31.08.2025, 22:55 ✶
Wciąż bar z: Desmondem, Elliottem, Erikiem, Norą
Ograniczenie interakcji z Lorien było jedyną formą upomnienia, jaką zamierzała wystosować w stronę sędzi Philomena. Stara była bowiem doskonale świadoma tego, jaką odpowiedź miała w zanadrzu druga kobieta. Nie musiała jednak — całe szczęście — długo kłopotać się niekomfortowym towarzystwem Moody’ego, ponieważ Lorien zabrała swoją maskotkę na stronę. Gdy zaś wydawała Aaronowi polecenia, do złudzenia przypominała rozkapryszone młode dziewczę, nie dorosłą kobietę reprezentującą jedną z najważniejszych instytucji ministerialnych.
Philomena powitała oczywiście z uprzejmości również Norę, która dołączyła do nich u boku Erika, lecz nie poświęciła Figgównie wiele uwagi. Pożegnała z równie wystudiowaną grzecznością odłączających się od nich Lorien i aurora Moody’ego. Odprowadzając ich kawałek wzrokiem, dostrzegła na sali Aristę Black oraz Louvaina — zawitał tu widać tego wieczoru pełen przekrój jej młodych rasistowskich współpracowników. W tamtej chwili jej uwaga skupiona była jednak na innym młodym konserwatywnym radykale, niestety nie tak obiecującym politycznie jak tamtych dwoje.
Oglądała niezdarny popis jąkania się Desmonda z niewzruszonym uśmiechem i cierpliwością, lecz jej oczy pozostawały surowe i chłodne; zdawać by się mogło, że słały w stronę Malfoya ciągłe napomnienie. Wyjąwszy jego niezręczność, te dziwne ruchy i alkohol, samej treści słów chłopaka nie miała niczego do zarzucenia; wprost przeciwnie. Może i Arista miała lekkie pióro, Louvain żarliwą determinację i wierność idei, lecz żadne z nich nie miało tak pięknego umysłu jak ten, który objawił się przed nią w postaci Desmonda. Gdy odsuwała na bok formę jego wypowiedzi, czuła się niemal jakby słuchała najukochańszego ze swych wnuków — Donalda Mulcibera. Młody mówił precyzyjnie, sucho i twardo, technicznie niemal, a gdyby spisać jego słowa na papier, stworzyłyby zgrabny komentarz niewymagający wiele pracy redakcyjnej. Niestety, wyłącznie na papierze wypowiedzi Malfoya miały potencjał olśniewać — Philomena z trudem trawiła to nienaturalne tempo i potknięcia poplątanego języka, choć taktownie przymykała na nie oko.
Desmond mógł okazać się wyjątkowo cennym człowiekiem, lecz z całą pewnością nie był jednym z tych, których wystawiało się w pierwszym szeregu.
— Życzyłabym sobie, aby moje publikacje szerzej spotykały się z takim odbiorem jak pański, panie Malfoy. Każdorazowo cieszy usłyszeć głos osoby, która w pełni zrozumiała tekst i wyciągnęła z niego odpowiednie wnioski. — Nie była to może najbardziej entuzjastycznie wygłoszona pochwała, bo płynęła w tonie wyższości, lecz Philomena na tym nie poprzestała. Skierowała temat na osobę Desmonda, co było najlepszym dowodem jej zainteresowania. — Rozważę pańską sugestię, dobierając przyszłe projekty. Przekrojowe zestawienie zawsze kreśli obraz lepiej trafiający do wyobraźni niż studium pojedynczych przypadków. Jeśli można wiedzieć, jaką dziedziną zajmuje się pan na co dzień, panie Malfoy, że dysponuje pan taką wnikliwością?
Być może udzieliłaby mu więcej zachęty, gdyby nie fakt, że znajdowali się w towarzystwie. Nie tylko musiała Philomena dbać o swój wizerunek, lecz i dzielić uwagę pomiędzy wszystkich uczestników konwersacji. Słuchać innych, nawiązywać po kolei kontakt wzrokowy.
— Biorąc pod uwagę materiał, jakim dysponowali artyści, wykonali dobrą pracę — odpowiedziała na pytanie zadane przez Elliotta. — Sam scenariusz jednakże… — Zmarszczyła się i z niesmakiem pokręciła głową.
Gdy zbliżył się do nich fotograf, po zmanierowanym grymasie nie było już śladu. Philomena zadbała o to, aby na zdjęciu wyglądać odpowiednio dumnie. Wyprostowana na tyle, na ile pozwalał jej garb, z nieprzystępnym wyrazem twarzy tworzącym dystans pomiędzy nią a czytelnikiem gazetki, dla której pracował ów człowiek.
Ograniczenie interakcji z Lorien było jedyną formą upomnienia, jaką zamierzała wystosować w stronę sędzi Philomena. Stara była bowiem doskonale świadoma tego, jaką odpowiedź miała w zanadrzu druga kobieta. Nie musiała jednak — całe szczęście — długo kłopotać się niekomfortowym towarzystwem Moody’ego, ponieważ Lorien zabrała swoją maskotkę na stronę. Gdy zaś wydawała Aaronowi polecenia, do złudzenia przypominała rozkapryszone młode dziewczę, nie dorosłą kobietę reprezentującą jedną z najważniejszych instytucji ministerialnych.
Philomena powitała oczywiście z uprzejmości również Norę, która dołączyła do nich u boku Erika, lecz nie poświęciła Figgównie wiele uwagi. Pożegnała z równie wystudiowaną grzecznością odłączających się od nich Lorien i aurora Moody’ego. Odprowadzając ich kawałek wzrokiem, dostrzegła na sali Aristę Black oraz Louvaina — zawitał tu widać tego wieczoru pełen przekrój jej młodych rasistowskich współpracowników. W tamtej chwili jej uwaga skupiona była jednak na innym młodym konserwatywnym radykale, niestety nie tak obiecującym politycznie jak tamtych dwoje.
Oglądała niezdarny popis jąkania się Desmonda z niewzruszonym uśmiechem i cierpliwością, lecz jej oczy pozostawały surowe i chłodne; zdawać by się mogło, że słały w stronę Malfoya ciągłe napomnienie. Wyjąwszy jego niezręczność, te dziwne ruchy i alkohol, samej treści słów chłopaka nie miała niczego do zarzucenia; wprost przeciwnie. Może i Arista miała lekkie pióro, Louvain żarliwą determinację i wierność idei, lecz żadne z nich nie miało tak pięknego umysłu jak ten, który objawił się przed nią w postaci Desmonda. Gdy odsuwała na bok formę jego wypowiedzi, czuła się niemal jakby słuchała najukochańszego ze swych wnuków — Donalda Mulcibera. Młody mówił precyzyjnie, sucho i twardo, technicznie niemal, a gdyby spisać jego słowa na papier, stworzyłyby zgrabny komentarz niewymagający wiele pracy redakcyjnej. Niestety, wyłącznie na papierze wypowiedzi Malfoya miały potencjał olśniewać — Philomena z trudem trawiła to nienaturalne tempo i potknięcia poplątanego języka, choć taktownie przymykała na nie oko.
Desmond mógł okazać się wyjątkowo cennym człowiekiem, lecz z całą pewnością nie był jednym z tych, których wystawiało się w pierwszym szeregu.
— Życzyłabym sobie, aby moje publikacje szerzej spotykały się z takim odbiorem jak pański, panie Malfoy. Każdorazowo cieszy usłyszeć głos osoby, która w pełni zrozumiała tekst i wyciągnęła z niego odpowiednie wnioski. — Nie była to może najbardziej entuzjastycznie wygłoszona pochwała, bo płynęła w tonie wyższości, lecz Philomena na tym nie poprzestała. Skierowała temat na osobę Desmonda, co było najlepszym dowodem jej zainteresowania. — Rozważę pańską sugestię, dobierając przyszłe projekty. Przekrojowe zestawienie zawsze kreśli obraz lepiej trafiający do wyobraźni niż studium pojedynczych przypadków. Jeśli można wiedzieć, jaką dziedziną zajmuje się pan na co dzień, panie Malfoy, że dysponuje pan taką wnikliwością?
Być może udzieliłaby mu więcej zachęty, gdyby nie fakt, że znajdowali się w towarzystwie. Nie tylko musiała Philomena dbać o swój wizerunek, lecz i dzielić uwagę pomiędzy wszystkich uczestników konwersacji. Słuchać innych, nawiązywać po kolei kontakt wzrokowy.
— Biorąc pod uwagę materiał, jakim dysponowali artyści, wykonali dobrą pracę — odpowiedziała na pytanie zadane przez Elliotta. — Sam scenariusz jednakże… — Zmarszczyła się i z niesmakiem pokręciła głową.
Gdy zbliżył się do nich fotograf, po zmanierowanym grymasie nie było już śladu. Philomena zadbała o to, aby na zdjęciu wyglądać odpowiednio dumnie. Wyprostowana na tyle, na ile pozwalał jej garb, z nieprzystępnym wyrazem twarzy tworzącym dystans pomiędzy nią a czytelnikiem gazetki, dla której pracował ów człowiek.
głosujcie na mnie, bo nie macie innego wyjścia