Geraldine nie otaczała się jakimś ogromnym gronem znajomych, miała kilku bliskich przyjaciół i Erik do nich należał. Nie powinno więc dziwić Roise'a, że to pytanie padło. Nie do końca spodziewała się innej odpowiedzi, widziała go kilka dni temu, zdawała sobie sprawę z tego, że mocno uderzyły w ich rodzinę wydarzenia tej tragicznej nocy, zapewne nie miał się z tego szybko otrząsnąć. To nie było dziwne, zaskakujące, pewnie każdy, kto straciłby swój dobytek, miejsce na ziemi, dom rodzinny zachowywałby się podobnie. Longbottom nie krył się ze swoim podejściem do popleczników Voldemorta, Geraldine czuła, że im to nie umknęło, inaczej pewnie nie uderzyliby właśnie w jego rodzinę. To nie był przypadkowy atak, ale celowe działanie, pokazywało dlaczego warto trzymać gębę na kłódkę i się nie narażać.
Spodziewała się, że Erik będzie się mierzył z tym, co się wydarzyło przez długi czas, nie dało się zapomnieć o takich rzeczach, zresztą musieli doprowadzić Warownię do porządku. Miała świadomość, że ich rodzina dbała o to, by to miejsce było bezpieczne, najwyraźniej jednak to nie wystarczyło, stali się celem ataków, nie dało się tego inaczej określić, ale przecież poniekąd sami się na to wystawili. Niby to rozumiała, nie wszyscy chcieli być bierni, udawać, że problem nie istniał, ale czy na dłuższą metę to niosło ze sobą coś dobrego. Dużo prościej było skupiać się na sobie, dbać o najbliższych, a nie niepotrzebnie zwracać na siebie uwagę.
- Nie wątpię, w każdego by uderzyło coś takiego. - Nie miała nawet grama wątpliwości, że to przyniesie konsekwencje. Erik ostatnio borykał się z wieloma problemami, miała wrażenie, że pojawiało się ich coraz więcej. Każdego by to przytłoczyło, coraz mniej widziała w nim tego gryfona, którego pamiętała z czasów, gdy uczyli się w Hogwarcie. Zrobił się nieco bardziej mrukliwy i pesymistyczny, ale wiedziała z czym się to wiąże.
Nie sądziła, że potrzebował specjalistycznej pomocy, na pewno jakoś stanie na nogi, ale nie znała się też na tym jakoś szczególnie aby wydawać wyroki, to mogło przytłoczyć każdego. Pozostawało mieć nadzieję, że szybko uda im się poradzić sobie z odbudową Warowni.
Nie mogli skupiać się jednak na problemach innych, to nie dlatego Ambroise znalazł się tutaj, wcześniej niż powinien. Była tego świadoma, wiedziała, że słowa, które padły z jej ust mogły przynosić niepokój, nie zaczynała rozmów w ten sposób, ale teraz nie wiedziała, jak miałaby to zrobić inaczej.
- Możesz usiąść? - Zapytała się jeszcze, bo wolała, żeby znalazł się naprzeciwko niej, nie stał gdzieś obok, zwłaszcza, że nie mogła być pewna jego reakcji, która mogła być naprawdę różna.
- Jest kilka spraw. - Zamierzała zacząć od psa, wydawało jej się to być dobrym początkiem. Aktualnie znajdował się w sypialni Ambroise'a, nie przyprowadziła go tutaj, żeby od razu nie zobaczył jego obecności. Nie sądziła, że będzie to dla niego problemem, jednak wolała go uprzedzić o tym, że sprawiła im kolejnego pupila, Z drugiej strony, może lepiej było to zostawić na koniec. Nie mogła dłużej dusić w sobie tego, co ciążyło jej najbardziej.
- Jestem... - Odetchnęła głęboko, wcale nie tak łatwo przyszło jej wydusić te słowa. - Jestem w ciąży Roise. - Wbiła przy tym wzrok w swoje stopy, jakby bała się spojrzeć mu w oczy. Czekała na jego reakcję, nie wiedziała, czego powinna się spodziewać, bo przecież to nie było nic niewielkiego. Jasne, mieli wziąć ślub, za kilka dni, tyle, że chyba żadne z nich nie spodziewało się tego, że przy okazji mieliby powiększyć rodzinę. Całkiem prosto przyszło jej założenie, że to musiało być jego dziecko, nie było innej możliwości, musieli jednak wrócić podczas tej rozmowy to tego dnia, tego momentu, o którym jak dotąd nie wspominali, ale dłużej nie mogli udawać, że to się nie wydarzyło.