Miała co do tego odmienne zdanie. Nie było tutaj winnych. Wszystko było całkiem jasne, kiedy zadecydowali o tym, że chcą spędzić ze sobą ten czas, gdy będą tu przebywać. Nie było w tym żadnego podstępu, czy kłamstwa. Mieli pewne założenia, nikt nie był odpowiedzialny za to, że postanowili nieco przesunąć czasową granicę, to się stało, samo, nie konsultowali tego, po prostu brnęli w to dalej. Każde z nich mogło to zrobić, mogło poruszyć ten temat, trudno było w oczach Prue więc zrzucać odpowiedzialność na kogokolwiek. Nie miała w zwyczaju szukać winnych, kiedy to nie miało żadnego znaczenia, niczego nie zmieniało. Pozwolili sobie przekroczyć wyznaczoną granicę i ona i on. Było to całkiem proste. Nie wnikała w to, kto był odpowiedzialny za narzucenie tego terminu, liczyło się tylko to, że nie chcieli tego kończyć, gdy on dobiegł końca. Nie mogli te kilka dni temu wiedzieć, że tak łatwo przyjdzie im odnalezienie się w tej nowej sytuacji. Nie mogli mieć świadomości, że przyzwyczają się do swojej obecności, że zacznie im na sobie zależeć bardziej, niż mogłoby się wydawać.
Nie potrzebowali wiele, może wynikało to z tego, że przez lata unikali podobnych sytuacji, nie spoufalali się z ludźmi, to ich łączyło. Kiedy więc nadarzyła się ku temu okazja, kiedy sami ją stworzyli to weszli to bez zbędnych pytań, pozwolili sobie złapać oddech, przestali się pilnować i jakoś tak się to wszystko potoczyło.
To nie było proste, oni nie byli prości, ale co tak właściwie mogli z tym zrobić. Zawsze pozostawały inne opcje, któreś z nich mogło zadecydować o tym, że to był odpowiedni moment, aby to przerwać, odwrócić się na pięcie, jednak tego nie zrobili. Zamiast tego stali razem w ciemności, wpatrywali się w siebie trzymając się za rękę, jakby to było najlepszym i jedynym z możliwych rozwiązań. Nie chciała z tym walczyć, miała dość walki z całym światem, ze wszystkimi wokół, udowadniania sobie samej tego, że nie potrzebuje wokół siebie nikogo, że jest samowystarczalna, bo to była gówno prawda i ona była człowiekiem i ona czasem potrzebowała ciepła i bliskości drugiej osoby, zrozumienia. Niby niewiele, ale jednak bała się po to sięgać. Coś się jednak zmieniło, trafili na siebie chyba w odpowiednim momencie, po pożarach, uświadomieniu sobie, jakie życie jest ulotne bardzo łatwo było jej zmienić przyzwyczajenia, jakby te dawne nawyki nie miały najmniejszego sensu. Nie chciała, żeby uznał to za desperację, ale trochę tak było, trzymała się go kurczowo, bo nie chciała teraz go stracić, nie mogła pozwolić, żeby odszedł, jeszcze nie teraz, nie była na to gotowa, nie kiedy było im dane spędzić razem tak mało czasu.
Po raz kolejny tego wieczora ulżyło jej, gdy się odezwał. To brzmiało jak obietnica. Nie musiała się martwić, że pewnego dnia postanowi odejść i po prostu zniknie, może nie było to wiele, ale dla niej znaczyło sporo. Naprawdę starała się zrozumieć to, w jaki sposób funkcjonował, Bletchley była wyjątkowo wyrozumiała, ale miała już tak, że jeśli jej na kimś zależało, to mało co było ją w stanie zrazić, raczej starała się akceptować pewne zachowania i znaleźć dla nich wytłumaczenie, nie miała w zwyczaju zmieniać ludzi, zresztą polubiła go przecież za to, jaki był. Zaczęła się w nim zakochiwać za to jakim był, nie w jakiejś wyimaginowanej wersji, która byłaby bardziej przystępna.
- Dobrze, to mi wystarczy. - Świadomość, że będą mieli szansę na pożegnanie, jak bolesne by ono nie było, to przynajmniej wiedziała, że je dostaną, przynajmniej w opcji, w której on postanowi po prostu znowu wyruszyć w drogę. To nie były jedyne możliwości, to nie był jedyny sposób w jaki mógł zniknąć i bardzo dobrze zdawała sobie z tego sprawę, pamiętała o tym.
- Zdaję sobie sprawę, że w Twoim przypadku zawsze jest ryzyko. - Nie była głupia, wiedziała przecież czym się zajmował, to niosło ze sobą niebezpieczeństwo, mogło skończyć się w najgorszy sposób, wtedy faktycznie mogła nie dostać pożegnania, wolała jednak wierzyć, że jest w stanie o siebie zadbać, że potrafi sobie poradzić z tym, co mu przyniesie los, przynajmniej ona w to wierzyła.
- Pozostanie tutaj samo w sobie jest dla Ciebie niebezpieczne. - O tym również pamiętała. Tacy jak on nie byli tutaj mile widziani, nie po decyzji, którą podjął kilkanaście lat temu, kto wie, czy ktoś nie postanowi go szukać, czy ktoś go nie rozpozna, czy nie postanowi pokazać, że nie powinno się przeciwstawiać tym pojebanym zasadom, które rządziły czarodziejskim światem.
- Dobrze, to naprawdę wiele. - Czuła, że nie leżało to w jego nawykach. Zresztą mówił jej o tym, wiedziała, że nie byłoby to niczym dziwnym, spakowanie swoich rzeczy i pozostawienie wszystkiego za sobą. Nie potrzebowała niczego więcej, przynajmniej będzie wiedziała, żeby na niego nie czekać.
- Całkiem szybko się dostosowuję. - Może nie miała świadomości, że będzie to tak wyglądało, jednak gdyby tego nie chciała, to by jej tu nie było. Prudence zaczęło na nim zależeć, a to wiązało się z tym, że musiała nieco zmienić myślenie, otworzyć się jeszcze bardziej na to, co niosła za sobą taka relacja. - Pozwól, że to ja będę decydować o tym, kto zasługuje na moją lojalność. - Nie mógł obwiniać się za to, jaki był, przecież miał na to wpływ szereg różnych czynników, rozumiała, że przeszłość miała na to wpływ, nie mógł jej zmienić, nie miał wpływu na decyzje podjęte dawno temu, ani na swoje, ani na innych ludzi, którzy również mieli na niego wpływ.
- Naprawdę nie potrzebuję czasu, podjęłam już decyzję. - Wydawała się być bardzo pewna tego, co mówiła. Po raz kolejny nie uciekała spojrzeniem, wręcz przeciwnie wpatrywała się w niego, kiedy mówiła. Widać było w niej determinację, naprawdę nie zamierzała uciekać. Zresztą Bletchley należała do słownych osób, a wcale nie tak łatwo było ją wystraszyć, jeśli już czegoś chciała, na czymś jej zależało, to nie miała problemu z tym, aby po to sięgać, nawet jeśli mogło to nieść ze sobą nie do końca przyjemne konsekwencje.
- Ja ciągle z czymś walczę, to nie będzie nic nowego. - Była w tym prawda. Mało kto zdawał sobie sprawę z tego, że jej życie było odwieczną walką. Z głosami w głowie, z przeszłością, z całym światem. Trudno było to dostrzec, ale jeśli pozwalała się do siebie zbliżyć dało się to wyłapać. Walczyła z konwenansami, szukała swojej drogi, niekoniecznie takiej, którą akceptowali zwyczajni ludzie. To też była walka, tylko bardzo cicha, niemalże niedostrzegalna, tak samo jak ta, która niemalże każdego dnia odbywała się w jej głowie.
Kiedy ją objął, wtuliła się w niego. To wystarczało, aby zapomniała o ciężarze, który czuła jeszcze przed chwilą, o słowach, które padły, o tym, że przez moment dosięgła ich bardzo przykra, szara rzeczywistość. Nie potrzebowała wiele, jak widać obecność, dotyk, jego ciepło było tym, co potrafiło odsunąć od niej wszystko to, co złe. Jej mięśnie się rozluźniły, ona znowu zaczęła spokojnie oddychać, a wszystko przez to, że znalazła się w jego ramionach. Wiedziała, co to oznacza, wiedziała, że może przynieść żal, ale wcześniej mogło dać jej dużo więcej, zresztą już dawało.
- Mogłeś tego nie mówić, teraz nie mogę nie zapytać. - Sam się o to prosił, czyż nie? Nie mogła nie skorzystać z okazji, powinien się spodziewać, że jeśli mówił, że ma czegoś nie robić, to zamierzała działać zupełnie odwrotnie. - Dlaczego czujesz żenadę? - Zadała to pytanie wprost, bo chciała uzyskać konkretną odpowiedź, zresztą sam zasugerował jej aby to zrobiła, mówiąc, aby tego nie robiła. Bardzo logiczne.
- Nie wiem, co wypada, zresztą chyba nie mam za bardzo innego wyjścia, bo ktoś już uznał, że się tam z Tobą pojawię. - Widziała swoje imię starannie wypisane na zaproszeniu, najwyraźniej dla wszystkich poza nią było oczywiste to, że pojawi się na tym przyjęciu z nim. Nie mogła mu odmówić, nie chciała tego robić, w końcu mieli jeszcze czas, który mogli razem spędzić, a takie wydarzenie na pewno dobrze im zrobi. Powoli wracali do tej swojej wypracowanej lekkości i nie przejmowania się tym, co miało nadejść, przynajmniej pozornie. Byli zmęczeni, nie było sensu dalej skupiać się na tym, na co i tak nie mieli większego wpływu.
Confusion in her eyes that says it all
She's lost control