14.08.2025, 23:00 ✶
Philomena Mulciber nie zjawiła się w The Globe z miłości do sztuki — a przynajmniej nie tej sztuki. Ekstaza Merlina — płaski dramat o bezsensownym upokorzeniu, zaprawiony tym smętnym rodzajem romantyzmu w odmianie tak patetycznej, że aż taniej. Na domiar złego z przesłaniem odrzucającym wszystko to, co świętym jawiło się w oczach Philomeny.
Wizytami w teatrze pielęgnowała ona inne swoje miłości, najszczególniej zaś miłość do pokazywania się w towarzystwie. Z rozkoszą przyjmowała wizyty swych znajomych zaglądających do jej loży podczas antraktów, syciła się dusznym perfumem zamożnej socjety wypełniającym The Globe, satysfakcję czerpała z tego, z jaką obojętnością zerkała w dół — na lud mieszczański zajmujący krzesełka. Nie odmawiała sobie także przechadzek po bogatym foyer, w którym łowiło się twarze mniej i bardziej znajome. Teatr rozgrywający się w formalnych ukłonach i uprzejmościach zabawiał ją dalece bardziej niż ten właściwy, sceniczny. Przyjemnie było haczyć elegancko znudzonym wzrokiem o wieczorowe kreacje i śliczne młode twarze.
Tego wieczora Mulciberowej wpadła w szpony ugrzecznionej, półformalnej dyskusji wyjątkowo śliczna buzia, która więcej miała zalet ponad umiejętność prowadzenia zajmującej konwersacji. Elliott Malfoy — miło słuchało się jego młodzieńczego głosu, jeszcze milej patrzyło na tę gładką główkę ozdobioną blond fryzurą, klejnotem rodzinnym. Doprawdy nieodżałowaną stratą było, że Fortinbras Malfoy się zestarzał. Był w wieku Elliotta równie urokliwym chłopcem, a choć i obecnie należał do mężczyzn nie najbrzydszych, brakowało mu tej soczystej świeżości. Szczęśliwie spłodził pięknego syna, który wciąż cieszył oko.
Spacerując po foyer pod ramię z Kanclerzem Skarbu, stara dama w swym bucie na niskim obcasiku i szykownym kapeluszu z piórkiem górowała nad Malfoyem. Philomenę wiek próbował jednakże dogniatać do ziemi, a mężczyzna szedł wyprostowany i z podniesioną głową, emanując tym młodym blaskiem, który mimo różnicy centymetrów czynił go podporą madame Mulciber.
Philomena lubiła otaczać się kosztownymi ozdobami. Mało jej było pereł dociążających szyję i uszy, wpiętych we włosy i wszytych w czarną suknię. Naturalnie zaproponowała Elliottowi dołączenie do niej w loży, aby mieć perłę i u swojego boku. Jakże cenne okazało się jego towarzystwo, gdy doprowadzono ich na wykupiony balkonik, gdzie mającej spędzić ten wieczór z Philomeną Lorien towarzyszył nie kto inny, jak Aaron, stfu, Moody.
Starucha odchrząknęła w tonie nagany, po czym podniosła do oczu wiszący u pasa lorgnon w srebrnej oprawce, jakby potrzebowała się upewnić, że zawodny już wzrok nie płata jej figla. Niemniej mimo zdegustowania towarzystwem, przywitała się z sędzią z bezbłędnie wymierzoną dozą niezrażonego entuzjazmu.
— Złotko, miejsce służby jest z tyłu — szepnęła, kiedy wymieniały swoje poufałe uprzejmości. — Na nogach. Udzielanie im fotela rozleniwia i ociągają się z wykonywaniem poleceń.
Aaronowi skinęła jedynie zdawkowo głową — mniej było w tym powitania, więcej wspaniałomyślnego pozwolenia. Ani auror nie miał wyglądu, ani pożądanego statusu. Wielkie nieba, coraz osobliwszymi stawały się zachcianki Lorien.
Z zadowoleniem dama spostrzegła, że w cieniu w głębi loży zgodnie z jej życzeniem ustawiono stół deserów. Na srebrnych paterach czekały pucharki odświeżającego fruit frappés, gorące czekoladowe fondant, turkish delight i inne cukry. Do dyspozycji gości były również półmiski owoców — pomarańcze, winogrona, kiwi. Okruszyna ledwie z tej obfitości miała zostać skonsumowana, chodziło bowiem o sam gest fundatorki poczęstunku.
— Proszę się śmiało częstować, Lorien, Elliocie — zachęciła Philomena, po czym zdjęła kapelusz i zajęła swoje miejsce w pierwszym rzędzie loży, którego prestiżową wartość niestety zaniżał siedzący tam Moody.
Jeśli Philomena oczekiwała, że Ekstaza Merlina przeniesie ją o pół wieku wstecz — na tę premierę oryginału, na którą w zamierzchłych czasach, niby innym życiu udała się z mężem — miło się rozczarowała. Muzyka została skomponowana od nowa i dla samej tej muzyki warto było dać szansę owej miernej apoteozie zdrady klasowej. Oleander trafił w gusta Philomeny. Choć zaklęty lorgnon pod wpływem stuknięcia palca zamienił się w lornetę, niewielki z niej czyniła Mulciberowa użytek, skupiwszy się początkowo wyłącznie na dźwiękach.
Dopóki na scenie nie pojawiła się czarna Ambicja. Nieśmiertelna Ambicja odradzająca się od dekad w kolejnych młodziutkich tancerkach. Philomena pamiętała Pierwszą Ambicję. Tę, która pięćdziesiąt lat temu była młodą dziewczyną, dziś zapewne już staruchą, którą ścieżki kariery zaprowadziły Merlin raczy wiedzieć gdzie. Na oryginalnym wystawieniu sztuki to Ambicja jako jedyna skradła jej zainteresowanie i zaskarbiła sobie sympatię zmanierowanej pani Mulciber. Śledziła ją nawet wówczas, gdy Ambicja schodziła na drugi plan. Tylko panosząca się po jej kolanie ręka Alexandra seniora wstrzymywała ją tamtego wieczoru od pełnego zanurzenia się w teatrze czarnej łabędzicy.
Natchniony sztuką mąż kupił jej wkrótce pomarańczową suknię. Umarł niedługo później i nie zdążył przed śmiercią przekonać żony do przebrania się w kolory Ekstazy. Wpadła Philomenie suknia przypadkiem w ręce w dniu pogrzebu i kilka sekund za długo wdowa zastanawiała się, jakże dobitnym ostatnim chichotem byłoby stanąć nad grobem Alexandra Mulcibera jako ognista Ekstaza.
Nie była skandalistką, więc chichotała sama do siebie w pustej sypialni Mulciber Manor.
Widziała później wiele Ekstaz bez kuli u nogi, lecz żadna Ambicja nie dorównywała Pierwszej.
Tego wieczora Ambicja była piękną i lekką czarowną istotą, może nawet piękniejszą niż tamta przed laty. Philomena obserwowała ją bez tamtej dawnej pasji, a z goryczą — Ambicja wydała jej się zbyt eteryczna, zbyt delikatna, zbyt ulotna. Mimo to raz po raz starucha wracała do niej lornetą. Nieprzenikniony pozostawał wyraz twarzy Mulciberowej; niepodobna było odgadnąć, o czym myślała i jakie były jej wrażenia — lecz wracała.
Tancerki starły się w walce. Philomena uniosła dłoń w czarnej rękawiczce, a usłużna, dyskretna ręka podała jej talerzyk z malutką kosteczką tureckiego lokum i widelczykiem. Starucha przebiła słodycz cienkimi ząbkami sztućca i wsunęła go do ust. Bursztynowopomarańczowa galaretka zgnieciona między zębami oblepiała je tak, że Mulciber wciąż czuła delight pod językiem, gdy na scenie pojawił się gwóźdź programu, młody Hannibal Selwyn. Scena samobiczowania była zbędnym upokorzeniem kipiącym egzaltacją. Wprost cudownie odegrał Hannibal błazna — takimi dokładnie widziała Philomena chłopaczków z głowami zaczadzonymi bzdurami o romantycznych walorach uwznioślającej cnoty i innych zakazanych miłości. Jakże trafny portret kreślił Selwyn tych naiwnych młodzików pogardzających rodzinnym dziedzictwem i kończących na nizinie. Godny pożałowania obraz upadku, z którego, o zgrozo, tylu czuło dumę.
Rozwleczony po scenie czystokrwisty paniczyk — niezależnie od tego, z ilu piersi wyrwał okrzyk zachwytu — dawniej rzeczywiście byłby czymś kontrowersyjnym i skandalicznym. Lata zmieniły salony, tradycja gniła i ulegała rozkładowi, a biczujący się Merlin nie budził już takiego oburzenia wśród ludzi. Znak czasów — przedmiotem skandalu nie zostawała już wyszukana mimo przesady gra aktorska ludzi takich jak Hannibal Selwyn, lecz jarmarczne gadżety falliczne.
Występy starucha oklaskała oszczędnie, symbolicznie ledwie. Okrzyki i zachwyty były domeną ludźmi prostych. Widownię lornetowała pobieżnie, nie zatrzymując się na nikim konkretnym. Philomena Mulciber choć lubiła przyciągać spojrzenia, sama rozdawała je niechętnie, z łaską. Wiedziała, że teatralne plotki znajdą do niej drogę podczas bankietu.
Wizytami w teatrze pielęgnowała ona inne swoje miłości, najszczególniej zaś miłość do pokazywania się w towarzystwie. Z rozkoszą przyjmowała wizyty swych znajomych zaglądających do jej loży podczas antraktów, syciła się dusznym perfumem zamożnej socjety wypełniającym The Globe, satysfakcję czerpała z tego, z jaką obojętnością zerkała w dół — na lud mieszczański zajmujący krzesełka. Nie odmawiała sobie także przechadzek po bogatym foyer, w którym łowiło się twarze mniej i bardziej znajome. Teatr rozgrywający się w formalnych ukłonach i uprzejmościach zabawiał ją dalece bardziej niż ten właściwy, sceniczny. Przyjemnie było haczyć elegancko znudzonym wzrokiem o wieczorowe kreacje i śliczne młode twarze.
Tego wieczora Mulciberowej wpadła w szpony ugrzecznionej, półformalnej dyskusji wyjątkowo śliczna buzia, która więcej miała zalet ponad umiejętność prowadzenia zajmującej konwersacji. Elliott Malfoy — miło słuchało się jego młodzieńczego głosu, jeszcze milej patrzyło na tę gładką główkę ozdobioną blond fryzurą, klejnotem rodzinnym. Doprawdy nieodżałowaną stratą było, że Fortinbras Malfoy się zestarzał. Był w wieku Elliotta równie urokliwym chłopcem, a choć i obecnie należał do mężczyzn nie najbrzydszych, brakowało mu tej soczystej świeżości. Szczęśliwie spłodził pięknego syna, który wciąż cieszył oko.
Spacerując po foyer pod ramię z Kanclerzem Skarbu, stara dama w swym bucie na niskim obcasiku i szykownym kapeluszu z piórkiem górowała nad Malfoyem. Philomenę wiek próbował jednakże dogniatać do ziemi, a mężczyzna szedł wyprostowany i z podniesioną głową, emanując tym młodym blaskiem, który mimo różnicy centymetrów czynił go podporą madame Mulciber.
Philomena lubiła otaczać się kosztownymi ozdobami. Mało jej było pereł dociążających szyję i uszy, wpiętych we włosy i wszytych w czarną suknię. Naturalnie zaproponowała Elliottowi dołączenie do niej w loży, aby mieć perłę i u swojego boku. Jakże cenne okazało się jego towarzystwo, gdy doprowadzono ich na wykupiony balkonik, gdzie mającej spędzić ten wieczór z Philomeną Lorien towarzyszył nie kto inny, jak Aaron, stfu, Moody.
Starucha odchrząknęła w tonie nagany, po czym podniosła do oczu wiszący u pasa lorgnon w srebrnej oprawce, jakby potrzebowała się upewnić, że zawodny już wzrok nie płata jej figla. Niemniej mimo zdegustowania towarzystwem, przywitała się z sędzią z bezbłędnie wymierzoną dozą niezrażonego entuzjazmu.
— Złotko, miejsce służby jest z tyłu — szepnęła, kiedy wymieniały swoje poufałe uprzejmości. — Na nogach. Udzielanie im fotela rozleniwia i ociągają się z wykonywaniem poleceń.
Aaronowi skinęła jedynie zdawkowo głową — mniej było w tym powitania, więcej wspaniałomyślnego pozwolenia. Ani auror nie miał wyglądu, ani pożądanego statusu. Wielkie nieba, coraz osobliwszymi stawały się zachcianki Lorien.
Z zadowoleniem dama spostrzegła, że w cieniu w głębi loży zgodnie z jej życzeniem ustawiono stół deserów. Na srebrnych paterach czekały pucharki odświeżającego fruit frappés, gorące czekoladowe fondant, turkish delight i inne cukry. Do dyspozycji gości były również półmiski owoców — pomarańcze, winogrona, kiwi. Okruszyna ledwie z tej obfitości miała zostać skonsumowana, chodziło bowiem o sam gest fundatorki poczęstunku.
— Proszę się śmiało częstować, Lorien, Elliocie — zachęciła Philomena, po czym zdjęła kapelusz i zajęła swoje miejsce w pierwszym rzędzie loży, którego prestiżową wartość niestety zaniżał siedzący tam Moody.
Jeśli Philomena oczekiwała, że Ekstaza Merlina przeniesie ją o pół wieku wstecz — na tę premierę oryginału, na którą w zamierzchłych czasach, niby innym życiu udała się z mężem — miło się rozczarowała. Muzyka została skomponowana od nowa i dla samej tej muzyki warto było dać szansę owej miernej apoteozie zdrady klasowej. Oleander trafił w gusta Philomeny. Choć zaklęty lorgnon pod wpływem stuknięcia palca zamienił się w lornetę, niewielki z niej czyniła Mulciberowa użytek, skupiwszy się początkowo wyłącznie na dźwiękach.
Dopóki na scenie nie pojawiła się czarna Ambicja. Nieśmiertelna Ambicja odradzająca się od dekad w kolejnych młodziutkich tancerkach. Philomena pamiętała Pierwszą Ambicję. Tę, która pięćdziesiąt lat temu była młodą dziewczyną, dziś zapewne już staruchą, którą ścieżki kariery zaprowadziły Merlin raczy wiedzieć gdzie. Na oryginalnym wystawieniu sztuki to Ambicja jako jedyna skradła jej zainteresowanie i zaskarbiła sobie sympatię zmanierowanej pani Mulciber. Śledziła ją nawet wówczas, gdy Ambicja schodziła na drugi plan. Tylko panosząca się po jej kolanie ręka Alexandra seniora wstrzymywała ją tamtego wieczoru od pełnego zanurzenia się w teatrze czarnej łabędzicy.
Natchniony sztuką mąż kupił jej wkrótce pomarańczową suknię. Umarł niedługo później i nie zdążył przed śmiercią przekonać żony do przebrania się w kolory Ekstazy. Wpadła Philomenie suknia przypadkiem w ręce w dniu pogrzebu i kilka sekund za długo wdowa zastanawiała się, jakże dobitnym ostatnim chichotem byłoby stanąć nad grobem Alexandra Mulcibera jako ognista Ekstaza.
Nie była skandalistką, więc chichotała sama do siebie w pustej sypialni Mulciber Manor.
Widziała później wiele Ekstaz bez kuli u nogi, lecz żadna Ambicja nie dorównywała Pierwszej.
Tego wieczora Ambicja była piękną i lekką czarowną istotą, może nawet piękniejszą niż tamta przed laty. Philomena obserwowała ją bez tamtej dawnej pasji, a z goryczą — Ambicja wydała jej się zbyt eteryczna, zbyt delikatna, zbyt ulotna. Mimo to raz po raz starucha wracała do niej lornetą. Nieprzenikniony pozostawał wyraz twarzy Mulciberowej; niepodobna było odgadnąć, o czym myślała i jakie były jej wrażenia — lecz wracała.
Tancerki starły się w walce. Philomena uniosła dłoń w czarnej rękawiczce, a usłużna, dyskretna ręka podała jej talerzyk z malutką kosteczką tureckiego lokum i widelczykiem. Starucha przebiła słodycz cienkimi ząbkami sztućca i wsunęła go do ust. Bursztynowopomarańczowa galaretka zgnieciona między zębami oblepiała je tak, że Mulciber wciąż czuła delight pod językiem, gdy na scenie pojawił się gwóźdź programu, młody Hannibal Selwyn. Scena samobiczowania była zbędnym upokorzeniem kipiącym egzaltacją. Wprost cudownie odegrał Hannibal błazna — takimi dokładnie widziała Philomena chłopaczków z głowami zaczadzonymi bzdurami o romantycznych walorach uwznioślającej cnoty i innych zakazanych miłości. Jakże trafny portret kreślił Selwyn tych naiwnych młodzików pogardzających rodzinnym dziedzictwem i kończących na nizinie. Godny pożałowania obraz upadku, z którego, o zgrozo, tylu czuło dumę.
Rozwleczony po scenie czystokrwisty paniczyk — niezależnie od tego, z ilu piersi wyrwał okrzyk zachwytu — dawniej rzeczywiście byłby czymś kontrowersyjnym i skandalicznym. Lata zmieniły salony, tradycja gniła i ulegała rozkładowi, a biczujący się Merlin nie budził już takiego oburzenia wśród ludzi. Znak czasów — przedmiotem skandalu nie zostawała już wyszukana mimo przesady gra aktorska ludzi takich jak Hannibal Selwyn, lecz jarmarczne gadżety falliczne.
Występy starucha oklaskała oszczędnie, symbolicznie ledwie. Okrzyki i zachwyty były domeną ludźmi prostych. Widownię lornetowała pobieżnie, nie zatrzymując się na nikim konkretnym. Philomena Mulciber choć lubiła przyciągać spojrzenia, sama rozdawała je niechętnie, z łaską. Wiedziała, że teatralne plotki znajdą do niej drogę podczas bankietu.
głosujcie na mnie, bo nie macie innego wyjścia