Geraldine zdawała sobie sprawę, że to nie będzie trwało wiecznie. Na pewno znajdą się sytuacje, w których znowu będą się ścierać, próbować przepychać swoje racje, bo nie należeli do szczególnie ugodowych osób, jednak ostatnio bardzo gładko przychodziło im odnajdywanie wspólnej ścieżki, przynajmniej na niektórych frontach, tak właściwie to na tych najważniejszych, więc może dobrze się składało. Dużo prościej było ścinać się o nic nie znaczące pierdoły, niżeli o to, jak ma wyglądać ich wspólna przyszłość. Co najbardziej istotne. Dotarli do momentu, w którym i jedno i drugie twierdziło, że właśnie tego potrzebują - wspólnej przyszłości. Nie było w tym już miejsca na odsuwanie się od siebie, szukanie wytłumaczenia dlaczego miałoby im być lepiej osobno - bo nie miało, nigdy nie miało być im lepiej w pojedynkę. Jasne, Ambroise miał swoje powody, kierował się jakimś wyższym dobrem, którego nie umiała zrozumieć, zresztą chyba sam widział, że to nic nie dało. Miało być jej lepiej, miała być bezpieczna, a co z tego wyszło? Jedno, wielkie gówno. Brodziła jeszcze bardziej w błocie, próbowała jakoś sobie wszystko ułożyć, ale nic z tego nie było. To nie działało, do tego dołączyły typowe dla niej odruchy autodestrukcyjne i jak skończyła? Nie była szczególnie dumna z tego, co działo się w jej życiu przez ostatnie półtora roku, wróciła do przyzwyczajeń, które bardzo dawno przestały być jej, ale jakoś musiała o tym wszystkim zapomnieć, jakoś musiała sobie radzić, może niczego to nie dawało na dłuższą metę, ba przynosiło jeszcze większy ból, ale chociaż przez kilka chwil odsuwała od siebie te męczące ją myśli.
Yaxleyówna nigdy nie miała jakichś szczególnych oczekiwań związanych z ewentualnymi oświadczynami, ba - przez wiele lat swojego życia nawet nie zakładała, że mogłaby wyjść za mąż. To nigdy nie znajdowało się na liście jej marzeń do odhaczenia. Nieco się zmieniło, gdy poznała w końcu właściwą osobę. Inaczej patrzyła na świat, od kiedy zaczęli razem przez niego iść. Spodziewała się tego, że zostaną małżeństwem, miała nawet kiedyś swoją szansę, ale trochę zmieniła plany Ambroise'a, może nie było to szczególnie przyjemne, ale wtedy nie czuła, aby był to odpowiedni moment, raczej z konieczności... nie do końca chciała, żeby to tak wyglądało. Nie chodziło nigdy o to, że nie chciała zostać jego żoną, nie, już wtedy miała pewność, że kiedyś nią będzie.
Później plany nieco się zmieniły, ich drogi się rozeszły, czuła jednak, że to nie był koniec ich historii, bo zasługiwali na więcej, zwłaszcza po tym, kiedy poznała szczegóły, gdy dowiedziała się dlaczego podjął taką, a nie inną decyzję. Nie, żeby uważała to za słuszne, ale próbowała to zrozumieć, jak na nią to i tak było wiele. Teraz? Znowu zaczynali tworzyć swoją małą bańkę, układać wszystko tak, żeby było im dobrze. Szło im to całkiem sprawnie, w końcu przeżyli razem wiele, mogło być tylko lepiej, czyż nie?
Była zaskoczona. Nie spodziewała się takiego odzewu na to swoje głupio rzucone hasło. Sama wywołała wilka z lasu, jednak tym razem nie chciała odmawiać. Zmarnowali wiele czasu, był to odpowiedni moment na deklaracje, w końcu nie byli już najmłodsi, prędzej, czy później i tak mieli to zrobić, dlaczego więc nie teraz?
Odpowiedź była całkiem prosta, nie mogła sięgnąć po zwyczajne tak, to nie było w jej stylu, musiała dodać coś od siebie. Nie spodziewała się, że to wzbudzi niepokój w jej chłopaku, tak właściwie to chyba już narzeczonym?
- Nigdy nie przestanę. - To byłoby zbyt proste, prawda? Skoro teraz mieli jasność co do tego, że spędzą razem resztę życia, to mogła mu to obiecać. Nigdy nie przestanie mieszać mu w głowie. Nie mógł oczekiwać, że nagle stanie się bardziej okrzesana, mniej chaotyczna, tak już miała, ale na pewno zdawał sobie z tego sprawę, bo przecież znali się bardzo dobrze, wiedzieli o sobie wszystko, nie było między nimi tajemnic.
Wgramoliła się mu w końcu na kolana, brakowało jej gracji, bo wszystko działo się dość szybko, jeszcze kilka sekund temu znajdował się na ziemi, teraz był tuż obok, wyciągnął w jej stronę ramię, zrozumiała sugestię, chociaż nie wyszło to tak pięknie, jak zakładała, ale jakoś jej się udało.
- Jak najbardziej, zresztą chyba już nie mam innego wyjścia. - Dodała z uśmiechem, wyciągając dłoń w jego kierunku. Pierścionek na jej palcu miał potwierdzać to, że niebawem będzie jego żoną, właściwie to mieli na pewno wiele rzeczy do ustalenia. Była pewna, że nie chce z tym zwlekać, jak najszybciej chciała to mieć za sobą. Chciała, aby wreszcie zrobili to wszystko, czego unikali przez tyle lat właściwie. Zasługiwali na to. Rozmawiali wieczorem o wspólnym domu, tak czy siak, to zmierzało do jednego. Mieli stać się rodziną, właściwie to przecież byli nią od dawna, jednak był to odpowiedni moment, aby poczynić te bardziej oficjalne kroki.