23.08.2025, 21:46 ✶
Gdyby nie uszczypnął się przed chwilą, gdyby nie dotknął wcześniej czarodzieja z lasu raz z własnej woli i dwa razy nieplanowanie, czym prędzej wróciłby do Lecznicy Dusz i poprosił o zmianę leków.
Na słowa o “trzymaniu się mocno” jego szczęka opadła, a gdy nieznajomy - czy wciąż? - bez ostrzeżenia zmorfował w niedźwiedzia, Lazarus niemal podskoczył. A na pewno odruchowo cofnął się o krok. Pierwotny strach zmroził go na chwilę i przyspieszył mu tętno, zanim klątwołamacz przypomniał sobie, że ma do czynienia z animagiem. Odetchnął raz i drugi i opanował się. Żadne ze zwierząt kręcących się wokół nie zareagowało nerwowo.
- Mógłbyś uprzedzić! - burknął z odrobiną urazy w głosie.
Wciąż jeszcze oddychając nieco głębiej, niż zwykle, podszedł do niedźwiedzia. Nigdy nie miał okazji dotknąć takiego zwierza, a futro na jego łbie wydawało się takie miękkie. Podniósł rękę, zawahał się chwilę, ale w końcu ten człowiek - kiedy jeszcze był człowiekiem - kazał “trzymać się mocno”, więc chyba nie obraziłby się za…
Lazarus zanurzył palce w grubym futrze przy uchu, tam, gdzie sierść wydawała się najbardziej pluszowa. Nie zawiódł się. Gęsta, miękka i ciepła, zapraszająca do zaciśnięcia palców. Przyjemna. Całkiem bez udziału mózgu, podrapał zwierzaka za uchem, jakby tarmosił dużego psa.
Zaraz. “Trzymaj się mocno”?
Lovegood miał poczucie, że zaistniały jakieś niewypowiedziane oczekiwania wobec niego.
Nie do końca pewien nie tylko, czy rozumie, ale czy w ogóle chce rozumieć, spojrzał w niedźwiedzi pysk. Bogowie, był naprawdę ogromny!
- Chcesz, żebym… na ciebie wsiadł? - upewnił się, z dłonią wciąż na jego głowie.
Podszedł do animaga z boku i wdrapał się niezgrabnie na jego grzbiet. Usadowił się stabilnie, na tyle, na ile można było siedzieć stabilnie na oklep na grzbiecie niedźwiedzia. Sprawdził, czy jest w stanie ścisnąć kolanami jego boki i chociaż w ten sposób dodatkowo się przytrzymać. Uświadomił sobie coś ważnego. Po pierwsze, nie umiał za bardzo jeździć nawet na koniu. Po drugie, bliskość zwierzęcia była jakoś mniej niekomfortowa od bliskości człowieka. Po trzecie...
- Słuchaj, gdybym jednak spadł, to jak mam do ciebie wołać? Chodzi mi o imię… jakiś sposób identyfikacji… osobniczej? - Czy człowiek mieszkający w lesie posługiwał się w ogóle imieniem? Czemu nie przyszło im do głowy przedstawić się sobie wzajemnie wcześniej? Teraz wyszło kompletnie nieporadnie, tym bardziej, że jak niby czarodziej w zwierzęcej postaci mógł odpowiedzieć? “Umpf”?
Na pewno nie tak brzmiało jego imię.
Strasznie głupio.
- Ja… gdybyś potrzebował… nazywam się Lazarus.
Zacisnął na chwilę powieki i skrzywił się z niezadowoleniem.
Strasznie niezręcznie.
Nie było jednak czasu rozpamiętywać własnej towarzyskiej niezręczności. Lovegood rozejrzał się po lesie. To było dziwne. Ekscytujące, w jakiś sposób. Na pewno szalone. Ale pod pewnym kątem... perfekcyjnie logiczne. Miał ochotę zachichotać. Czy w Lecznicy są przewidziane jakieś sankcje za spóźniony powrót z przepustki? Teoretycznie, nie dostał zakazu wyjścia do lasu.
Opanował potrzebę wybuchnięcia śmiechem (potencjalnie histerycznym), ale uśmiechnął się, nawet nie tak bardzo mimo woli. Wczepił się palcami w grube futro na karku niedźwiedzia.
- Uch… umm… jestem gotowy.
Dla ustalonej wartości “gotowy”, oczywiście.
Na słowa o “trzymaniu się mocno” jego szczęka opadła, a gdy nieznajomy - czy wciąż? - bez ostrzeżenia zmorfował w niedźwiedzia, Lazarus niemal podskoczył. A na pewno odruchowo cofnął się o krok. Pierwotny strach zmroził go na chwilę i przyspieszył mu tętno, zanim klątwołamacz przypomniał sobie, że ma do czynienia z animagiem. Odetchnął raz i drugi i opanował się. Żadne ze zwierząt kręcących się wokół nie zareagowało nerwowo.
- Mógłbyś uprzedzić! - burknął z odrobiną urazy w głosie.
Wciąż jeszcze oddychając nieco głębiej, niż zwykle, podszedł do niedźwiedzia. Nigdy nie miał okazji dotknąć takiego zwierza, a futro na jego łbie wydawało się takie miękkie. Podniósł rękę, zawahał się chwilę, ale w końcu ten człowiek - kiedy jeszcze był człowiekiem - kazał “trzymać się mocno”, więc chyba nie obraziłby się za…
Lazarus zanurzył palce w grubym futrze przy uchu, tam, gdzie sierść wydawała się najbardziej pluszowa. Nie zawiódł się. Gęsta, miękka i ciepła, zapraszająca do zaciśnięcia palców. Przyjemna. Całkiem bez udziału mózgu, podrapał zwierzaka za uchem, jakby tarmosił dużego psa.
Zaraz. “Trzymaj się mocno”?
Lovegood miał poczucie, że zaistniały jakieś niewypowiedziane oczekiwania wobec niego.
Nie do końca pewien nie tylko, czy rozumie, ale czy w ogóle chce rozumieć, spojrzał w niedźwiedzi pysk. Bogowie, był naprawdę ogromny!
- Chcesz, żebym… na ciebie wsiadł? - upewnił się, z dłonią wciąż na jego głowie.
Podszedł do animaga z boku i wdrapał się niezgrabnie na jego grzbiet. Usadowił się stabilnie, na tyle, na ile można było siedzieć stabilnie na oklep na grzbiecie niedźwiedzia. Sprawdził, czy jest w stanie ścisnąć kolanami jego boki i chociaż w ten sposób dodatkowo się przytrzymać. Uświadomił sobie coś ważnego. Po pierwsze, nie umiał za bardzo jeździć nawet na koniu. Po drugie, bliskość zwierzęcia była jakoś mniej niekomfortowa od bliskości człowieka. Po trzecie...
- Słuchaj, gdybym jednak spadł, to jak mam do ciebie wołać? Chodzi mi o imię… jakiś sposób identyfikacji… osobniczej? - Czy człowiek mieszkający w lesie posługiwał się w ogóle imieniem? Czemu nie przyszło im do głowy przedstawić się sobie wzajemnie wcześniej? Teraz wyszło kompletnie nieporadnie, tym bardziej, że jak niby czarodziej w zwierzęcej postaci mógł odpowiedzieć? “Umpf”?
Na pewno nie tak brzmiało jego imię.
Strasznie głupio.
- Ja… gdybyś potrzebował… nazywam się Lazarus.
Zacisnął na chwilę powieki i skrzywił się z niezadowoleniem.
Strasznie niezręcznie.
Nie było jednak czasu rozpamiętywać własnej towarzyskiej niezręczności. Lovegood rozejrzał się po lesie. To było dziwne. Ekscytujące, w jakiś sposób. Na pewno szalone. Ale pod pewnym kątem... perfekcyjnie logiczne. Miał ochotę zachichotać. Czy w Lecznicy są przewidziane jakieś sankcje za spóźniony powrót z przepustki? Teoretycznie, nie dostał zakazu wyjścia do lasu.
Opanował potrzebę wybuchnięcia śmiechem (potencjalnie histerycznym), ale uśmiechnął się, nawet nie tak bardzo mimo woli. Wczepił się palcami w grube futro na karku niedźwiedzia.
- Uch… umm… jestem gotowy.
Dla ustalonej wartości “gotowy”, oczywiście.