17.02.2023, 20:41 ✶
Najpierw pojawiła się półprzezroczysta ręka. Wysunęła się z ziemi. Wymacała palcami rozmokłą, zdeptaną trawę, jakby jej właściciel badał czy to już powierzchnia, czy wciąż jest pod ziemią. Potem pojawiła się druga ręka, ale ta wypłynęła ze starego, na wpół zniszczonego grobu. Od dawna już nikt go nie odwiedzał. Kamienna płyta była spękana ze starości. Spomiędzy niektórych jej fragmentów wyrastały nawet małe, białe kwiatki. Brakowało przyniesionych, choćby już i zeschniętych ze starości kwiatów. Nie było zniczy, nawet jednej malutkiej świeczki. Napis na płycie nagrobnej pozostawał nieczytelny, w całości porośnięty przez zielony mech. Po rękach przyszedł czas na głowę i resztę ciała.
Ze starego grobu wyłonił się duch mężczyzny. Wyglądało na to, że zmarł w (mniej więcej) wieku, który w tej chwili miał Cathal. Był jednak od niego sporo niższy i dużo drobniejszy, jakby przedwcześnie zasuszony. Na jego półprzeroczystej głowie widać było oznaki postępującego łysienia. Nosił też monokl, który mu od czasu do czasu spadał z twarzy. A całe jego ubranie przypominało takie, które można było jeszcze znaleźć w szafie dziadka (i wisiało w niej od czasów jego młodości).
Utkwił spojrzenie w stojącym przy grobie Shafiqu. A potem, niczym cień pofrunął w jego stronę. Zawisł dwa metry za nim. Wisiał jak jakiś jego karykaturalny i niezbyt podobny cień. Czekał aż zostanie zauważony. I korzystając z tych ostatnich chwil, które miał zanim Cathal odwrócił się by skierować się do wyjścia z cmentarza (i stanąć oko w oko z duchem), wyciągnął z kieszeni półprzezroczystej marynarki, półprzezroczyste lustro. Przyjrzał się sobie uważnie, zaczesał półprzezroczystymi palcami włosy na bok – by zamaskować trochę łysinę; musnął wąsy, jakby chciał je podkręcić; poprawił spadający monokl.
A potem posłał Cathalowi najbardziej dżentelmeński uśmiech, na jaki tylko mógł sobie pozwolić. Wyprostował się i uniósł dumnie podbródek. Chrząknął.
- Zdaje się, młody człowieku, że jesteś tym, kogo szukałem – powiedział bardzo poważnym tonem. – Na imię mam Wolfgang Johannes Marselis de Berkeley. Trzeci syn, ale ślubny, Williama Marselisa de Berkeley, pierwszy czarodziej w rodzinie od strony ojca, piętnasty od strony matki. Zdajesz sobie sprawę co to oznacza, młody człowieku? – zapytał. Wszystkie wcześniejsze słowa powiedział na jednym wdechu, jakby bardzo zależało mu na tym, żeby Cathal za żadne skarby nie spróbował mu przerwać. – Oznacza to mój drogi, że wszystkie oszczerstwa, które powiedziano na mój temat są kłamstwem. Pozwól, że opowiem ci moją historię, żebyś zrozumiał jak niesprawiedliwie zostałem potraktowany…
Ze starego grobu wyłonił się duch mężczyzny. Wyglądało na to, że zmarł w (mniej więcej) wieku, który w tej chwili miał Cathal. Był jednak od niego sporo niższy i dużo drobniejszy, jakby przedwcześnie zasuszony. Na jego półprzeroczystej głowie widać było oznaki postępującego łysienia. Nosił też monokl, który mu od czasu do czasu spadał z twarzy. A całe jego ubranie przypominało takie, które można było jeszcze znaleźć w szafie dziadka (i wisiało w niej od czasów jego młodości).
Utkwił spojrzenie w stojącym przy grobie Shafiqu. A potem, niczym cień pofrunął w jego stronę. Zawisł dwa metry za nim. Wisiał jak jakiś jego karykaturalny i niezbyt podobny cień. Czekał aż zostanie zauważony. I korzystając z tych ostatnich chwil, które miał zanim Cathal odwrócił się by skierować się do wyjścia z cmentarza (i stanąć oko w oko z duchem), wyciągnął z kieszeni półprzezroczystej marynarki, półprzezroczyste lustro. Przyjrzał się sobie uważnie, zaczesał półprzezroczystymi palcami włosy na bok – by zamaskować trochę łysinę; musnął wąsy, jakby chciał je podkręcić; poprawił spadający monokl.
A potem posłał Cathalowi najbardziej dżentelmeński uśmiech, na jaki tylko mógł sobie pozwolić. Wyprostował się i uniósł dumnie podbródek. Chrząknął.
- Zdaje się, młody człowieku, że jesteś tym, kogo szukałem – powiedział bardzo poważnym tonem. – Na imię mam Wolfgang Johannes Marselis de Berkeley. Trzeci syn, ale ślubny, Williama Marselisa de Berkeley, pierwszy czarodziej w rodzinie od strony ojca, piętnasty od strony matki. Zdajesz sobie sprawę co to oznacza, młody człowieku? – zapytał. Wszystkie wcześniejsze słowa powiedział na jednym wdechu, jakby bardzo zależało mu na tym, żeby Cathal za żadne skarby nie spróbował mu przerwać. – Oznacza to mój drogi, że wszystkie oszczerstwa, które powiedziano na mój temat są kłamstwem. Pozwól, że opowiem ci moją historię, żebyś zrozumiał jak niesprawiedliwie zostałem potraktowany…