Szczerość nie była mile widziana. Yaxley miała świadomość, że przez zbyt głośne głoszenie swoich faktycznych myśli można było zostać wykluczonym z pewnego grona, więc wolała nie robić tego poza zaufanymi sobie ludźmi. Nie spoufalała się ze wszystkimi, wiedziała komu może ufać, a komu nie. Nie miała problemu z zakładaniem masek, jeśli wymagała tego sytuacja. Miewała momenty, kiedy jej narwany charakter nieco jej to utrudniał, ale jakoś sobie z tym radziła. Były jednak osoby przy których mogła się nieco bardziej otworzyć, jeśli chodzi zaś o Ambroise'a to nie miała przed nim żadnych tajemnic, bez względu na to, jak mógł zareagować na jej nie zawsze najlepsze pomysły to dzieliła się z nim ze wszystkim. Najwyżej miał jej zasugerować, że coś nie miało sensu, że nie powinna myśleć w ten sposób, czy brała to do siebie to inna sprawa, bo jak wiadomo była ona kurewsko uparta.
- Nom, to nie miałoby sensu. - Zresztą przecież wiedziała, że nie dało się go do niczego zmusić. Robił tylko to na co miał ochotę, co uważał za słuszne. Nie dało się mu niczego narzucać, to też ich łączyło.
- Wiesz, że lubię konkrety, a Dolina Godryka nigdy nie zajmowała szczególnego miejsca w moim sercu. - Może było to miejsce domem Ambroise'a ale nie zamierzała udawać, że zdecydowanie wolałaby, aby powiedzieli sobie te magiczne słowa w Walii, zresztą aktualnie chyba właśnie tam było bezpieczniej, nie musieli się martwić tym, czy ktoś nie podpali im miejsca imprezy. Zresztą mieli czas, dopiero się zaręczyli do ślubu pewnie minie jeszcze trochę czasu, gdyby tylko wiedziała, jak szybko zmieni się ta wizja, to pewnie by się zdziwiła. Póki co jednak nie rozmawiali o konkretach, na pewno ich to czeka, ale jeszcze nie teraz.
Wbiła swój wzrok w swojego narzeczonego i pokręciła zaprzeczając głową. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jaki miała stosunek do organizacji podobnych przyjęć, to na pewno nie będzie mogło wyglądać w ten sposób, chyba, że zależało mu na tym, by sabotować ich ślub. Geraldine nigdy nie wykazywała zainteresowania podobnymi tematami, to nie miało się zmienić, unikała tego, jak ognia, zresztą matka do dzisiaj zarzucała jej, że zamiast być wsparciem to uciekała z ojcem do lasu.
- Wiesz, że to by nie wypaliło, co nie? - Na pewno miał tego świadomość, nie mógł darować sobie, żeby rzucić jednak tę uwagę. Doskonale wiedział o tym, jak by sobie poradziła, czy raczej nie poradziła... gdyby to zależało od niej, to poszłaby z nim do pierwszej, lepszej, kowenowej kaplicy i wzięła ślub od ręki, bez żadnych gości, bez tych całych przebieranek, bo na tym nigdy szczególnie jej nie zależało. Nie miała potrzeby organizować wielkiego przyjęcia, zapraszać osób, których ledwie co znała, bo tak wypada, to nie było w jej stylu. Wiedziała jednak, że to nie miało racji bytu, będą musieli zorganizować chociaż skromne przyjęcie, no, skromne jak na czystokrwistych.
- Ze wszystkiego dobrze strzelam. - Poprawiła go jeszcze, chociaż wiedziała do czego zmierzał, nadal nie przestał jej wypominać tego jednego, jedynego razu, kiedy chybiła i trafiła go w nogę, oczywiście, że nie było to spowodowane jej nieudolnością, czy brakiem doświadczenia, a tym, że tamto miejsce było dziwne, nie była do końca sobą...
- Oczywiście, im dłuższe tym lepsze. - Wcale nie miała tak, że jak ktoś ględził jej zbyt długo nad uchem to nie zaczynała ziewać i zasypiać, zupełnie nie... Z tym było jak ze wszystkim innym, Geraldine brakowało cierpliwości, szybko się nudziła i potrzebowała kolejnych bodźców, nie do końca była w stanie zbyt długo się skupić na słowach, które ktoś do niej mówił, im dalej w las, tym mniej z tego zapamiętywała, mniej do niej docierało, na szczęście Ambroise odpuścił i tego nie zrobił. Była zmęczona, podejrzewała, że jeśli pozwoliłby sobie na monolog, to faktycznie zasnęłaby w przeciągu chwili.
- Możliwe, od zawsze była bliższa mi niż biżuteria, a to połączenie? Jest niesamowite. - Roise ją znał, wiedział, co ją zachwyci, musiał poświęcić sporo czasu, aby dostać coś takiego, nie wątpiła, że było to zrobione na zamówienie i raczej nikt inny nie będzie miał podobnego kamyka. To nie był kolejny, jeden z wielu takich samych pierścionków, był dopasowany do niej, naprawdę to doceniała.
- Chyba czas się rozejrzeć za kimś odpowiednim. - Skoro podszedł do tego w ten sposób, to pociągnęła tę myśl, chociaż doskonale wiedziała, że przecież pomoże jej wybrać, doradzi, czym powinna wypełnić ten pierścionek, znał się na tym bardzo dobrze, zamierzała skorzystać z jego wiedzy, zapewne trochę później, ale wydawało jej się całkiem słuszne zadbanie o to, by miał jakąś zawartość. Nigdy nie wiadomo, kiedy będzie mógł uratować jej życie.
Prychnęła, kiedy usłyszała jego kolejny komentarz. Nie skomentowała tego, chociaż miała zamiar mu przypomnieć, że czarowanie było już zbędne, miał ją, całą dla siebie i nie potrzebował sięgać po te jakże wyszukane komplementy.
Zwieńczyli tę rozmowę pocałunkami, co zresztą było idealnym sposobem na świętowanie zaręczyn, do których doszło przed chwilą. Byli tutaj razem, czekała ich teraz zupełnie nowa droga, która miała doprowadzić do tego, że w końcu zostaną rodziną. Nowy dzień, nowe perspektywy.