21.08.2025, 12:44 ✶
Zatoka lasu zstępuje w rytmie górskich potoków, a jeśli chcesz znaleźć źródło, musisz iść do góry, pod prąd.
Nie dała mu przepaść, więc czołgał się za nią, czołgał się za jej sylwetką, za głosem, za wspomnieniem, za tęsknotą, która potrafiła rozerwać klatkę piersiową w zimowe noce.
Jego matka zawsze była niewrażliwa na takie mazgajstwo.
Hartuj się - usłyszałby prędzej niż jakiekolwiek słowa łagodnego współczucia, czy troski. Organizm musi być silny, jeśli jesteś prawdziwym dzieckiem Kniei. Knieja nie toleruje słabości. Przeżyjesz albo umrzesz. Tak mówi prawo.
Bezwzględny, karzący głos, tak inny od postaci skąpanej w zieleni, w cieple i miękkości leśnej polany, w kręcącym nos, słodkiej i mdlącej woni grzybni.
Przedzieraj się, szukaj, nie ustępuj, wiesz przecież, że ono musi tu gdzieś być - gdzie jesteś, źródło...?
Zimna dłoń, orzeźwienie, twarz w strumyku. Czołgał się, by zwilżyć usta, by chociaż wargi mogły dotknąć ożywczego źródła, dać ukojenie skołatanemu sercu, ciału pogrążonemu w gorączkę.
Nie miał pojęcia jak dostał się do wnętrza chaty, nie miał za bardzo pojęcia że w ogóle istnieje jakaś chata. Znękany umysł zachęcany głosem by nie znikał w nocnej otchłani karmił się halucynacjami, w których rozdzierający niedźwiedzi ryk okazał się jednak człowieczym skowytem, a półtora tonowe ciało straciło na masie pozbawione mięśni i futra.
Gdzie jesteś, źródło? Strumieniu, leśny strumieniu, odsłoń mi tajemnicę swego początku...
Dłoń zacisnęła się gwałtownie na framudze łóżka, druga wciąż kurczowo trzymała różdżkę. Surowa magia przepłynęła przez ciało, klątwa ziemi reaktywnie drżała wibracją, zaborczo domagając się władzy nad swym nosicielem. Nagie plecy gwałtownie pokrywły się sprcuhniałą korą, porosły mchem i rdzawymi kapeluszami łuskwiaków. Lewa ręka tymczasem pokryła się piórem, płowo-szarym, o wyraźnie ciemniejszych lotkach. Palce wydłużyły się, kościec dopasował, ale nie rozmiar, reszta ciała nie podążyła za mglistym orzkazem skołatanego umysłu. Z łoskotem wywrócony stolik, kolejne szarpnięcie bólu zmiotło nim podłogę. Nie był w stanie mówić, z gardła dobił się niedźwiedzi warkot, gdy każdy krok pozostawiał wijące się po klepisku pędy.
Pozwól mi wargi umoczyć w źródlanej wodzie... odczuć świeżość, ożywczą świeżość.
Smród własnej krwi, strachu, klątw wgryzających się pod skórę i... zapach ziół, wody, strumienia. Ból i ulga, mieszały się ze sobą jak zioła w moździerzu, jak flora i fauna wciśnięta w zbyt małe ludzkie ciało. Niedźwiedzie pazury orały drewniane meble. Przyniósł ze sobą chaos i agonalny skowyt. Przyniósł ze sobą rozpaczliwe błaganie.
Gdzie jesteś strumieniu
Nie dała mu przepaść, więc czołgał się za nią, czołgał się za jej sylwetką, za głosem, za wspomnieniem, za tęsknotą, która potrafiła rozerwać klatkę piersiową w zimowe noce.
Jego matka zawsze była niewrażliwa na takie mazgajstwo.
Hartuj się - usłyszałby prędzej niż jakiekolwiek słowa łagodnego współczucia, czy troski. Organizm musi być silny, jeśli jesteś prawdziwym dzieckiem Kniei. Knieja nie toleruje słabości. Przeżyjesz albo umrzesz. Tak mówi prawo.
Bezwzględny, karzący głos, tak inny od postaci skąpanej w zieleni, w cieple i miękkości leśnej polany, w kręcącym nos, słodkiej i mdlącej woni grzybni.
Przedzieraj się, szukaj, nie ustępuj, wiesz przecież, że ono musi tu gdzieś być - gdzie jesteś, źródło...?
Zimna dłoń, orzeźwienie, twarz w strumyku. Czołgał się, by zwilżyć usta, by chociaż wargi mogły dotknąć ożywczego źródła, dać ukojenie skołatanemu sercu, ciału pogrążonemu w gorączkę.
Nie miał pojęcia jak dostał się do wnętrza chaty, nie miał za bardzo pojęcia że w ogóle istnieje jakaś chata. Znękany umysł zachęcany głosem by nie znikał w nocnej otchłani karmił się halucynacjami, w których rozdzierający niedźwiedzi ryk okazał się jednak człowieczym skowytem, a półtora tonowe ciało straciło na masie pozbawione mięśni i futra.
Gdzie jesteś, źródło? Strumieniu, leśny strumieniu, odsłoń mi tajemnicę swego początku...
Dłoń zacisnęła się gwałtownie na framudze łóżka, druga wciąż kurczowo trzymała różdżkę. Surowa magia przepłynęła przez ciało, klątwa ziemi reaktywnie drżała wibracją, zaborczo domagając się władzy nad swym nosicielem. Nagie plecy gwałtownie pokrywły się sprcuhniałą korą, porosły mchem i rdzawymi kapeluszami łuskwiaków. Lewa ręka tymczasem pokryła się piórem, płowo-szarym, o wyraźnie ciemniejszych lotkach. Palce wydłużyły się, kościec dopasował, ale nie rozmiar, reszta ciała nie podążyła za mglistym orzkazem skołatanego umysłu. Z łoskotem wywrócony stolik, kolejne szarpnięcie bólu zmiotło nim podłogę. Nie był w stanie mówić, z gardła dobił się niedźwiedzi warkot, gdy każdy krok pozostawiał wijące się po klepisku pędy.
Pozwól mi wargi umoczyć w źródlanej wodzie... odczuć świeżość, ożywczą świeżość.
Smród własnej krwi, strachu, klątw wgryzających się pod skórę i... zapach ziół, wody, strumienia. Ból i ulga, mieszały się ze sobą jak zioła w moździerzu, jak flora i fauna wciśnięta w zbyt małe ludzkie ciało. Niedźwiedzie pazury orały drewniane meble. Przyniósł ze sobą chaos i agonalny skowyt. Przyniósł ze sobą rozpaczliwe błaganie.
Gdzie jesteś strumieniu