Nie spędzili ze sobą wiele czasu, to nie były tygodnie, czy miesiące, jednak dla osób, które miały w zwyczaju raczej nie zbliżać się do nikogo na dłużej nawet i tydzień to było wiele. Szczególnie, że raczej tego nie robili, tutaj postąpili w wyjątkowy dla siebie sposób, niekoniecznie pewnie zdając sobie sprawę, jak bardzo przyjdzie im się odsłonić, jak bardzo może to na nich wpłynąć. Nie zastanawiali się nad konsekwencjami, dali sobie szansę na stworzenie czegoś i weszli w to bez zadawania żadnych pytań. Pozwolili się ponieść, dlaczego? Nie miała pojęcia, nie wiedziała co miał takiego w sobie Benjy, że tak szybko był w stanie spowodować, że mu zaufała. Mówiła mu o większości spraw, których raczej nie poruszała, sama z siebie, nie miała najmniejszego problemu z tym, aby zupełnie się otworzyć. To było zdradliwe, bo łatwo było przywyknąć do obecności takiej osoby obok siebie, zwłaszcza gdy nie oceniała, starała się zrozumieć wszystkie przywary i dziwactwa, a nie dało się nie zauważyć, że Prue miała ich naprawdę wiele. Miała tego świadomość, nie bez powodu przecież się dystansowała, tak było jej łatwiej. Obawiała się tego, że ktoś mógłby dojść do tego jaka jest naprawdę i poddawać to ocenie, stąd te budowanie muru, stąd samotność która była jej wyborem. Czuła się dzięki temu bezpiecznie, chociaż ostatnio zauważyła, że wcale nie musi tak być, że wystarczy odpowiednia osoba, a może dzielić to z kimś innym. Wszystko wydawało się takie proste, oczywiście do czasu, bo w końcu musiały nawiedzić ją te ciemne myśli.
Nie pojawiły się same, to nie przyszło znikąd. Zaczęło się od tego głupiego komentarza Ambroise'a, a skończyło na karcie, którą wyciągnęła z talii tarotu. Zafiksowała się na tym, stan, w którym się znajdowała tylko to potęgował, ułatwiał, bo nie myślała jasno, wcale. Skupiła się na tym, jakby faktycznie miało zadecydować to o jej losie, jakby nic nie mogła z tym zrobić, jakby z góry była skazana na kolejne dramaty.
Prudence nie była wściekła, raczej ogarniał ją smutek, złość pojawiła się przez chwilę, kiedy wydawało jej się, że Benjy nie jest w stanie zrozumieć jej toku myślenia. Próbowała mu to tłumaczyć, ale miała wrażenie, że nie do końca umie dostrzec jej punkt widzenia, nie mogła mieć mu tego za złe, nie dało się nie zauważyć, że ich tok rozumowania różnił się od siebie.
Naprawdę nie sądziła, że dojdzie między nimi do takiej sprzeczki, nie była na to gotowa, zaczęło się od pierdoły, a wszystko eskalowało w nieodpowiednim kierunku. Nie miała do końca siły, aby sobie z tym poradzić, chociaż starała się to robić. Nie uciekała przed konfrontacją, kontynuowała ją, bo nie poddawała się tak łatwo, mimo, że wolałaby tego nie robić. Jednak skoro sama zaczęła drążyć temat, to nie wypadało się przecież wycofać.
Na zewnątrz nadal było ciemno, niebo rozświetlały jedynie błyskawice, co jakiś czas, gdzieś z tyłu dochodził do tego dźwięk grzmotów, który zaczęła ignorować, za bardzo była skupiona na napięciu, które się między nimi pojawiło, żeby zwracać uwagę na to, co działo się na zewnątrz, tutaj również odbywał się nie najgorszy spektakl. Może aktorzy nie do końca chcieli brać w nim udział, ale jakoś tak się złożyło, że doszło do tego przedstawienia, miało jeszcze trwać, póki co nie miała pojęcia jak się zakończy, nawet trochę się tego obawiała.
To nie tak, że chciała ich sabotować, że szukała dziury w całym, ale trochę zachwiała ich porozumienie, codzienność, przyzwyczajenia, stawiała niewygodne pytania, które mogły jeszcze zaczekać. To, co wydarzyło się popołudniem jednak nieco ją do tego sprowokowało, zamiast skupić się na tu i teraz zaczęła myśleć o przyszłości, widziała ją w ciemnych kolorach, i przez to powiedziała w głos o swoich wyobrażeniach, o tym, że sądziła, że byli bardzo blisko końca, chociaż przecież nie dostała ku temu żadnych powodów, nie rozmawiali o tym, nie zapytała go wcześniej co zamierza, założyła, że łatwo przyjdzie mu ją porzucić, że odejdzie bez słowa, kiedy opuszczą mury tego domu. Szukała dalej, znajdowała kolejne potwierdzenia swojej tezy, jak chociażby to, że nie zaprosił jej na ślub. Gdy wyciągnął przed nią starannie wypisane zaproszenie zaczęło do niej docierać, że to były tylko jej wyobrażenia, domysły, które dzisiaj zaczęły przysłaniać jej jakiekolwiek logiczne myślenie. Skupiła się na tym, co mogło pójść nie tak, założyła, że nie będzie z tego nic dobrego, pesymizm wylewał się z niej chyba w każdy możliwy sposób.
- Jasne, może kiedyś się dowiesz. - Ton jej głosu nieco się zmienił, nie była już taka chłodna jak wcześniej, powoli zaczynała pozwalać sobie na odpuszczenie. Nie mogła w nieskończoność utrzymywać tej pozy, była zmęczona. Nie chciała być wobec niego obojętna, nie chciała ziać lodem, to nie było dla niej typowe. Tak właściwie, czy powód dla którego miał tutaj zostać był taki istotny, nie wybierał się nigdzie, to było dużo, bo przecież zupełnie nie leżało w jego zwyczaju. Był co do tego szczery, mówił, że nie potrafi tutaj zostać, że nie zamierza tego robić, ale jednak coś się zmieniło. Być może uda mu się ustalić, co to było, chętnie go wtedy wysłucha, chętnie się tego dowie. Teraz? Nie zamierzała szukać odpowiedzi na siłę, naciskać na niego, zresztą nie wydawało jej się, że ją okłamywał. Mógł tego nie wiedzieć, może poczuł jakiś dziwny zew, aby spędzić w Wielkiej Brytanii nieco czasu, zdarzały się przecież takie momenty, podjęte decyzje, których nie było się w stanie wytłumaczyć.
Znaleźli się bliżej siebie, Prue nadal zadzierała głowę do góry, aby móc patrzeć mu w oczy, nie uciekała spojrzeniem, szczególnie, że w końcu patrzył na nią, nie przez nią, dostrzegła tę różnicę. Nadal w pomieszczeniu dało się wyczuć napięcie. Dużo słów padło między nimi, nie do końca przyjemnych i ciepłych, ale takie właśnie było życie, nie zawsze było kolorowo. Nie był to najlepszy moment na podobne dyskusje, bo nie była w pełni sił, ale i tak postanowiła w to brnąć. Widziała po nim, że również jest zmęczony, nie miała szansy zapytać go, jak mu minął dzień, czy wszystko przebiegło tak jak miało, zamiast tego skupiła się na tym, żeby znaleźć odpowiedzi na bezsensowne pytania, które pojawiły się w jej głowie zupełnie przypadkiem, pod wpływem chwili, która wymknęła się spod kontroli. Dziwnych wróżb, kadzideł i jasnowidztwa, którym przecież w ogóle nie powinna się zajmować, bo to nie leżało w obszarze jej zainteresowań, zupełnie się na tym nie znała, a postanowiła zaufać kartom, bez żadnego doświadczenia w sposobie w jaki działały.
Czy miała fazę? Nie wydawało jej się, może miała, może nie miała. Faktycznie nie do końca była sobą, co zapewne było spowodowane trawą, którą wypaliła wcześniej z Greengrassem. - Jarałam. - Nie było powodu, aby się do tego nie przyznawała, skoro to wyłapał, to przecież i tak znał odpowiedź na to pytanie. Nie była w stanie ukrywać reakcji swojego organizmu, jak mniemała oczy ją wydały, wiedziała, że jej źrenice powinny być powiększone, wcześniej pewnie nie miał szansy tego zauważyć, bo nie chciał na nią patrzeć. - Mam chyba bad tripa, a nie fazę. - Chociaż, czy właściwie to nie było to samo, bad trip to też faza, ale chyba ta mniej oczekiwana. Nie miała na to zbyt wielkiego wpływu, skupiła się na tym, co przyniosło jej ciemne myśli, zamiast dobrze się bawić. Bywa i tak. Wcześniej nie zwracała uwagi na to, że zioło mogło nieco spotęgować to w jakim była nastroju, tak właściwie to miało sens, nie do końca była sobą, trochę za bardzo to wszystko zaczęła przeżywać. Mrugnęła dwa razy, powinna się doprowadzić do porządku.
- Nie da się temu zaprzeczyć. - Poniosło ją, ich poniosło, sprowokowała go, nie miała przed tym żadnych oporów, chociaż normalnie ugryzłaby się w język, nie powiedziałaby większości z tych słów, nie zadawała pytań, bo nie miała w sobie, aż tyle odwagi, raczej pozostawiłaby wszystko swoim domysłom, z czasem uzyskała odpowiedzi, bez naciskania, czy tych dziwnych prób na wyciągnięcie informacji.
- Tak będzie sprawiedliwie. - Chociaż podskórnie czuła, że rozkładało się to w nieco innych proporcjach i w tym wypadku większość winy jednak leżała po jej stronie. To ona zaczęła temat, to ona drążyła przez to, że zafiksowała się na jakiejś myśli, obawiała się tego, że może za chwilę zniknąć z obrazka, a przecież nie miała ku temu nawet najdrobniejszego powodu, no, może poza tym, że ponad tydzień temu wspominali coś o ramach czasowych, które i tak zdążyli już przekroczyć.
- Przepraszam, to nie był dobry dzień. - Nie sądziła, że takie usprawiedliwienie wystarczy, ale naprawdę było jej przykro, że doprowadziła do takiej kłótni między nimi, to nie powinno się wydarzyć. Pozwoliła, aby chwilowe zaćmienie doprowadziło ich do tego momentu. To nie tak, że nie zastanawiała się nad tym, czy mają szansę jakoś sobie wszystko ułożyć, czy istnieje dla nich jakieś wspólne jutro, jednak nie dyskutowałaby na temat tych obaw w ten sposób. Zależało jej na nim, to nie podlegało dyskusji, aczkolwiek nie powinna się tak uzewnętrzniać ze swoimi lękami. Nie chciała go osaczyć, czy wymuszać na nim podjęcia decyzji, których będzie żałował.
Dostrzegła dłoń wyciągniętą w jej kierunku, odetchnęła z ulgą, w końcu powoli zaczynało z niej schodzić to wszystko, co w niej siedziało. Można to było zauważyć po jej postawie, nie siliła się już o to dumne wyprostowanie, spięte łopatki, odpuściła. Chwyciła ostrożnie jego rękę, nie wiedziała, co to oznaczało, ale liczyła na to, że najgorsze tego wieczora mają już za sobą.
Confusion in her eyes that says it all
She's lost control