Geraldine miała szansę, aby nieco się z tym oswoić. Minęło kilka godzin od momentu, w którym dotarło do niej, że powodem jej ostatnich problemów zdrowotnych była ciąża, później potwierdziła tę ewentualność. Miała czas, by to zaakceptować. Jeszcze nie do końca wiedziała co o tym myśli, ale stało się, teraz pozostawało jakoś sobie z tym poradzić. Nie zamierzała chować głowy w piach, udawać, że to się nie wydarzyło, bo przecież w tym wypadku skutkiem miało być przyjście na świat dziecka, ich dziecka. Rozmawiali o tym przecież, byli ze sobą szczerzy, mówili, że kiedyś myśleli jakby to było, gdyby powiększyli rodzinę.
Nie mogła przewidzieć reakcji Ambroise'a, wiedziała, że nie miał w zwyczaju migać się od konsekwencji swoich zachowań, jednak gdyby nie chciał tego zrobić, to była gotowa jakoś ogarnąć to sama. Przyzwyczajała się do tej myśli, że za jakiś czas zostanie matką. Być może kiedyś wiązało się to z lękiem, jednak teraz czuła, że sobie poradzi, jakoś to ogarnie, bo przecież zawsze sobie ze wszystkim radziła, czyż nie? Zresztą nie do końca wydawało jej się, aby Greengrass zamierzał porzucić ją z tym wszystkim, zostawić samą, brał odpowiedzialność za swoje czyny. Być może się tego nie spodziewali, ale przecież prędzej, czy później to musiało się wydarzyć. Może inaczej by to wyglądało, gdyby wszystko wydarzyło się później, gdyby mieli za sobą tę oficjalną część związaną z małżeństwem, jednak, czy aby na pewno?
- Jasne. - Nie zamierzała mu mówić, co powinien teraz robić, przyglądała się Ambroise'owi uważnie, próbując wyczytać coś z jego twarzy, ale to wcale nie było takie proste.
- Tak, wtedy i kilka razy później. - Nie wspominała mu o tym, bo nie wydawało jej się to konieczne. Zdarzyło się jej w przeciągu ostatniego tygodnia kilka razy poczuć gorzej, te epizody jednak nie trwały długo, mijały, zwalała to na dym, którego nawdychała się podczas pożarów, ta opcja była całkiem wygodna, bo przecież nie była jedyna.
- Nie tylko Tobie. - Chciała mu przypomnieć, że też tam była, że też ją poniosło, że to była głownie jej wina. Mogła pomyśleć o konsekwencjach, ale liczyło się tylko i wyłącznie to, że miała go ponownie na chwilę blisko siebie. Może nie do końca w sposób na którym jej zależało, ale czuła jego zapach, smak ust, ciężar jego ciała. To było wystarczające.
Nie uważała tego za coś, z czego powinna być dumna, bo ich więź nigdy nie opierała się tylko i wyłącznie na pożądaniu, ale wtedy pękli, sięgnęli po to, co nigdy nie było im pisane. Nigdy nie mieli być tylko chwilową zachcianką, przecież o tym wiedzieli. Tamten czas był jednak trudny, długo udawało im się trzymać od siebie z daleka, ale nie mogli tego robić w nieskończoność. Mogli udawać, jasne, ale to też było już za nimi, wyjaśnili wszystkie niejasności z tym związane, wiedzieli, jak to wyglądało. Łączyła ich więź silniejsza niż wszystkie.
- Nie mogło, ale jednak tego nie przewidzieliśmy. - Zatracili się wtedy w sobie, pozwolili, aby rządze przejęły nad nimi kontrolę, stało się, wtedy to nie było nic takiego, a przynajmniej próbowała udawać, że tak właśnie było, bo przecież rano brakowało Geraldine jego w jej łóżku, bo tam przecież było miejsce Ambroise'a. Tyle, że na moment zgłupieli, właściwie to na półtora roku i próbowali się od siebie odsunąć. Widać z jakim skutkiem, oczywiście, że musiał się pojawić moment zwątpienia, sytuacja, która miała potwierdzić, jak kurewsko im siebie brakowało. Tyle, że wtedy to zignorowali, na szczęście ułożenie wszystkiego mieli już za sobą, mieli wziąć ślub, właśnie - mieli, to mogło się w końcu zmienić przez to, w jakim była stanie. Miała to na uwadze.
- Zrozumiem, jeśli to zbyt wiele. - W końcu nie mógł się tego spodziewać, gdy się jej oświadczał. To nie było oczywiste, ona sama jeszcze wtedy nie wiedziała, że pojawią się dodatkowe powody, dla których powinni wziąć ślub. Tak właściwie to może nawet i nie, nigdy nie uważała, aby małżeństwa z powodu ciąży były konieczne. Powodowały raczej lata spędzone w nieszczęśliwej relacji, ich nie powinno to dotyczyć, bo przecież chcieli tego jeszcze wcześniej, więc, czy naprawdę to zmieniało, aż tak wiele?
Wbiła w niego spojrzenie, gdy zadał jej to pytanie. Wpatrywała się w niego dłuższą chwilę. Odpowiedź była całkiem jasna, przynajmniej na tę chwilę, kiedy już zdążyła sobie ułożyć wszystko w głowie. - Nie wyobrażam sobie, żeby mogło być inaczej. - Może zostanie matką nigdy nie było jej największym marzeniem, ale umiała zmieniać swoje priorytety, skoro już nosiła dziecko pod swoim sercem, to zamierzała zająć się nim w odpowiedni sposób, dać mu dom, miłość, której sama nie do końca miała szansy zaznać.
Niby rozumiała dlaczego Ambroise zadał właśnie to pytanie, jednak mina nieco jej zrzedła. Nie była jak jego matka, nie zamierzała porzucać swojego dziecka, ponosiła odpowiedzialność za swoje czyny, to nie powinno go zdziwić, powinien wręcz założyć, że tak właśnie się stanie.