16.08.2025, 19:09 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.09.2025, 15:13 przez Lazarus Lovegood.)
- Sztuczki?...- powtórzył pytająco - Jakiej na przykład sztuczki?
Mimo całej surrealistycznej otoczki tego spotkania, relaksującej atmosfery lasu i - tak, chyba kompatybilnego sposobu, w jaki komunikował się obcy - Lazarus był Lazarusem. Drgnął niespokojnie, kiedy młodszy czarodziej zbliżył się bez ostrzeżenia, jakby chciał się cofnąc, tylko, że nie bardzo było gdzie. Kiedy potężne ramiona w wyświechtanej koszuli otoczyły jego szyję, zesztywniał.
Za blisko, za blisko!
Nieproszony, obcy dotyk, jak dłonie pielęgniarzy w Lecznicy Dusz, którzy myli go, przebierali i karmili, kiedy leżał w bliskim katatonii stanie, nie chcąc przyjąć do wiadomości, że nadal i całkowicie wbrew swojej woli, żył.
Czuł to samo, co wtedy, więc zrobił to samo, co wtedy. Znieruchomiał, przestał nawet oddychać i skurczył się wewnętrznie jakby chciał oddzielić się w środku od własnej skóry, zminimalizować kontakt i ograniczyć bodźce. Kątem percepcji zarejestrował, że mężczyzna z lasu przygląda się mu uważnie, ale wbił wzrok w ścianę gdzieś nad jego ramieniem.
Obok, to dzieje się gdzieś obok. Nie dotyczy mnie.
Na szczęście dziwne machinacje trwały krótko i nie był zmuszony wciągać w nozdrza pachnącego drugim człowiekiem powietrza. Nie to, żeby brzydził go ten dziwny nieznajomy - nie było po temu żadnego obiektywnego powodu - ale to była bliskość, na jaką nie był gotowy.
Kiedy obcy odsunął się, Lazarus dotknął nowej obecności na swojej szyi. Rzemień i… amulet.
Ukłucie paniki, przeklęty?, ale przecież był klątwołamaczem, więc zamknął rzeźbione drewienko w dłoni i skupił się na wyczuciu ewentualnej drzemiącej w nim magii.
Ochronny.
Takiej… sztuczki?...
Odetchnął, opuszczając dłoń.
- Co… to? To twoje? - zapytał, mając na myśli to, kto jest twórcą amuletu.
Kiwnął głową, gotów udać się nad jezioro, rozruszać i odetchnąć świeżym powietrzem. Po to przecież wyszedł z Lecznicy.
- Nie wiem, czy umiem naprawiać sieci - przyznał uczciwie - ale w najgorszym wypadku dotrzymam ci towarzystwa.
Zastanawiał się, czy czarodziej z lasu czuje się czasami samotny. Samotność była dobra. Bezpieczna i prosta. Cicha.
Z wyjątkiem tych chwil, kiedy w jego głowie rozlegał się krzyk. Buczała nabrzmiewająca magia. Szeptał głos, który kazał mu wracać tam, skąd uciekłeś.
- Wypieprzaj stąd, Love-
Uszczypnął się w ramię, mocno, tak, żeby ból przegonił wspomnienie. Zepchnął pod powierzchnię głos, którego już nigdy nie miał usłyszeć inaczej, niż w swojej głowie. Jak zawsze, wydawało się to świętokradztwem.
Więc tak, w takich chwilach samotność nie była bezpieczna. Ale wtedy żadne towarzystwo również nie mogło mu pomóc.
Lazarus przerzucił torbę prez ramię i wyszedł wraz z obcym przed chatę, zmieniając otoczenie. Wyobraził sobie, że zostawia tamte emocje za drzwiami. Odetchnął pełną piersią, wsłuchując się w śpiew świergotników, żyjących najwyraźniej w jednym z drzew, jak czarodzieje w kamienicy. Uśmiechnął się do siebie.
Pod szatą na ramieniu czuł echo bólu uszczypnięcia. Na szczęście miał już różdżkę, a magipsychiatra, który miał dzisiaj dyżur, nie należał do nadgorliwych i pewnie nie będzie mu się chciało rozpraszać iluzji zasłaniającej siniaki Lovegooda.
Mimo całej surrealistycznej otoczki tego spotkania, relaksującej atmosfery lasu i - tak, chyba kompatybilnego sposobu, w jaki komunikował się obcy - Lazarus był Lazarusem. Drgnął niespokojnie, kiedy młodszy czarodziej zbliżył się bez ostrzeżenia, jakby chciał się cofnąc, tylko, że nie bardzo było gdzie. Kiedy potężne ramiona w wyświechtanej koszuli otoczyły jego szyję, zesztywniał.
Za blisko, za blisko!
Nieproszony, obcy dotyk, jak dłonie pielęgniarzy w Lecznicy Dusz, którzy myli go, przebierali i karmili, kiedy leżał w bliskim katatonii stanie, nie chcąc przyjąć do wiadomości, że nadal i całkowicie wbrew swojej woli, żył.
Czuł to samo, co wtedy, więc zrobił to samo, co wtedy. Znieruchomiał, przestał nawet oddychać i skurczył się wewnętrznie jakby chciał oddzielić się w środku od własnej skóry, zminimalizować kontakt i ograniczyć bodźce. Kątem percepcji zarejestrował, że mężczyzna z lasu przygląda się mu uważnie, ale wbił wzrok w ścianę gdzieś nad jego ramieniem.
Obok, to dzieje się gdzieś obok. Nie dotyczy mnie.
Na szczęście dziwne machinacje trwały krótko i nie był zmuszony wciągać w nozdrza pachnącego drugim człowiekiem powietrza. Nie to, żeby brzydził go ten dziwny nieznajomy - nie było po temu żadnego obiektywnego powodu - ale to była bliskość, na jaką nie był gotowy.
Kiedy obcy odsunął się, Lazarus dotknął nowej obecności na swojej szyi. Rzemień i… amulet.
Ukłucie paniki, przeklęty?, ale przecież był klątwołamaczem, więc zamknął rzeźbione drewienko w dłoni i skupił się na wyczuciu ewentualnej drzemiącej w nim magii.
Ochronny.
Takiej… sztuczki?...
Odetchnął, opuszczając dłoń.
- Co… to? To twoje? - zapytał, mając na myśli to, kto jest twórcą amuletu.
Kiwnął głową, gotów udać się nad jezioro, rozruszać i odetchnąć świeżym powietrzem. Po to przecież wyszedł z Lecznicy.
- Nie wiem, czy umiem naprawiać sieci - przyznał uczciwie - ale w najgorszym wypadku dotrzymam ci towarzystwa.
Zastanawiał się, czy czarodziej z lasu czuje się czasami samotny. Samotność była dobra. Bezpieczna i prosta. Cicha.
Z wyjątkiem tych chwil, kiedy w jego głowie rozlegał się krzyk. Buczała nabrzmiewająca magia. Szeptał głos, który kazał mu wracać tam, skąd uciekłeś.
- Wypieprzaj stąd, Love-
Uszczypnął się w ramię, mocno, tak, żeby ból przegonił wspomnienie. Zepchnął pod powierzchnię głos, którego już nigdy nie miał usłyszeć inaczej, niż w swojej głowie. Jak zawsze, wydawało się to świętokradztwem.
Więc tak, w takich chwilach samotność nie była bezpieczna. Ale wtedy żadne towarzystwo również nie mogło mu pomóc.
Lazarus przerzucił torbę prez ramię i wyszedł wraz z obcym przed chatę, zmieniając otoczenie. Wyobraził sobie, że zostawia tamte emocje za drzwiami. Odetchnął pełną piersią, wsłuchując się w śpiew świergotników, żyjących najwyraźniej w jednym z drzew, jak czarodzieje w kamienicy. Uśmiechnął się do siebie.
Pod szatą na ramieniu czuł echo bólu uszczypnięcia. Na szczęście miał już różdżkę, a magipsychiatra, który miał dzisiaj dyżur, nie należał do nadgorliwych i pewnie nie będzie mu się chciało rozpraszać iluzji zasłaniającej siniaki Lovegooda.