Nie dało się ukryć, że w Yaxley pożary raczej nie uderzyły zbyt mocno. Jasne, jej mieszkanie nieco ucierpiało, ale nie było to nic wielkiego, jej rodzinna rezydencja znajdowała się tam, gdzie psy dupami szczekały, więc też obeszło ich to zupełnie. Może sama znajdowała się wtedy w Londynie, widziała cierpienie innych, ale miała się wyjątkowo dobrze. Zresztą dzień pożarów był momentem, w którym jej życie wróciło na stary tor. To co dla jednych kojarzyło się z czymś złym, dla innych mogło być tego zupełnym przeciwieństwem, w tym przypadku było to naprawdę prawdziwe.
- Nie teraz, zaraz. - Rozumiała, że jej list był nieco enigmatyczny, nie zmieniało to jednak faktu, że nie zamierzała od razu wszystkiego wyśpiewać. Najpierw zamówienie, później będą gadać. Prosta sprawa, miały to zrobić tak jak Morgana przykazała. Nigdzie się przecież nie spieszyła, może Millie tak? Cóż, trudno, musiała się z nią najpierw napić kawy i zeżreć lody.
- Spoko, zaraz przyniosę. - Kawę, bo na lody pewnie będą musiały chwilę poczekać, ale tego nie dodała.
Odstała swoje w kolejce, poczekała grzecznie, nie komentując tego, że szło to strasznie opornie. Miały czas, czyż nie, nigdzie się nie spieszyła, nic nie mogło popsuć jej dobrego humoru, a przynajmniej to powtarzała sobie w głowie. Zamówiła wreszcie te dwie kawy i pucharki pełne lodów czekoladowych. Dość szybko zostały jej wręczone kubki z kawą, tak jak zakładała na lody musiały poczekać.
Wróciła do stolika, postawiła przed Millie jej czarną kawę z miodem, a w kierunku swojego miejsca przesunęła zwykłą, czarną, nie lubiła słodkiej kawy, to musiała być siekiera.
Usiadła znowu na swoim miejscu, sięgnęła po kubek i zamoczyła usta w kawie.
- A więc... - To był chyba moment, w którym powinna podzielić się z przyjaciółką powodem tego spotkania. - Mam do Ciebie sprawę, oczywiście zrozumiem jeśli mi odmówisz... - Od tego chyba warto było zacząć, Moody musiała wiedzieć, że są różne możliwości.