie to było teraz ważne, a rozdygotany Liszek udający, że wcale nie. A może wcale nie udawał? Może ona źle patrzyła? Wyprostowana, z rękami złożonymi przed sobą w cichym oczekiwaniu na to aż Prewett załatwi swoje sprawy. Cicha. Skromna.
Doppelganger, bo jakie byłoby inne logiczne uzasadnienie?
Tymczasem Miles naprzeżywała się już dzisiaj, gdy o poranku szukała swojego brata - brat żył, więc nie był tak nośnym tematem jak zamordowana klątwołamaczka. Potem Thomas, kolejny osobny temat rzeka, o którym nikomu nie chciała mówić zdezorientowana tym wszystkim bardziej nawet niż rozpierdolem dziejącym się ledwie kilka godzin temu w mieście.
Na szczęście istniała teleportacja, więc na zakupy skoczyli do Szkocji - banalne rozwiązanie dla kogoś, kto unikał kominków na rzecz teleportowania dupy nawet z jednego piętra na drugie, a co dopiero, żeby zajrzeć i kupić coś… odpowiedniego do jedzenia. Nie komentowała, nie udawała wymiotów. Jedzenie było też dla Thomasa, a Basilius był lekarzem i najlepiej wiedział, co Figgowi będzie służyć. Tak jak Moody była starą bimbiarą, dlatego wiedziała jakie lekarstwo pomoże temu drugiemu. Dlaczego miałaby to jakkolwiek podważać? Może po cichu liczyła, że Liszek nie będzie narzekał na prywatną stypę, którą zamierzała urządzić wieczorem. Ofiar było więcej, ale ludzkie twarze zamazywały się rzędami statystyki.
– Wybacz, ale on zawsze był dla mnie strasznym chujem, nie ma opcji żebym mu tej nogi żałowała. – parsknęła w końcu, czyniąc te kilka wspólnych godzin w końcu bardziej znajomymi. Nie patrzyła na Liszka skupiając się na robocie czyli randomowemu odkładaniu jedzenia w różne randomowe miejsca. Na przykład kapusta się świetnie prezentowała na talerzach w szafce obok pieca. A jabłka? Może od razu powinna zanieść je do góry?
– Mm… Thomas tak on… – umilkła zawieszając się nad puszkami, których nikt nie opisał a każda miała biały proszek w środku. – Nie robił głupszych rzeczy niż zwykle. W ogóle… słyszałam o Brennie w składziku. Gadali w szpitalu. Wy… coś ten? – Podniosła złote i zaskakująco niepewne oczy na Basiliusa, poddając się w sprawie puszek i odkładając worek z mąką obok nich, robiąc miejsce “na pych” a nie metodą dedukcji. Były powody dla których nie została nigdy detektywem.
Tymczasem śledztwo trwało ale… no, były powody braku awansu. Miles nie należała do ucieleśnienia subtelności. A może zużyła ją na wizytę u rodziny Prewetta? – Ruchacie się czy nie? Bo jak tak, to ona też ma tu pokój. Jakby co… no nie musisz zostawać z nami na piętrze.