Nie ukrywali przed sobą nigdy tego, jacy byli naprawdę. Ani on, ani ona nie należeli do osób w łatwych w obyciu, mimo, że Ambroise uwielbiał podkreślać to, że jest bardzo prostym człowiekiem. Mieli sporo szczęścia, że podobnie spoglądali na świat, nie zgadzali się może we wszystkim, jednak zdecydowanie więcej ich łączyło, niż dzieliło. Zresztą przed zaangażowaniem się w ten najbardziej rozwinięty próg ich relacji przeszli niemal wszystkie inne stadia. Byli znajomymi, wrogami, przyjaciółmi. Doskonale znali swoje zachowania, poznali się bardzo dokładnie nim w końcu udało im się ustalić, że chcą czegoś więcej. Pamiętała, jak nie mogła patrzeć na to, gdy pojawiał się z innymi kobietami podczas wydarzeń towarzyskich, kiedy jeszcze nie miała świadomości, że chce tego samego co ona. Już wtedy ją to bolało, na szczęście dotarli do momentu, w którym byli w stanie jasno określić to, czego chcą. Nie bali się po to sięgnąć, dzięki temu przeżyli wspólnie wiele, wspaniałych lat. Upadli, nie dało się ignorować tego, że zaliczyli ten moment słabości, ale w końcu się z niego opamiętali, dali sobie kolejną szansę i nie mogło im się przytrafić nic lepszego. Najwyraźniej nie tylko ona tak myślała, inaczej przecież nie postanowiłby się jej oświadczyć. Musiał myśleć podobnie. Florence im to potwierdziła, próbowali to zwalić na klątwę, jednak to nigdy nie było to, po prostu więź która ich połączyła była dużo silniejsza od wszystkich innych. Mogli próbować iść przez życie osobno, dystansować się, ale w ich przypadku byłoby to wyjątkowo trudne, ta wyjątkowa nić miała ich przyciągać do siebie przez całe życie, nie było sensu z tym walczyć, bo ta walka nie doprowadzała do niczego dobrego. Lepiej było, gdy razem spoglądali w tym samym kierunku, kiedy przeciwstawiali się całemu światu, byli wtedy silniejsi.
- Chociaż lubię konkrety, nie sądzę, abym podeszła do tego, aż tak dosłownie. - Nie należała do osób najdelikatniejszych w słowie, ale nawet ona nie była, aż tak bezczelna, chociaż może powinna być? Zapewne byliby już kilka raz po ślubie... nie sądziła, że Roise byłby jej w stanie tego odmówić.
- To byłaby Snowdonia, wiesz, że mam sentyment do rodzinnych stron. - Było to całkiem jasne, zawsze wybrałaby Snowdonię, bez względu na wszystko. To był w końcu jej dom. Nie mogłaby wymarzyć sobie lepszego miejsca na to, aby zmienić swój status cywilny, by stać się żoną. To miała być Snowdonia również w tym przypadku, chociaż jeszcze nie powiedziała tego w głos, nie zaczęli bowiem rozmowy o ślubie, póki co skupiali się na tym, że zmienili status swojej relacji na nieco bardziej oficjalny.
- Mogłabym, ale wolę łuk. - Jeśli chodzi o polowanie to zawsze wybierała te najbardziej proste metody, które nie potrzebowały rzucania zaklęć. Nie bez powodu tak dbała o swoją sprawność fizyczną. Jasne, potrafiła czarować, i to nie najgorzej, ba w niektórych dziedzinach magii zbliżała się do tego, aby osiągnąć wybitny poziom, ale większą przyjemność od zawsze sprawiało jej korzystanie z tych innych umiejętności, których nauczyła się przy ojcu.
- Powinieneś sobie już zdawać sprawę z tego, co sądzę o dłuższych przemowach. - Nigdy nie kryła się ze swoją opinią na ten temat, zdecydowanie wolała gesty od słów. Nużyły ją długie, niepotrzebne przemowy, nie znosiła poetów i ich pierdolenia.
- Wybicie oka brzmi nie najgorzej. - Uśmiechnęła się do siebie, kiedy dotarło do niej, jakie dodatkowe funkcje miał ten pierścionek. Oczywiście, że nie wybrał nic nudnego, przewidywalnego, dopasował kamyk do jej osoby, co doceniała. Przez chwilę wpatrywała się w to miniaturowe ostrze, które się jej ukazało. Wiedziała, że taka mała broń mogła czasem ratować życie, szczególnie, kiedy podczas polowań dochodziło do jakichś niespodziewanych sytuacji i gubiła po drodze swoje własne, zwyczajowe uzbrojenie.
- Jest uroczy. - No, jakże mogłaby zareagować inaczej, małe, słodkie, urocze ostrze ukryte w jej własnym pierścionku zaręczynowym. Nie sądziła, ze dałoby się to lepiej wymyślić.
- Wiesz, że nie znam się na truciznach. - To nie było nic nowego. Geraldine nigdy nie ukrywała, że eliksiry obchodziły ją tyle, co nic. Oczywiście, że to mogło być naprawdę ciekawym połączeniem, tyle, że ktoś musiałby jej wybrać to, czym powinna potraktować pierścionek. Może Roise będzie na tyle łaskawy, znał się przecież na tym.
- Chętnie go obejrzę. - Nie, żeby zbyt wiele wyniosła z tego szkicu, ale w sumie nie widziała nic złego w tym, aby przyjrzeć się mu nieco dokładniej. - Jest idealny, wiesz? - Przeniosła w końcu wzrok na swojego narzeczonego. Był to chyba odpowiedni moment na to, aby przypieczętować ich zaręczyny pocałunkiem, jak pomyślała tak też zrobiła. Nie zastanawiała się nad tym jakoś szczególnie, zbliżyła swoje usta do jego, aby w końcu mogli odpowiednio uczcić to, co się właśnie wydarzyło.