- To mamy co do tego jasność. - Nie wątpiła w to, że się co do tego zgadzają. Zdawała sobie w końcu sprawę, że nie tylko ona nie umiała odnaleźć się w rytmie życia, w którym nie znajdowali się obok siebie. Przez te ostatnie tygodnie sporo sobie wyjaśnili, dotarło do niej, że nie tylko ona cierpiała. Naprawdę starała się zrozumieć dlaczego tak się to potoczyło, wydawało jej się to być coraz bardziej jasne. Na szczęście w końcu odnaleźli się znowu, i postanowili wejść w to kolejny raz. To była najbardziej logiczna z możliwości, wiedzieli, że osobno nie będą szczęśliwi, jeszcze bardziej im to nie służyło, wiązało się z autodestrukcją, której mogli uniknąć jedynie, kiedy byli razem.
- Nigdy nie wiadomo, czego się po niej spodziewać. - Ursula potrafiła zaskakiwać, mimo, że wydawało jej się, że raczej miała pewne standardy zachowań, to jednak nie dało się nie dostrzec tego, że czasem potrafiła być nieprzewidywalna. Nie sądziła, że zamierzała ich stąd wyrzucić, ale wolała nie nadużywać jej gościnności. W końcu zwalili jej się tutaj na głowę całą gromadą, włączając w to jej brata wampira, który był raczej sporym problemem. Nie chciała przekraczać granic dobrego smaku i przesadzać.
- Możliwe, jednak wiesz, że co za dużo, to niezdrowo. - Na pewno na początku to mogło być całkiem przyjemne, szczególnie, że raczej ostatnio chyba nie było w tym miejscu tylu osób jednocześnie. Zakładała, że gdyby nie podobało się to Lestrange to pewnie by o tym powiedziała, nie należała do osób, które udawały, że problemy nie istniały, kiedy te się pojawiały. Może więc faktycznie nie powinni się tym przejmować, jeśli będzie miała ich dość, to pewnie grzecznie ich wyprosi, czy coś. Raczej nie powinni się przejmować tym, że będzie im pozwalała tutaj być z czystej uprzejmości, nie była taką osobą.
Geraldine jak zawsze, nie myślała szczególnie nad tym, co mówiła. Palnęła pierwsze, co nasunęło jej się na myśl. Całkiem proste rozwiązanie problemu. Gdyby się ohajtali, to nie musieliby się przejmować wizytami u rodziców, czy dalszej rodziny. Mogliby skupić się na sobie, zgrabnie omijać wizyty na tych spędach, nikt nie wymagałby od nich zbędnego tłumaczenia. Proste rozwiązanie na to, by się tam nie pojawiać. Nie do końca przewidziała, że może to nieść ze sobą coś większego. W końcu rozmawiali już o tym, że kiedyś wypadałoby to zrobić, nie ustalali żadnych konkretów, w jej mniemaniu rzucenie tej sugestii również miało być nieszczególnie istotne. Nie spodziewała się tego, co miało się wydarzyć, nie miała bowiem pojęcia o tym, co Ambroise miał zaplanowane na poprzedni wieczór.
Zamilkł. Nie odzywał się przez dłuższą chwilę, być może nie powinna tego mówić? Może przegięła, nie chciała na niego naciskać, to była tylko głupia sugestia, sposób na pozbycie się problemu, może nie do końca odpowiedni. Inaczej chyba nie przetrawiałby tych słów tak długo. Już miała się odezwać, powiedzieć, że to tylko głupi pomysł, że nie musi tego brać do siebie, nie chciała bowiem go w żaden sposób wystraszyć, czy czegokolwiek narzucać. Nie zdążyła jednak tego zrobić, bo on odezwał się pierwszy.
Stwierdził fakt. Cóż, to było całkiem jasne. Kiedyś za niego wyjdzie, jeśli tylko ją o to poprosi. Nie zamierzała zaprzeczać, udawać, że nie ma zamiaru tego zrobić. To było jasne jak słońce. Zamierzali spędzić razem resztę życia, rozmawiali o tym, że kiedyś będzie trzeba podejść do tego oficjalnie. Tak, miała zamiar za niego wyjść, on chyba również miał co do tego pewność, bo powiedział to takim tonem, jakby był co do tego przekonany. Nie było w tym niczego dziwnego. Wiedział przecież, co do niego czuła. Ich więź była bardzo silna, nie zamierzali popełniać tych samych błędów, mieli być razem, tak jak już kiedyś ustalili na zawsze, czy tam do usranej śmierci.
Później nawet nie zauważyła kiedy wysunął się spod niej, po chwili znalazł tuż przed nią, na jednym kolanie. Geraldine się tego nie spodziewała, nie dało się nie zauważyć, że na jej twarzy widać było zdziwienie. Nie miała pojęcia, co właściwie się dzieje. To jej głupie ohajtajmy się doprowadziło do tego, że Ambroise najwyraźniej faktycznie zamierzał poprosić ją o rękę. Tym razem w nieco inny sposób, niż kiedyś, bo oczywiście to nie był ich pierwszy raz. Nie byli typową parą, nie od razu decydowali się postępować w słuszny sposób.
Słuchała tego, co miał jej do powiedzenia. Wpatrywała się w niego swoimi błękitnymi oczami, zupełnie nie przewidziała, że może się to tak zakończyć. Jasne, mieli zamiar to zrobić, rozmawiali o tym, ale najwyraźniej sprowokowała go do tego, by zrobił to właśnie teraz. Dziwne, miał przy sobie pierścionek, więc to nie musiało być tylko i wyłącznie zasługą jej głupiego tekstu. To musiało być coś więcej, musiał o tym myśleć, musiał coś planować. Nigdy nie chciała, aby robił to pod jej naciskiem, musiała mieć pewność, że tego chciał i teraz chyba właśnie tak to wyglądało, inaczej by się do tego nie przygotował.
- Chodź tutaj. - Wyciągnęła rękę, aby złapać go za dłoń i pomóc mu wrócić na miejsce obok niej. Nieswojo czuła się, kiedy tak przed nią klękał. Jasne, wiedziała, że ktoś kiedyś wymyślił, że to jest dobra metoda na oświadczyny... jednak nie do końca to czuła.
- Oczywiście, że tak. Czas najwyższy to zrobić. - Uśmiechnęła się do Greengrassa, oczy miała nieco zamglone, bo wzruszyła się, kiedy w końcu poprosił ją o rękę. Jasne, można było to uznać za dość spontaniczne, byli ze sobą znowu dopiero jakieś dwa tygodnie, ale w ich przypadku mogli mieć pewność, czego naprawdę chcą.
- Wiesz, że Cię kocham. - Nie mogłaby więc postąpić inaczej, nie zakładała nawet innej możliwości. Miała zostać jego żoną, w końcu.