16.08.2025, 14:39 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.08.2025, 14:40 przez Samuel McGonagall.)
Samuel nie był wybitnie nawykły do mówienia, głównie ze względu na fakt, że jego matka nie lubiła zbyt dużej ilości dźwięków poza dźwiękami płynącymi wprost z natury. Z rozrzewnieniem jednak wspominał swoje pogawędki z ojcem na rybach, a teraz w obecności nieznajomego czuł podobną ekscytację na myśl o słowach, które mogły się pojawić. Słowach, które pozbawione wcześniej odbiorcy pusto odbijały się o kozie uszy i ptasie pióra. Mężczyzna nie tęsknił bynajmniej za poprzednim życiem. Knieja od najmłodszych lat była domem. Jego domem. Jedynym domem.
Ale tęsknił za ojcem.
– W czasie jarmarku, przez dwa, trzy tygodnie. Sprzedaje rzeźby i to co uda mi się w namiarze znaleźć w lesie. Czasem dobrze podreperować buty. Poduczyć się nowej sztuczki. – Błekitne oczy przywodzące na myśl letnie, bezchmurne niebo, padły na miseczkę pełną niewielkich amuletów ochronnych nanizanych na skórzane rzemienie. Sztuczki, ale lubił myśl o tym, ze tak jak on jest jednością z lasem, tak i jego magia może stać się jednością z drzewem przemienionym w drewno. Wyciągnął jeden z amulatów. Bezpieczny powrót. Gdziekolwiek jest dom, gdziekolwiek cel kilkugodzinnej wędrówki.
Odłożył kubek, po czym w dwóch krokach podszedł do czarodzieja, stajac tuż przy nim. Czarodzieja, który ledwie chwilę temu groził mu różdżką w obawie, że Sam grozi mu. Szorstkie od ciężkiej pracy palce nie zauważyły nawet gdy trąciły skórę maga podczas zakładania amuletu. Sprawnie splątał bez patrzenia supeł na bladym karku patrząc Lovegoodowi prosto w oczy, jeśli te nie uciekły gdzieś w bok.
– Chodź. Zabiorę Cię nad jezioro. Przyda mi się ktoś z kim szybciej naprawię sieci, a jak szybko się uwiniemy, to jest tam mała kapliczka, której nikt nie badał... odkąd żyje, więc trochę zim będzie. – Uśmiechnął się do smutnego daniela, którego ran nie było widac, ale Sam czuł je latami praktyki ze zwierzętami, które cudem unikały wnyków. Dałby mu wtedy najlepsze, najsmakowitsze pędy, soczyste i niewinne w swym pierwszym wyjrzeniu na świat. Dla Lazarusa, który jest, który był badaczem przeszłości kamienny ołtarzyk byłby takim pędem.
Sam odwrócił się i sięgnął po torbę z narzędziami i prowiantem dla siebie, którego było tyle, że mógł też podzielić się z drugim człowiekiem. Dał ją Lazarusowi, samemu skupiając się na zabezpieczeniu Corgi w kurniku i sprawdzeniu czy kozy nie nadszarpnęły umagicznionych lin pilnujących ich obecności przy leśniczówce.
Ale tęsknił za ojcem.
– W czasie jarmarku, przez dwa, trzy tygodnie. Sprzedaje rzeźby i to co uda mi się w namiarze znaleźć w lesie. Czasem dobrze podreperować buty. Poduczyć się nowej sztuczki. – Błekitne oczy przywodzące na myśl letnie, bezchmurne niebo, padły na miseczkę pełną niewielkich amuletów ochronnych nanizanych na skórzane rzemienie. Sztuczki, ale lubił myśl o tym, ze tak jak on jest jednością z lasem, tak i jego magia może stać się jednością z drzewem przemienionym w drewno. Wyciągnął jeden z amulatów. Bezpieczny powrót. Gdziekolwiek jest dom, gdziekolwiek cel kilkugodzinnej wędrówki.
Odłożył kubek, po czym w dwóch krokach podszedł do czarodzieja, stajac tuż przy nim. Czarodzieja, który ledwie chwilę temu groził mu różdżką w obawie, że Sam grozi mu. Szorstkie od ciężkiej pracy palce nie zauważyły nawet gdy trąciły skórę maga podczas zakładania amuletu. Sprawnie splątał bez patrzenia supeł na bladym karku patrząc Lovegoodowi prosto w oczy, jeśli te nie uciekły gdzieś w bok.
– Chodź. Zabiorę Cię nad jezioro. Przyda mi się ktoś z kim szybciej naprawię sieci, a jak szybko się uwiniemy, to jest tam mała kapliczka, której nikt nie badał... odkąd żyje, więc trochę zim będzie. – Uśmiechnął się do smutnego daniela, którego ran nie było widac, ale Sam czuł je latami praktyki ze zwierzętami, które cudem unikały wnyków. Dałby mu wtedy najlepsze, najsmakowitsze pędy, soczyste i niewinne w swym pierwszym wyjrzeniu na świat. Dla Lazarusa, który jest, który był badaczem przeszłości kamienny ołtarzyk byłby takim pędem.
Sam odwrócił się i sięgnął po torbę z narzędziami i prowiantem dla siebie, którego było tyle, że mógł też podzielić się z drugim człowiekiem. Dał ją Lazarusowi, samemu skupiając się na zabezpieczeniu Corgi w kurniku i sprawdzeniu czy kozy nie nadszarpnęły umagicznionych lin pilnujących ich obecności przy leśniczówce.