Rozsiadła się całkiem wygodnie. Wzięła w lewą dłoń filiżankę z kawą. Upiła z niej niewielki łyk. Po krótkiej chwili pojawiła się przed nimi młodziutka dziewczyna z pucharkami pełnymi lodów czekoladowych, Yaxley siknęła jej w podziękowaniu. Przesunęła w swoją stronę jeden z nich. Teraz już mogły rozmawiać.
Zauważyła, że Millie chwilę wcześniej rysowała, najwyraźniej nie porzuciła tego hobby, tylko ciągle je rozwijała. Dobrze wiedzieć, że miała coś, co ją absorbowało.
- Nie, zresztą nie byłabyś moim pierwszym wyborem jeśli chodzi o towarzyszenie w czymś nielegalnym. - Nie oszukujmy się, Millie należała do rodziny, która od lat łapała czarnoksiężników, Geraldine nie była głupia. Zresztą rzadko kiedy robiła coś nielegalnego, miała jednak od tego innych ludzi.
- Nie, żebym jakoś często robiła coś niezgodnego z prawem... - Wolała to jeszcze sprostować, żeby nie było. Moody na pewno zdawała sobie sprawę z tego, jak wyglądała sytuacja Yaxleyówny.
- Dobra, więc sytuacja jest dosyć paląca. - Nie było to może zbyt odpowiednie słowo, zważając na to, że stolica Wielkiej Brytanii spłonęła kilka dni temu, ale nie znalazła niczego lepszego.
- Hajtam się i potrzebuję świadkowej. - Wyrzuciła to z siebie bardzo szybko, na jednym wdechu. Nie sądziła, aby Millie spodziewała się takiego obrotu spraw.
- Pomyślałam sobie, że może miałabyś chęć nią zostać. - Wypadało przecież zapytać. Geraldine nie miała zbyt wielu przyjaciółek, czy koleżanek, wybór więc dla niej był całkiem prosty.
Spoglądała na Moody chcąc odczytać z jej twarzy reakcję, nie do końca wiedziała, czego powinna się spodziewać, naprawdę liczyła na to, że jej nie odmówi, bo nie miała żadnego planu awaryjnego.
- Ślub jest w najbliższą sobotę. - To też było dość istotne, w końcu wszystko było planowane na ostatnią chwilę, musiała uprzedzić Millie, że do dnia tej ceremonii zostało niewiele czasu, mogła mieć przecież coś innego w planach w najbliższą sobotę.