21.08.2025, 17:51 ✶
Ogień odbijał się w jej oczach, łapczywie tańcząc na powierzchni źrenic, gdy słuchała jego słów. Przez chwilę miała wrażenie, że świat na moment się przechylił, a ona spogląda na niego z innej perspektywy - tej, w której Alastor Moody nie był już jedynie urzędowym trybikiem w machinie Ministerstwa, który znał na pamięć wszystkie punkty i paragrafy. Nie. Nagle okazało się, że pod tą maską krył się ktoś, kto wbrew pozorom miał w zanadrzu życie drugie, sekretne, zupełnie niepodległe pieczęciom i podpisom.
To było… zabawne. I zaskakująco na miejscu. Eden uniosła lekko brew, pozwalając, by ironiczny uśmiech rozciągnął jej usta. Jakież to piękne; odkrywać, że auror, który przez lata uchodził za ikonę obsesyjnej czujności, nie był wcale tak sterylny, jak się wydawało. Zawsze podejrzewała, że ci najgłośniej powołujący się na prawo i porządek mają najwięcej trupów w szafach. Różnica polegała na tym, że Moody najwyraźniej zamiast trupów trzymał tam żywych - swoich ludzi, swoje sekrety, swoją armię cieni.
Śmieszne, jak bardzo do niego pasowało. Jakby całe to spięcie, maniakalna kontrola otoczenia, nerwowe rzucanie spojrzeń przez ramię, nagle układało się w logiczną całość. On nie był tylko posłusznym psem Ministerstwa - on był tym, który w każdej chwili mógł odgryźć rękę karmiącego. Zadziwiające, że odkryła to dopiero teraz, bo przecież Alek nigdy nie wydawał się jej osobą jednowymiarową i powinna była przewidzieć taki scenariusz.
Krzyki ludzi zza płonących murów mieszały się z jego słowami, tworząc groteskową melodię. Eden poczuła, jak coś w niej lekko drgnęło - nie wyrzut, nie moralność, ale świadomość. Ile razy ona sama ignorowała ten jazgot, ile razy traktowała go jak tło, nie warte uwagi? Teraz brzmiał głośniej, jakby chciał jej przypomnieć, że obojętność bywa luksusem tylko do czasu, aż ktoś inny zrobi z niej broń. A Moody? On właśnie to robił, wciągając ją w ewidentne podziemie, i nagle nie wydawało się to wcale takie złe. Wręcz przeciwnie - było w tym coś niemal poetyckiego. Niby auror, niby strażnik porządku, a w istocie gracz w tej samej grze, którą prowadziła ona. Gra, w której nie było miejsca na prawdę ani na niewinność, jedynie na maski i ruchy wyprzedzające cudze posunięcia.
Eden pozwoliła sobie na krótkie, niemal bezgłośne parsknięcie. To wszystko było tak pięknie absurdalne, że aż godne zapamiętania.
- Przestań łamać mi serce. Zaraz się okaże, że nawet w kłamaniu jesteś ode mnie lepszy. - Nie mogła odmówić sobie uszczypliwej uwagi, choć to nie był czas i miejsce na żarty. - Skoro masz nikomu nie mówić o tym bez powodu, rozumiem, że w moim kontekście powód nagle się pojawił. Mam tylko nadzieję, że nie zaślepia cię to, co do mnie czujesz? Wolę się upewnić, bo nie awansowałam w ostatnim czasie na osobę godną czyjegokolwiek zaufania - oznajmiła, pozostając pragmatyczną. Nie obchodziło ją, że nie jest częścią jakiegoś tajemnego klubu, poradziłaby sobie z tym mentalnie. Moody wspomniał jednak, że przysięgał dochować tajemnicy i nie chciała, żeby z głupiego powodu przemawiającej przez niego miłości zrujnował wszystko, co pod tą ziemią budował.
Dopiero po tych słowach zdecydowała się osłonić dłonią oczy, aby widoczny kątem oka ogień nie zaburzył jej obrazu, a następnie spojrzeć na ostatnie piętro wspomnianej kamienicy. Może to była osoba, może jedynie cień wirującej od podmuchów zasłony. Wiedziała jednak, że nie powinni tego zostawiać, bez względu na to, czy byliby potem w stanie zasnąć z tą świadomością.
- Jak chcesz się dostać na górę? Chyba nie klatką? - Zapytała, czując, że jeśli tylko wejdą na schody, zamienią się szybko w płonące więzienie.
To było… zabawne. I zaskakująco na miejscu. Eden uniosła lekko brew, pozwalając, by ironiczny uśmiech rozciągnął jej usta. Jakież to piękne; odkrywać, że auror, który przez lata uchodził za ikonę obsesyjnej czujności, nie był wcale tak sterylny, jak się wydawało. Zawsze podejrzewała, że ci najgłośniej powołujący się na prawo i porządek mają najwięcej trupów w szafach. Różnica polegała na tym, że Moody najwyraźniej zamiast trupów trzymał tam żywych - swoich ludzi, swoje sekrety, swoją armię cieni.
Śmieszne, jak bardzo do niego pasowało. Jakby całe to spięcie, maniakalna kontrola otoczenia, nerwowe rzucanie spojrzeń przez ramię, nagle układało się w logiczną całość. On nie był tylko posłusznym psem Ministerstwa - on był tym, który w każdej chwili mógł odgryźć rękę karmiącego. Zadziwiające, że odkryła to dopiero teraz, bo przecież Alek nigdy nie wydawał się jej osobą jednowymiarową i powinna była przewidzieć taki scenariusz.
Krzyki ludzi zza płonących murów mieszały się z jego słowami, tworząc groteskową melodię. Eden poczuła, jak coś w niej lekko drgnęło - nie wyrzut, nie moralność, ale świadomość. Ile razy ona sama ignorowała ten jazgot, ile razy traktowała go jak tło, nie warte uwagi? Teraz brzmiał głośniej, jakby chciał jej przypomnieć, że obojętność bywa luksusem tylko do czasu, aż ktoś inny zrobi z niej broń. A Moody? On właśnie to robił, wciągając ją w ewidentne podziemie, i nagle nie wydawało się to wcale takie złe. Wręcz przeciwnie - było w tym coś niemal poetyckiego. Niby auror, niby strażnik porządku, a w istocie gracz w tej samej grze, którą prowadziła ona. Gra, w której nie było miejsca na prawdę ani na niewinność, jedynie na maski i ruchy wyprzedzające cudze posunięcia.
Eden pozwoliła sobie na krótkie, niemal bezgłośne parsknięcie. To wszystko było tak pięknie absurdalne, że aż godne zapamiętania.
- Przestań łamać mi serce. Zaraz się okaże, że nawet w kłamaniu jesteś ode mnie lepszy. - Nie mogła odmówić sobie uszczypliwej uwagi, choć to nie był czas i miejsce na żarty. - Skoro masz nikomu nie mówić o tym bez powodu, rozumiem, że w moim kontekście powód nagle się pojawił. Mam tylko nadzieję, że nie zaślepia cię to, co do mnie czujesz? Wolę się upewnić, bo nie awansowałam w ostatnim czasie na osobę godną czyjegokolwiek zaufania - oznajmiła, pozostając pragmatyczną. Nie obchodziło ją, że nie jest częścią jakiegoś tajemnego klubu, poradziłaby sobie z tym mentalnie. Moody wspomniał jednak, że przysięgał dochować tajemnicy i nie chciała, żeby z głupiego powodu przemawiającej przez niego miłości zrujnował wszystko, co pod tą ziemią budował.
Dopiero po tych słowach zdecydowała się osłonić dłonią oczy, aby widoczny kątem oka ogień nie zaburzył jej obrazu, a następnie spojrzeć na ostatnie piętro wspomnianej kamienicy. Może to była osoba, może jedynie cień wirującej od podmuchów zasłony. Wiedziała jednak, że nie powinni tego zostawiać, bez względu na to, czy byliby potem w stanie zasnąć z tą świadomością.
- Jak chcesz się dostać na górę? Chyba nie klatką? - Zapytała, czując, że jeśli tylko wejdą na schody, zamienią się szybko w płonące więzienie.
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~