24.08.2025, 12:32 ✶
Udaję się przez wernisaż do baru, gdzie rozmawiam z: Lorien, Elliottem, Desmondem, Erikiem. Nie rozmawiam tam z: Aaronem.
Nieroztropnością byłoby odrzucić zaproszenie Elliotta Malfoya, który spośród zgromadzonych w teatrze mężczyzn był jednym z atrakcyjniejszych — stanowiskiem, nazwiskiem i gładką buzią. Oczywiście podążyła Philomena u jego boku przez zatłoczone korytarze The Globe — emanująca dumą i wyniosłością, oślepła na to, że przed nimi podążała Lorien wsparta na Aaronie Moodym. Taktowne, choć pełne nagannej wymowy przemilczenie było jedynym, co pozostawało w sytuacji, gdy wcześniejsza uwaga staruchy spłynęła po sędzi, nie przyniósłszy efektów. Jedyna pociecha w tym, że auror zdawał się znać swoje miejsce w szeregu lepiej niż wdówka i nie rwał się do zabawiania towarzystwa swymi przemyśleniami.
Z przyjemnością Philomena odwróciła uwagę od niefortunnej pary, gdy przechodzili przez wernisaż. Zainteresował Mulciberową warsztat tak młodej przecież malarki. Znać było, że talent ów stosownie pielęgnowany może pewnego dnia, za lat kilka lub kilkanaście, zapewnić Lyssie Mul… Dołohównie (cóż za szkoda!) status wysoko cenionej artystki.
Podziwianie plakatów przerwane zostało przez niespodziewane zbliżenie do młodego Malfoya. Na tym jednym Malfoyu czarownica była skupiona, drugiego — Desmonda — gotowa była oddalić skinieniem ręki, gdyby nie to, że Elliott przywitał się z nim, zaskarbiając tym samym kuzynowi jej zainteresowanie.
— Ach, niechże pan się nie przejmuje. Hipnotyzujące, czy nie? — zwróciła się do Elliotta w odpowiedzi na przeprosiny. — Obrazy zostały stworzone przez moją prawnuczkę. Proszę sobie wyobrazić, ledwie w tym roku powróciła do ojczyzny, a już zachwyca Londyn swoją sztuką na wydarzeniach tego formatu — powiedziała z aptekarsko wymierzoną dozą dumy. Tyle, aby zwrócić uwagę na to, że ta oto zdolna malarka jest z nią w jakiś sposób powiązana, ale jednocześnie nie kreślić między nimi zbyt zażyłej nici. Nie znała bowiem zbyt dobrze Lyssy mimo pokrewieństwa; mogło się okazać, że pominąwszy godne podziwu talenta i szlachetne pochodzenie, niekoniecznie jest Dołohówna kimś, z kim chciałaby być Philomena kojarzona.
W przeciwieństwie do swoich towarzyszy popijających wodę, Mulciberowa przyjęła od usłużnego barmana białe wino. Kryształ kieliszka błyszczał elegancko w opierścienionej dłoni, chwytając światła odbijające się od ścian tej wytwornej, biało-złotej świątyni snobizmu. Bankiety i bale były jednymi z ostatnich miejsc, w których czas zdawał się chociaż po części zamrożony w latach młodości Philomeny Mulciber, nieprzeżarty tandetną krzykliwością lat 70.
— Ubolewam, że Fortinbrasa nie ma dziś z nami. Proszę złożyć mu pozdrowienia oraz wyrazy głębokiego szacunku. Wiele minęło od naszego ostatniego spotkania; ojciec może jeszcze w tym tygodniu oczekiwać ode mnie bileciku. — Uśmiechnęła się kurtuazyjnie, po czym przeniosła uwagę na przedstawionego jej Desmonda, któremu płytko skinęła głową.
Chłopak wypadał w przyrównaniu do Elliotta blado — zaczerwieniony, speszony, poplątany w jąkaniu. Brak mu było pewności siebie, nie wspominając o arystokratycznym sznycie. Patrzyła na niego starucha surowo i już mlęła na końcu języka jadowitą uwagę, gdy zjawił się wśród nich Erik. W przeciwieństwie do Aarona, którego można i należało zignorować, Erik był kimś — kimś, kogo Philomena nie lubiła, nie zamierzała toteż w jego obecności wyzłośliwiać się na Malfoyu.
— Panie Longbottom — powitała go chłodną uprzejmością i wróciła do Desmonda: — Ależ proszę, śmiało, panie Malfoy, czym chciałby mnie pan zainteresować? — Rzekła to dobrotliwie, stara dama biorąca pod swoje skrzydła młodzika, otulająca go nimbem swojego autorytetu. Bezwzględnie włączyła Desmonda we front, który przed kimś takim jak Erik Longbottom winien być zjednoczony i niezdradzający zgrzytu.
Nieroztropnością byłoby odrzucić zaproszenie Elliotta Malfoya, który spośród zgromadzonych w teatrze mężczyzn był jednym z atrakcyjniejszych — stanowiskiem, nazwiskiem i gładką buzią. Oczywiście podążyła Philomena u jego boku przez zatłoczone korytarze The Globe — emanująca dumą i wyniosłością, oślepła na to, że przed nimi podążała Lorien wsparta na Aaronie Moodym. Taktowne, choć pełne nagannej wymowy przemilczenie było jedynym, co pozostawało w sytuacji, gdy wcześniejsza uwaga staruchy spłynęła po sędzi, nie przyniósłszy efektów. Jedyna pociecha w tym, że auror zdawał się znać swoje miejsce w szeregu lepiej niż wdówka i nie rwał się do zabawiania towarzystwa swymi przemyśleniami.
Z przyjemnością Philomena odwróciła uwagę od niefortunnej pary, gdy przechodzili przez wernisaż. Zainteresował Mulciberową warsztat tak młodej przecież malarki. Znać było, że talent ów stosownie pielęgnowany może pewnego dnia, za lat kilka lub kilkanaście, zapewnić Lyssie Mul… Dołohównie (cóż za szkoda!) status wysoko cenionej artystki.
Podziwianie plakatów przerwane zostało przez niespodziewane zbliżenie do młodego Malfoya. Na tym jednym Malfoyu czarownica była skupiona, drugiego — Desmonda — gotowa była oddalić skinieniem ręki, gdyby nie to, że Elliott przywitał się z nim, zaskarbiając tym samym kuzynowi jej zainteresowanie.
— Ach, niechże pan się nie przejmuje. Hipnotyzujące, czy nie? — zwróciła się do Elliotta w odpowiedzi na przeprosiny. — Obrazy zostały stworzone przez moją prawnuczkę. Proszę sobie wyobrazić, ledwie w tym roku powróciła do ojczyzny, a już zachwyca Londyn swoją sztuką na wydarzeniach tego formatu — powiedziała z aptekarsko wymierzoną dozą dumy. Tyle, aby zwrócić uwagę na to, że ta oto zdolna malarka jest z nią w jakiś sposób powiązana, ale jednocześnie nie kreślić między nimi zbyt zażyłej nici. Nie znała bowiem zbyt dobrze Lyssy mimo pokrewieństwa; mogło się okazać, że pominąwszy godne podziwu talenta i szlachetne pochodzenie, niekoniecznie jest Dołohówna kimś, z kim chciałaby być Philomena kojarzona.
W przeciwieństwie do swoich towarzyszy popijających wodę, Mulciberowa przyjęła od usłużnego barmana białe wino. Kryształ kieliszka błyszczał elegancko w opierścienionej dłoni, chwytając światła odbijające się od ścian tej wytwornej, biało-złotej świątyni snobizmu. Bankiety i bale były jednymi z ostatnich miejsc, w których czas zdawał się chociaż po części zamrożony w latach młodości Philomeny Mulciber, nieprzeżarty tandetną krzykliwością lat 70.
— Ubolewam, że Fortinbrasa nie ma dziś z nami. Proszę złożyć mu pozdrowienia oraz wyrazy głębokiego szacunku. Wiele minęło od naszego ostatniego spotkania; ojciec może jeszcze w tym tygodniu oczekiwać ode mnie bileciku. — Uśmiechnęła się kurtuazyjnie, po czym przeniosła uwagę na przedstawionego jej Desmonda, któremu płytko skinęła głową.
Chłopak wypadał w przyrównaniu do Elliotta blado — zaczerwieniony, speszony, poplątany w jąkaniu. Brak mu było pewności siebie, nie wspominając o arystokratycznym sznycie. Patrzyła na niego starucha surowo i już mlęła na końcu języka jadowitą uwagę, gdy zjawił się wśród nich Erik. W przeciwieństwie do Aarona, którego można i należało zignorować, Erik był kimś — kimś, kogo Philomena nie lubiła, nie zamierzała toteż w jego obecności wyzłośliwiać się na Malfoyu.
— Panie Longbottom — powitała go chłodną uprzejmością i wróciła do Desmonda: — Ależ proszę, śmiało, panie Malfoy, czym chciałby mnie pan zainteresować? — Rzekła to dobrotliwie, stara dama biorąca pod swoje skrzydła młodzika, otulająca go nimbem swojego autorytetu. Bezwzględnie włączyła Desmonda we front, który przed kimś takim jak Erik Longbottom winien być zjednoczony i niezdradzający zgrzytu.
głosujcie na mnie, bo nie macie innego wyjścia