19.08.2025, 18:30 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 19.08.2025, 19:14 przez Lorraine Malfoy.)
Mowa była srebrem, a milczenie złotem, jak można było jednak milczeć u boku złotoustego chłopca? Chłopca, o którym wszyscy mówili, że jest jak żywe srebro? A jednak, jego dotyk był czuły, nie noszący znamion midasowej zachłanności. Nie pozwolił sobie nawet na niewinne muśnięcie skóry Lorraine, choć ta wygięła leniwie szyję w jego stronę, odgarnąwszy wcześniej na bok długie blond włosy. Znów mogłaby otulić tymi włosami Oleandra, spłynąć po nim srebrzystą kaskadą, tak jak i sok ze złotych jabłek musiał ściekać mu po brodzie we wspomnieniach dni minionych, wysrebrzanych piaskami pustyni, pozłacanych promieniami słońca. Złote były dnie, które spędzali pochyleni nad instrumentem, dopóki słońce nie ustępowało miejsca księżycowej łunie, srebrnymi były noce. A może było na odwrót, pomyślała czule Lorraine, przesunąwszy palcami wzdłuż zapięcia misternie zdobionego naszyjnika. Złote noce, srebrne dnie.
Powstrzymała nagłą chęć przyciągnięcia ku sobie jego dłoni, ucałowania jej, tak jak i on zwykł ją kiedyś całować. Zamiast tego, bez słowa przyjęła prosty łańcuszek, który Oleander zdjął z jej szyi, przyzwalając na to, aby ich dłonie zetknęły się na dłużej. Normalnie spierałaby się z nim żartobliwie, że mami ją drogimi świecidełkami, jak gdyby była sroką, nie kobietą – nią także nie była, śmiałyby się jej oczy, była przecież wilą – tym razem przyjęła jednak prezent bez słowa sprzeciwu. Tak, jak gdyby jej się po prostu należał.
Może i Lorraine Malfoy miała słabość do szmaragdów. A może głodny błysk na dnie jej oczu domagał się czegoś, co było od nich droższym.
Z namaszczeniem odłożyła swój stary łańcuszek na komodę, choć nie było dla niego miejsca u boku innych, dalece piękniejszych świecidełek. Nie dlatego, że jego srebrny blask wydawał się przy nich lichym. Najdroższe dary lichymi się stają, gdy dawca drogim być przestaje, pomyślała obojętnie Lorraine, zadecydowawszy nagle, że już nigdy nie założy starego łańcuszka z powrotem na szyję.
Jak gdyby w tym prostym geście, jakiego dopuścił się na jej niemą prośbę Oleander, doszukiwała się znamion właściwych rytuałowi. Oto zdjął z jej szyi naszyjnik, będący podarkiem od dawno zapomnianego kochanka, zastępując go własnym, który pozbawiony był duszącego uczucia wstydu, zaciskającego się na jej gardle zawsze wtedy, gdy przypominała sobie o życiu, jakie mogłaby wieść. Życiu, które mogłoby stać się jej udziałem, gdyby nie była sobą. A jednak była sobą – zawsze boleśnie sobą – i tak samo mocno, jak tęskniła za życiem, o którym opowiadał Oleander, tak samo mocno nim gardziła.
Bo jeżeli chciał pierdolić się z byle kim, równie dobrze mógłby to robić w pierwszym lepszym zaułku Nokturnu, zamiast usprawiedliwiać łajdaczenie się po egzotycznych krainach płytkim kadzeniem o "poszukiwaniu boga". I to jeszcze przed nią. Ze wszystkich ludzi, przed nią usprawiedliwiał puszczanie się za pieniądze rodziców, jak gdyby czuł potrzebę nadania znaczenia rozpasaniu, jakiemu się oddawał.
Bawiło ją to.
Powstrzymała cisnący się na usta okrutny uśmiech, bo nie chciała być okrutną, choć bawiły ją niepomiernie te chłopięce rozterki na temat życia. A jednak nie przerwała kontaktu wzrokowego z jego lustrzanym odbiciem widocznym w stojącym na komodzie zwierciadełku, nie oderwała od niego spojrzenia nawet wtedy, gdy obracała się w jego stronę z szeleszczącą sukniami gracją tancerki. Chciwie wpiła w Oleandra oczy.
Na ich dnie mieszkał głód.
Bieda była jej panieńskim wianem, głód posagiem, a Lorraine Malfoy nigdy nie czuła piękniejszą niż wtedy, kiedy głodowała. Nigdy nie czuła się bardziej sytą, niż gdy siedziała u szczytu suto zastawionego stołu z pustym talerzem i ustami zaciśniętymi w zimnym uśmiechu. "Wydawało mi się, że potrzebowałem uwagi, nie, ja naprawdę jej potrzebowałem", mówił Oleander. Lorraine karmiła go więc swoją uwagą, sama karmiąc się jego głodem. A przynajmniej wydawała się nim karmić, dopóki nie przechyliła głowy, jak gdyby w rozbawieniu: słońce padło wtedy na twarz półwili, wydobywając swym światłem nienaturalną ostrość jej rysów. Przypominając, że ze wszystkich rzeczy, jakich brakowało Lorraine, najbardziej brakowało jej apetytu.
Bo jak mogłaby być okrutną wobec Oleandra?
Zostawiła swój stary łańcuszek na komodzie. Czasem był jej przestrogą, czasem pocieszeniem, przyznała beznamiętnie, ale nie potrzebowała ani jednego, ani drugiego.
Potrzebowała czułych dłoni chłopca, który wciąż ją kochał, mimo że nie powinien jej kochać.
– Odwiedziłam kiedyś Maroko – przyznała Lorraine. – Na krótko po tym jak... Zaprzestaliśmy naszych lekcji. Jednorazowy wypad z Anthonym. – Wzruszyła ramionami, czując się jednak w obowiązku wyjaśnić, że z wujkiem Oleandra –byłym dyplomatą, zafascynowanym obcymi kulturami – łączą, i łączyły ją tylko i wyłącznie więzy przyjaźni, nic ponadto. – Gramy od czasu do czasu w wolnych chwilach, wiesz? Gustujemy w innym repertuarze, ale zawdzięczam mu poszerzanie nie tylko muzycznych, ale i geograficznych horyzontów. Poprosił, bym towarzyszyła mu w podróży, bo podobno potrafię zarazić go swoim entuzjazmem nawet wtedy, kiedy z nieba leje się żar i niemiłosiernie dokucza spiekota. Nie zobaczyliśmy nic z tych pięknych rzeczy, o których mi opowiedziałeś, zbyt krótka była to wizyta... Namówiłam go jednak, żebyśmy odwiedzili ruiny antycznego miasta Volubilis, które w czasach świetności Rzymu strzegło południowo-zachodniej granicy Imperium. – Nie musiała namawiać długo, bo wiedziała, że wystarczą dwa magiczne słowa: “Imperium Rzymskie”, aby Anthony wyraził zgodę na zwiedzanie. – Niezbyt popularne miejsce wśród turystów. Zniszczone przez trzęsienie ziemi kolumny bazyliki, akropol, potężny łuk triumfalny, domy mieszkalne. Pomnik upadłej chwały porośnięty dzikim kwieciem. Powiedziano nam, że nazwa miasta jest zlatynizowaną formą berberyjskiego słowa “walilt” oznaczającego “oleander”. Myślałam o tobie, kiedy przechadzaliśmy się wzdłuż szpalerów oleandrów porastających wzgórza, u których stóp wznosi się to zapomniane przez bogów i ludzi miasto, przez miejscowych określane po prostu mianem “pałacu”. – El Ksar, przywołała w myślach syczące słowa, choć nie odważyła się wypowiedzieć ich na głos, by nie pokaleczyć arabskiego swym skołowaciałym, angielskim językiem. Lubiła za to słuchać jak Anthony konwersuje ze swobodą poligloty z miejscową ludnością, jak bawi się swoim cudownym darem, który przypadł mu z racji pochodzenia z rodu Shafiq. – Było tam tak cicho, Oleandrze. Wierzyłam, że wiatr poniósłby mój szept prosto do ciebie, do Anglii, gdybym tylko wypowiedziała na głos twoje imię. – Lorraine miała w sobie dużo czułości do miejsc nawiedzanych przez własną historię: znajdowała piękno w ich niedoskonałości, widziała w ruinach świadectwo ocaleńców, a wrodzona wrażliwość, do której nie chciała i potrafiła się przyznać, kazała jej wzruszać się zarówno nad kunsztem misternie zdobionej kopuły sięgającej nieba jak i nad znakami wytłoczonymi w rozwalającej się ścianie, po bliższym zbadaniu okazałymi się być dokumentacją wzrastania dwójki rzymskich dzieci. – Arabscy władcy z okolicznych terenów kradli kiedyś cegły Volubilis, by użyć ich potem do rozbudowy Meknes i Fezu, ale w przeciwieństwie do innych rzymskich osad, ta przetrwała liczne grabieże. Myślę, że w tej ciszy, złodzieje usłyszeli głosy własnych sumień... – A może przestraszyli się echa kroków Jowisza, który poglądał na upadłe miasto skryty w cieniu kolumnady niegdyś pięknej świątyni? – ...Tak jak i ja usłyszałam głos swojego. Tęskniłam wtedy – przyznała, o wiele cieplej, o wiele czulej, aniżeli pozwalała sobie w obecności innych: podobna maniera zarezerwowana była wyłącznie dla tych, którzy byli jej najbliżsi. Nawet jej spojrzenie złagodniało. – Tęskniłam i teraz. Twoje listy, w chwilach tęsknoty, byłyby droższe nad szmaragdy, wiesz o tym? Bo to przecież wszystko, co mamy. Wszystko, co po nas zostanie. Powtarzane szeptem słowa, głosy, wznoszące się pośród ruin, szelest targanych wiatrem liści jabłoni. A jednak przywiozłam stamtąd wspomnienia... Pokaż mi swoje wspomnienia, a ja pokażę ci swoje – zaproponowała leniwie, nie bez ciekawości przypatrując się pamiątkom, które przywiózł ze swych podróży Oleander.
Gdy zaczął opowiadać dalej, zamilkła: bez słowa wsłuchiwała się w opowieść Oleandra, bawiąc się jego włosami. Nie usiadła na podłodze obok, lecz nieco wyżej, na kanapie, z gracją zgarniając szeleszczące suknie, aby ich śliski w dotyku materiał nie zgniótł się zanadto. W każdej chwili mógł oprzeć się o jej kolana, odchylić twarz ku górze tak, aby kasztanowe loki rozlały się na jej podołku: nie przestałaby głaskać Oleandra po głowie, ciężkiej od niewypowiedzianych na głos zmartwień – nie przerwałaby pieszczoty, jeżeli to właśnie pieszczoty potrzebował.
Przepyszne perły na jego szyi przypominały jej o szkicach Delacroix, którego wystawę miała okazję podziwiać przed laty. Piękne kobiety w orientalnych strojach, uginające się pod misternie udrapowanymi woalami i przytłaczającym ciężarem biżuterii, obramowującej ich szczupłe twarze. Uchwycone z cierpliwą precyzją naturalisty na tle nie mniej pięknych pejzaży z wybrzeży kontynentu afrykańskiego, pośród bogatych wnętrz, otoczone świecidełkami.
– Wspomniałam ci o wystawie Delacroix, bo właśnie ta wystawa jest moim wspomnieniem z Maroka. Był tam portret kobiety… Jamila Bouzaglo, pamiętam. Czy to nie przedziwny zbieg okoliczności, że poznałeś człowieka, który nosi takie same imię jak ona? Jamal? – Obróciła z zaciekawieniem obco brzmiące głoski na języku. – Nie wiem, czy udało ci się ją odnaleźć w całym bogactwie zgromadzonej tam kolekcji prac – w otoczeniu tak wielu zachwycających obrazów – a jednak, ten prosty szkic... – Lorraine przechyliła głowę jak gdyby w zamyśleniu, przywołując odległe wspomnienie portretu kobiety, przez niemal wiek skrytego między stronnicami szkicownika artysty. – Miała oczy podobne do twoich. Miała oczy jak witraże.
A Oleander miał oczy podobne do Maeve. Zależnie od tego, pod jakim kątem patrzyła Lorraine, jego oczy mieniły się kolorami, jakimi zwykły mienić się oczy metamorfomaga.
– Pomyślałam: "jak łatwo można by się zakochać w tych oczach" – dodała powoli Lorraine, ściszywszy głos. – A ty mówisz mi, że jesteś zakochany bez wzajemności... Jak to możliwe?
Nie dała po sobie poznać, że słowa Oleandra w jakikolwiek sposób ją wzburzyły: jej spojrzenie wciąż było jednako uważne, a dłoń miękkim gestem przegarniała piękne kasztanowe loki, jak gdyby nagła rewelacja chłopaka o tym, że żywi uczucia wobec jej kuzyna, wcale a wcale nią nie wzruszyła.
Powstrzymała nagłą chęć przyciągnięcia ku sobie jego dłoni, ucałowania jej, tak jak i on zwykł ją kiedyś całować. Zamiast tego, bez słowa przyjęła prosty łańcuszek, który Oleander zdjął z jej szyi, przyzwalając na to, aby ich dłonie zetknęły się na dłużej. Normalnie spierałaby się z nim żartobliwie, że mami ją drogimi świecidełkami, jak gdyby była sroką, nie kobietą – nią także nie była, śmiałyby się jej oczy, była przecież wilą – tym razem przyjęła jednak prezent bez słowa sprzeciwu. Tak, jak gdyby jej się po prostu należał.
Może i Lorraine Malfoy miała słabość do szmaragdów. A może głodny błysk na dnie jej oczu domagał się czegoś, co było od nich droższym.
Z namaszczeniem odłożyła swój stary łańcuszek na komodę, choć nie było dla niego miejsca u boku innych, dalece piękniejszych świecidełek. Nie dlatego, że jego srebrny blask wydawał się przy nich lichym. Najdroższe dary lichymi się stają, gdy dawca drogim być przestaje, pomyślała obojętnie Lorraine, zadecydowawszy nagle, że już nigdy nie założy starego łańcuszka z powrotem na szyję.
Jak gdyby w tym prostym geście, jakiego dopuścił się na jej niemą prośbę Oleander, doszukiwała się znamion właściwych rytuałowi. Oto zdjął z jej szyi naszyjnik, będący podarkiem od dawno zapomnianego kochanka, zastępując go własnym, który pozbawiony był duszącego uczucia wstydu, zaciskającego się na jej gardle zawsze wtedy, gdy przypominała sobie o życiu, jakie mogłaby wieść. Życiu, które mogłoby stać się jej udziałem, gdyby nie była sobą. A jednak była sobą – zawsze boleśnie sobą – i tak samo mocno, jak tęskniła za życiem, o którym opowiadał Oleander, tak samo mocno nim gardziła.
Bo jeżeli chciał pierdolić się z byle kim, równie dobrze mógłby to robić w pierwszym lepszym zaułku Nokturnu, zamiast usprawiedliwiać łajdaczenie się po egzotycznych krainach płytkim kadzeniem o "poszukiwaniu boga". I to jeszcze przed nią. Ze wszystkich ludzi, przed nią usprawiedliwiał puszczanie się za pieniądze rodziców, jak gdyby czuł potrzebę nadania znaczenia rozpasaniu, jakiemu się oddawał.
Bawiło ją to.
Powstrzymała cisnący się na usta okrutny uśmiech, bo nie chciała być okrutną, choć bawiły ją niepomiernie te chłopięce rozterki na temat życia. A jednak nie przerwała kontaktu wzrokowego z jego lustrzanym odbiciem widocznym w stojącym na komodzie zwierciadełku, nie oderwała od niego spojrzenia nawet wtedy, gdy obracała się w jego stronę z szeleszczącą sukniami gracją tancerki. Chciwie wpiła w Oleandra oczy.
Na ich dnie mieszkał głód.
Bieda była jej panieńskim wianem, głód posagiem, a Lorraine Malfoy nigdy nie czuła piękniejszą niż wtedy, kiedy głodowała. Nigdy nie czuła się bardziej sytą, niż gdy siedziała u szczytu suto zastawionego stołu z pustym talerzem i ustami zaciśniętymi w zimnym uśmiechu. "Wydawało mi się, że potrzebowałem uwagi, nie, ja naprawdę jej potrzebowałem", mówił Oleander. Lorraine karmiła go więc swoją uwagą, sama karmiąc się jego głodem. A przynajmniej wydawała się nim karmić, dopóki nie przechyliła głowy, jak gdyby w rozbawieniu: słońce padło wtedy na twarz półwili, wydobywając swym światłem nienaturalną ostrość jej rysów. Przypominając, że ze wszystkich rzeczy, jakich brakowało Lorraine, najbardziej brakowało jej apetytu.
Bo jak mogłaby być okrutną wobec Oleandra?
Zostawiła swój stary łańcuszek na komodzie. Czasem był jej przestrogą, czasem pocieszeniem, przyznała beznamiętnie, ale nie potrzebowała ani jednego, ani drugiego.
Potrzebowała czułych dłoni chłopca, który wciąż ją kochał, mimo że nie powinien jej kochać.
– Odwiedziłam kiedyś Maroko – przyznała Lorraine. – Na krótko po tym jak... Zaprzestaliśmy naszych lekcji. Jednorazowy wypad z Anthonym. – Wzruszyła ramionami, czując się jednak w obowiązku wyjaśnić, że z wujkiem Oleandra –byłym dyplomatą, zafascynowanym obcymi kulturami – łączą, i łączyły ją tylko i wyłącznie więzy przyjaźni, nic ponadto. – Gramy od czasu do czasu w wolnych chwilach, wiesz? Gustujemy w innym repertuarze, ale zawdzięczam mu poszerzanie nie tylko muzycznych, ale i geograficznych horyzontów. Poprosił, bym towarzyszyła mu w podróży, bo podobno potrafię zarazić go swoim entuzjazmem nawet wtedy, kiedy z nieba leje się żar i niemiłosiernie dokucza spiekota. Nie zobaczyliśmy nic z tych pięknych rzeczy, o których mi opowiedziałeś, zbyt krótka była to wizyta... Namówiłam go jednak, żebyśmy odwiedzili ruiny antycznego miasta Volubilis, które w czasach świetności Rzymu strzegło południowo-zachodniej granicy Imperium. – Nie musiała namawiać długo, bo wiedziała, że wystarczą dwa magiczne słowa: “Imperium Rzymskie”, aby Anthony wyraził zgodę na zwiedzanie. – Niezbyt popularne miejsce wśród turystów. Zniszczone przez trzęsienie ziemi kolumny bazyliki, akropol, potężny łuk triumfalny, domy mieszkalne. Pomnik upadłej chwały porośnięty dzikim kwieciem. Powiedziano nam, że nazwa miasta jest zlatynizowaną formą berberyjskiego słowa “walilt” oznaczającego “oleander”. Myślałam o tobie, kiedy przechadzaliśmy się wzdłuż szpalerów oleandrów porastających wzgórza, u których stóp wznosi się to zapomniane przez bogów i ludzi miasto, przez miejscowych określane po prostu mianem “pałacu”. – El Ksar, przywołała w myślach syczące słowa, choć nie odważyła się wypowiedzieć ich na głos, by nie pokaleczyć arabskiego swym skołowaciałym, angielskim językiem. Lubiła za to słuchać jak Anthony konwersuje ze swobodą poligloty z miejscową ludnością, jak bawi się swoim cudownym darem, który przypadł mu z racji pochodzenia z rodu Shafiq. – Było tam tak cicho, Oleandrze. Wierzyłam, że wiatr poniósłby mój szept prosto do ciebie, do Anglii, gdybym tylko wypowiedziała na głos twoje imię. – Lorraine miała w sobie dużo czułości do miejsc nawiedzanych przez własną historię: znajdowała piękno w ich niedoskonałości, widziała w ruinach świadectwo ocaleńców, a wrodzona wrażliwość, do której nie chciała i potrafiła się przyznać, kazała jej wzruszać się zarówno nad kunsztem misternie zdobionej kopuły sięgającej nieba jak i nad znakami wytłoczonymi w rozwalającej się ścianie, po bliższym zbadaniu okazałymi się być dokumentacją wzrastania dwójki rzymskich dzieci. – Arabscy władcy z okolicznych terenów kradli kiedyś cegły Volubilis, by użyć ich potem do rozbudowy Meknes i Fezu, ale w przeciwieństwie do innych rzymskich osad, ta przetrwała liczne grabieże. Myślę, że w tej ciszy, złodzieje usłyszeli głosy własnych sumień... – A może przestraszyli się echa kroków Jowisza, który poglądał na upadłe miasto skryty w cieniu kolumnady niegdyś pięknej świątyni? – ...Tak jak i ja usłyszałam głos swojego. Tęskniłam wtedy – przyznała, o wiele cieplej, o wiele czulej, aniżeli pozwalała sobie w obecności innych: podobna maniera zarezerwowana była wyłącznie dla tych, którzy byli jej najbliżsi. Nawet jej spojrzenie złagodniało. – Tęskniłam i teraz. Twoje listy, w chwilach tęsknoty, byłyby droższe nad szmaragdy, wiesz o tym? Bo to przecież wszystko, co mamy. Wszystko, co po nas zostanie. Powtarzane szeptem słowa, głosy, wznoszące się pośród ruin, szelest targanych wiatrem liści jabłoni. A jednak przywiozłam stamtąd wspomnienia... Pokaż mi swoje wspomnienia, a ja pokażę ci swoje – zaproponowała leniwie, nie bez ciekawości przypatrując się pamiątkom, które przywiózł ze swych podróży Oleander.
Gdy zaczął opowiadać dalej, zamilkła: bez słowa wsłuchiwała się w opowieść Oleandra, bawiąc się jego włosami. Nie usiadła na podłodze obok, lecz nieco wyżej, na kanapie, z gracją zgarniając szeleszczące suknie, aby ich śliski w dotyku materiał nie zgniótł się zanadto. W każdej chwili mógł oprzeć się o jej kolana, odchylić twarz ku górze tak, aby kasztanowe loki rozlały się na jej podołku: nie przestałaby głaskać Oleandra po głowie, ciężkiej od niewypowiedzianych na głos zmartwień – nie przerwałaby pieszczoty, jeżeli to właśnie pieszczoty potrzebował.
Przepyszne perły na jego szyi przypominały jej o szkicach Delacroix, którego wystawę miała okazję podziwiać przed laty. Piękne kobiety w orientalnych strojach, uginające się pod misternie udrapowanymi woalami i przytłaczającym ciężarem biżuterii, obramowującej ich szczupłe twarze. Uchwycone z cierpliwą precyzją naturalisty na tle nie mniej pięknych pejzaży z wybrzeży kontynentu afrykańskiego, pośród bogatych wnętrz, otoczone świecidełkami.
– Wspomniałam ci o wystawie Delacroix, bo właśnie ta wystawa jest moim wspomnieniem z Maroka. Był tam portret kobiety… Jamila Bouzaglo, pamiętam. Czy to nie przedziwny zbieg okoliczności, że poznałeś człowieka, który nosi takie same imię jak ona? Jamal? – Obróciła z zaciekawieniem obco brzmiące głoski na języku. – Nie wiem, czy udało ci się ją odnaleźć w całym bogactwie zgromadzonej tam kolekcji prac – w otoczeniu tak wielu zachwycających obrazów – a jednak, ten prosty szkic... – Lorraine przechyliła głowę jak gdyby w zamyśleniu, przywołując odległe wspomnienie portretu kobiety, przez niemal wiek skrytego między stronnicami szkicownika artysty. – Miała oczy podobne do twoich. Miała oczy jak witraże.
A Oleander miał oczy podobne do Maeve. Zależnie od tego, pod jakim kątem patrzyła Lorraine, jego oczy mieniły się kolorami, jakimi zwykły mienić się oczy metamorfomaga.
– Pomyślałam: "jak łatwo można by się zakochać w tych oczach" – dodała powoli Lorraine, ściszywszy głos. – A ty mówisz mi, że jesteś zakochany bez wzajemności... Jak to możliwe?
Nie dała po sobie poznać, że słowa Oleandra w jakikolwiek sposób ją wzburzyły: jej spojrzenie wciąż było jednako uważne, a dłoń miękkim gestem przegarniała piękne kasztanowe loki, jak gdyby nagła rewelacja chłopaka o tym, że żywi uczucia wobec jej kuzyna, wcale a wcale nią nie wzruszyła.
Portret Jamili Bouzaglo autorstwa Delacroix![[Obrazek: b655459ad12e691de85f183fb7232a6cdadc6c39.jpg]](https://64.media.tumblr.com/e31423880bd0c36bb9e50aa7b7218a6f/fd6020372a2b59f3-0e/s1280x1920/b655459ad12e691de85f183fb7232a6cdadc6c39.jpg)