17.08.2025, 14:55 ✶
Gdyby chodziło o inny zestaw problemów, zapewne wstrzymałabym się z informacją o konieczności wezwania Ambroise’a z Londynu - jeśli to byłoby zwykłe omdlenie po wdychaniu dymu podczas pożarów, załatwiłabym sprawę sama. Odpowiedni eliksir z domowych zapasów, odpoczynek, kontrola tętna i oddechu, koniec tematu - kroki byłyby proste, ale nie o to tutaj chodziło i obie to czułyśmy, nawet jeśli nie powinnam była o tym wiedzieć. Wiedziałam jednak, umiałam czytać ludzi, a dzisiejszy wieczór nie pozostawiał złudzeń - wbrew temu, co mówiłyśmy sobie w południe, Geraldine - całe szczęście, wtedy już na pewno zamężna - miała wydać na świat dziecko. Nie miałam pojęcia, za ile miesięcy, nie byłam w stanie tego ocenić bez dokładniejszych badań, ale byłam pewna, że jest w ciąży.
Kiedy rozmawiałyśmy wcześniej, zapewniała, że z Ambroise’em nie planują dzieci w najbliższym czasie. Nie sądziłam, by mnie okłamała - jej ton, spojrzenie, sposób, w jaki odwracała dłonie na kolanach - to wszystko było szczere, co oznaczało, że dowiedziała się o tym w ciągu kilku ostatnich godzin - żelazna dedukcja - a skoro tak, i to dziecko nie było częścią ich planu na teraz, sytuacja stawała się skomplikowana. Do tego wiedziałam, że mój bratanek zabrał jej narzeczonego do Londynu, by załatwiać sprawy, jeżeli Geraldine nie poinformowała go listownie - co byłoby nie tylko nierozsądne, ale i pozbawione logiki - Ambroise niczego nie wiedział. Po tym, co stało się z Florence, nawet jeśli przed chwilą stępiłam ostrze dramatu, powinien tu być. Pierwsze dwadzieścia cztery godziny po hipnozie były kluczowe. Dlatego byłam zdecydowana wezwać go natychmiast.
Zwróciłam się do Geraldine tonem rzeczowym, pozwalając, by w moich słowach pobrzmiewał spokój, organizujący rzeczywistość.
- Oczywiście. Możesz się swobodnie przebrać i wrócić do sypialni. - Powiedziałam. - Ja w tym czasie napiszę wiadomość. Wyślę ją za niespełna godzinę, gdy sowa wróci do domu. Jeżeli natychmiast zareagują, wrócą po północy. - Określiłam, skrycie dając jej czas na przygotowanie się do spotkania. - Rozepnę ci guziki, jeśli się obrócisz. W łazience będzie ci łatwiej zdjąć suknię.
Gdy była gotowa, podeszłam bliżej, zręcznie, bez szarpania, odnalazłam pierwszy drobny guzik i kolejno zwalniałam następne. Masa perłowa delikatnie stuknęła o mój długi paznokieć, gdy wypinałam ostatni z dziurki. Dłońmi poprawiłam welon, by nie zaczepił się o koronki, i cofnęłam się o krok.
- Już. - Dodałam krótko - Geraldine mogła zniknąć na korytarzu, bez pośpiechu, ja zostałam na miejscu w tym gabinecie. Sięgnęłam do sekretarzyka, wysunęłam dolną szufladę i wyjęłam papeterię - gruby, kremowy papier z zatopionymi w nim kwiatami - pióro z ostrą stalówką, chabrowy kałamarz. Usiadłam przy blacie, przeciągnęłam palcem po pustej kartce i przez ułamek sekundy pozwoliłam sobie na ciszę, w której porządkowałam słowa. List miał być prosty i rzeczowy, bez sugestii, diagnoz, treści, które nie należały do mnie, za to z zapewnieniem, że to nic bardzo poważnego, nawet jeśli - poniekąd - poważne było. Tak należało zrobić - to był najlepszy sposób, by sprowadzić go tutaj szybko i bez niepotrzebnych nerwów. Zamoczyłam stalówkę w atramencie i zaczęłam pisać, równym, czytelnym pismem, trzymając się tonu, który zawsze robił swoje - spokojnego, stanowczego, nieznoszącego zwłoki. W tej sprawie nie mogło być chaosu. Tyle mogłam dla nich zrobić, przynajmniej teraz.
Kiedy rozmawiałyśmy wcześniej, zapewniała, że z Ambroise’em nie planują dzieci w najbliższym czasie. Nie sądziłam, by mnie okłamała - jej ton, spojrzenie, sposób, w jaki odwracała dłonie na kolanach - to wszystko było szczere, co oznaczało, że dowiedziała się o tym w ciągu kilku ostatnich godzin - żelazna dedukcja - a skoro tak, i to dziecko nie było częścią ich planu na teraz, sytuacja stawała się skomplikowana. Do tego wiedziałam, że mój bratanek zabrał jej narzeczonego do Londynu, by załatwiać sprawy, jeżeli Geraldine nie poinformowała go listownie - co byłoby nie tylko nierozsądne, ale i pozbawione logiki - Ambroise niczego nie wiedział. Po tym, co stało się z Florence, nawet jeśli przed chwilą stępiłam ostrze dramatu, powinien tu być. Pierwsze dwadzieścia cztery godziny po hipnozie były kluczowe. Dlatego byłam zdecydowana wezwać go natychmiast.
Zwróciłam się do Geraldine tonem rzeczowym, pozwalając, by w moich słowach pobrzmiewał spokój, organizujący rzeczywistość.
- Oczywiście. Możesz się swobodnie przebrać i wrócić do sypialni. - Powiedziałam. - Ja w tym czasie napiszę wiadomość. Wyślę ją za niespełna godzinę, gdy sowa wróci do domu. Jeżeli natychmiast zareagują, wrócą po północy. - Określiłam, skrycie dając jej czas na przygotowanie się do spotkania. - Rozepnę ci guziki, jeśli się obrócisz. W łazience będzie ci łatwiej zdjąć suknię.
Gdy była gotowa, podeszłam bliżej, zręcznie, bez szarpania, odnalazłam pierwszy drobny guzik i kolejno zwalniałam następne. Masa perłowa delikatnie stuknęła o mój długi paznokieć, gdy wypinałam ostatni z dziurki. Dłońmi poprawiłam welon, by nie zaczepił się o koronki, i cofnęłam się o krok.
- Już. - Dodałam krótko - Geraldine mogła zniknąć na korytarzu, bez pośpiechu, ja zostałam na miejscu w tym gabinecie. Sięgnęłam do sekretarzyka, wysunęłam dolną szufladę i wyjęłam papeterię - gruby, kremowy papier z zatopionymi w nim kwiatami - pióro z ostrą stalówką, chabrowy kałamarz. Usiadłam przy blacie, przeciągnęłam palcem po pustej kartce i przez ułamek sekundy pozwoliłam sobie na ciszę, w której porządkowałam słowa. List miał być prosty i rzeczowy, bez sugestii, diagnoz, treści, które nie należały do mnie, za to z zapewnieniem, że to nic bardzo poważnego, nawet jeśli - poniekąd - poważne było. Tak należało zrobić - to był najlepszy sposób, by sprowadzić go tutaj szybko i bez niepotrzebnych nerwów. Zamoczyłam stalówkę w atramencie i zaczęłam pisać, równym, czytelnym pismem, trzymając się tonu, który zawsze robił swoje - spokojnego, stanowczego, nieznoszącego zwłoki. W tej sprawie nie mogło być chaosu. Tyle mogłam dla nich zrobić, przynajmniej teraz.
Koniec sesji