01.09.2025, 01:49 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.09.2025, 01:57 przez William Lestrange.)
Uciekł spojrzeniem niemal w tym samym momencie, gdy ich oczy się spotkały; gwarność myśli, bodźców, przechodnie, ludzie przy stoliku za nimi, czyjś śmiech, płytki pod stopami, materiał koszuli na nagiej klatce piersiowej. Tak bardzo nienawidził być poza domem, przebierał nogami jak mały chłopiec czekający aż mama skończy rozmawiać z koleżanką, kołysanie krzesła uspokajało ciarki lęku, wzrastającej paniki, agresji, niemożliwości kontrolowania otoczenia. Miał w głowie tyle myśli, pomysłów, wszystkie miały się zmarnować, bo musiał rozmawiać, artykułować myśli, zastanawiać się, skupiać na tym, co się do niego mówi.
Mimo panującego dookoła chaosu, ziarenka w klepsydrze przesypywały się mozolnie, zbyt wolno - jakby na złość. Ręce świerzbiły, chciał złapać za przedmiot, potrząsnąć nim, przyspieszyć czas, zaprzeczyć wszystkim zasadom otaczającego świata, jednie by dosięgnąć chwili wytchnienia; dotknąć ustami idealnie zaparzonej herbaty, zniknąć w jej smaku i zanurzyć się w aromacie osamotnienia.
- Fakt, to ja nie chcę tu być - monoton wypowiedzi wydawał zgrywać się z tym Alexandra, detale świadczące o przymusie Williama do wyszarpywania każdego słowa z okowów zmieszanych w kotle umysłu konceptów zniknęły. Poczuł, że zdradziły go własne struny głosowe, co nie byłoby pierwszym razem, acz definitywnie najdziwniejszym ze wszystkich, jakie przeżył w trzydziestu latach życia; nie była to tylko kwestia brzmienia, ale umiejętności odpowiedzenia jasno, jak się czuł, bez gonitwy myśli, dywagowania nad etymologią każdego słowa, nad jego wymową i tym, czy artykułuje je w odpowiedni sposób. Czy tak wyglądała rozmowa, gdy własny umysł nie sabotował wykonania planowanej czynności?
Wypuścił powietrze czując ciężkość pierścieni na palcach, ściskająca skórę biżuteria nie sprawiała mu dyskomfortu, tekstylia warstw ubrań nie łaskotały, nie powodowały bólu zębów, fizycznie nie do zniesienia ucisku myśli, pętającego akcji, upokarzającą go w każdym gronie. Poczuł ulgę tak ogromną, że jej euforia omamiła wszystkie inne zmysły, całą inność chwili, kształtu siebie w świecie - wciąż był sobą, ale kimś innym, czy to w ogóle możliwe? Czy wciąż był sobą bez syzyfowej pracy okiełznania każdej, najmniejszej wyklutej przez jego umysł myśli? Kim był William Lestrange, jeżeli nie odcinającym się od rzeczywistości, zagubionym w kalkulacjach dziwadłem? - ciepłe, wilgotne uczucie na policzkach przywróciło go do rzeczywistości, chwili obecnej, ulotnie zakorzenionej w stabilności postawy, której nie czuł nigdy wcześniej.
Stuknięcie filiżanki o talerzyk całkowicie przywróciło go do realiów rozmowy; samotna kropla skapnęła na stolik, starł ją metodycznie, delektując się brakiem dyskomfortu z wilgoci rozpływającej się w zmarszczkach dłoni. Twarz przetarł już serwetką, unosząc okulary przeciwsłoneczne, tylko po to, aby odłożyć je znów na miejsce, trochę tak jakby właśnie przechadzał się po mieszkaniu Alexandra i odkładał jeden z jego cennych przedmiotów na wyznaczoną mu lokalizację.
- To prawda, nie znoszę - przyznał, wciąż starając się zrozumieć dlaczego patrzy na siebie, ale definitywnie nie jest sobą.
- Nie wiem co robisz ani jak to robisz, ale poza faktem, że właśnie patrzę na siebie, a nie na ciebie nie mam absolutnie problemu ze skupieniem. Coś ze mną musi być nie tak, czy tak czują się ludzie? - zapytał enigmatycznie, nie dopowiadając całości kontekstu, który wciąż kiełkował w myślach.
Nie czuł przymusu wyjaśnienia, dlaczego nie chciał tu być - równie nowe uczucie co komfort chłodu sygnetów; lekkość marynarki wydawała się tak samo odświeżająca. Bez wcześniejszej ostrożności i głębszego pomyślunku, sięgnął do kieszeni po karty, które chwilę temu, jeszcze Alexander, schował do swojej własnej kieszeni - teraz jego kieszeni. A może ich kieszeni?
Spojrzał na karty, a właściwie na pierwszą z brzegu, która ukazywała liczbę osiem wraz z wyrabiającym ją z błyszczącej tekstury czarodziejem. Następnie skierował wzrok na rozmówcę, orientując się, że przez okulary przeciwsłoneczne William Lestrange nie jest w stanie tego dostrzec.
- Patrzę na ciebie - zakomunikował, zamiast odsłonić oczy - Jesteś wróżbitą? - zapytał, właściwie próbując odnaleźć się w całej tej sytuacji. Czy nawdychał się oparów w laboratorium? To też była możliwość, nie raz mu się zdarzyło, ale nie ... tak namacalnie.
Był tak zaintrygowany, że zapomniał o herbacie.
Mimo panującego dookoła chaosu, ziarenka w klepsydrze przesypywały się mozolnie, zbyt wolno - jakby na złość. Ręce świerzbiły, chciał złapać za przedmiot, potrząsnąć nim, przyspieszyć czas, zaprzeczyć wszystkim zasadom otaczającego świata, jednie by dosięgnąć chwili wytchnienia; dotknąć ustami idealnie zaparzonej herbaty, zniknąć w jej smaku i zanurzyć się w aromacie osamotnienia.
- Fakt, to ja nie chcę tu być - monoton wypowiedzi wydawał zgrywać się z tym Alexandra, detale świadczące o przymusie Williama do wyszarpywania każdego słowa z okowów zmieszanych w kotle umysłu konceptów zniknęły. Poczuł, że zdradziły go własne struny głosowe, co nie byłoby pierwszym razem, acz definitywnie najdziwniejszym ze wszystkich, jakie przeżył w trzydziestu latach życia; nie była to tylko kwestia brzmienia, ale umiejętności odpowiedzenia jasno, jak się czuł, bez gonitwy myśli, dywagowania nad etymologią każdego słowa, nad jego wymową i tym, czy artykułuje je w odpowiedni sposób. Czy tak wyglądała rozmowa, gdy własny umysł nie sabotował wykonania planowanej czynności?
Wypuścił powietrze czując ciężkość pierścieni na palcach, ściskająca skórę biżuteria nie sprawiała mu dyskomfortu, tekstylia warstw ubrań nie łaskotały, nie powodowały bólu zębów, fizycznie nie do zniesienia ucisku myśli, pętającego akcji, upokarzającą go w każdym gronie. Poczuł ulgę tak ogromną, że jej euforia omamiła wszystkie inne zmysły, całą inność chwili, kształtu siebie w świecie - wciąż był sobą, ale kimś innym, czy to w ogóle możliwe? Czy wciąż był sobą bez syzyfowej pracy okiełznania każdej, najmniejszej wyklutej przez jego umysł myśli? Kim był William Lestrange, jeżeli nie odcinającym się od rzeczywistości, zagubionym w kalkulacjach dziwadłem? - ciepłe, wilgotne uczucie na policzkach przywróciło go do rzeczywistości, chwili obecnej, ulotnie zakorzenionej w stabilności postawy, której nie czuł nigdy wcześniej.
Stuknięcie filiżanki o talerzyk całkowicie przywróciło go do realiów rozmowy; samotna kropla skapnęła na stolik, starł ją metodycznie, delektując się brakiem dyskomfortu z wilgoci rozpływającej się w zmarszczkach dłoni. Twarz przetarł już serwetką, unosząc okulary przeciwsłoneczne, tylko po to, aby odłożyć je znów na miejsce, trochę tak jakby właśnie przechadzał się po mieszkaniu Alexandra i odkładał jeden z jego cennych przedmiotów na wyznaczoną mu lokalizację.
- To prawda, nie znoszę - przyznał, wciąż starając się zrozumieć dlaczego patrzy na siebie, ale definitywnie nie jest sobą.
- Nie wiem co robisz ani jak to robisz, ale poza faktem, że właśnie patrzę na siebie, a nie na ciebie nie mam absolutnie problemu ze skupieniem. Coś ze mną musi być nie tak, czy tak czują się ludzie? - zapytał enigmatycznie, nie dopowiadając całości kontekstu, który wciąż kiełkował w myślach.
Nie czuł przymusu wyjaśnienia, dlaczego nie chciał tu być - równie nowe uczucie co komfort chłodu sygnetów; lekkość marynarki wydawała się tak samo odświeżająca. Bez wcześniejszej ostrożności i głębszego pomyślunku, sięgnął do kieszeni po karty, które chwilę temu, jeszcze Alexander, schował do swojej własnej kieszeni - teraz jego kieszeni. A może ich kieszeni?
Spojrzał na karty, a właściwie na pierwszą z brzegu, która ukazywała liczbę osiem wraz z wyrabiającym ją z błyszczącej tekstury czarodziejem. Następnie skierował wzrok na rozmówcę, orientując się, że przez okulary przeciwsłoneczne William Lestrange nie jest w stanie tego dostrzec.
- Patrzę na ciebie - zakomunikował, zamiast odsłonić oczy - Jesteś wróżbitą? - zapytał, właściwie próbując odnaleźć się w całej tej sytuacji. Czy nawdychał się oparów w laboratorium? To też była możliwość, nie raz mu się zdarzyło, ale nie ... tak namacalnie.
Był tak zaintrygowany, że zapomniał o herbacie.
Sometimes, I wonder if I should be medicated;
If I would feel better just lightly sedated
If I would feel better just lightly sedated