Geraldine miała gdzieś konwenanse, jej rodzice bardzo dobrze zdawali sobie z tego sprawę, zresztą trudno byłoby aby postępowali aktualnie w ten właściwy sposób, bo sytuacja była dość nagląca. Wiedziała, że Gerard nie zignoruje jej listu nawet jeśli będzie znajdował się w jakimś zapomnianym lesie w Pcimiu Dolnym. Ojciec nigdy jej nie ignorował, a to gwarantowało, że uda jej się doprowadzić to spotkanie do całkiem szybkiego skutku. W tym wyjątkowym momencie było to nieocenione, bo nie mogli pozwolić sobie na zbyt wiele dni zwłoki. Nie, kiedy mieli w jakiś tydzień z hakiem zorganizować swoje własne wesele, korzystając przy tym z rezydencji jej rodziców, wypadało więc, aby oni jak najszybciej się o tym dowiedzieli.
Nie sądziła, że jej rodzice jakoś szczególnie zdziwią się widząc Greengrassa przy jej boku. Na pewno pamiętali, jak silna więź łączyła ich przez lata, ba była pewna, że jeszcze dwa lata wcześniej Jennifer miała przygotowany plan na ewentualny ślub, do którego nigdy nie doszło. Wszystko przecież wtedy wskazywało na to, że ten moment nadejdzie. No i stali tu teraz, w jej rodzinnym domu, może nieco później niż ktokolwiek to zakładał, ale nieuniknione miało w końcu się wydarzyć.
Wiele razy bywali razem w tym domu, co zabawne, Ambroise zaczął się tu pojawiać dużo wcześniej niż ją poznał. Jakoś tak się złożyło, że ojciec postanowił go zatrudnić, aby był ich prywatnym medykiem, tak naprawdę pierwszy raz skorzystała z jego usług kiedy omalże nie wyzionęła ducha po tym, jak stoczyła walkę z kelpie, która mieszkała w ich jeziorze. To nie był ich najlepszy moment, dość szybko odprawiła do wtedy z domu, umniejszając jego zasługom w tym, że przeżyła. Oddała się w ręce Florence, aby ta się nią zajęła. Na szczęście mieli za sobą ten dość burzliwy etap ich życia. Zresztą nie był to ostatni raz, gdy zaczęli zionąć w swoją stronę chłodem. Zdarzyło się to kilka razy na przestrzeni tych wszystkich lat, gdy znajdowali się blisko siebie.
- Czy ja wiem. - Być może, jej rodzice nie byli, aż takimi ignorantami, aby nie zdawać sobie sprawy z tego, że coś jest na rzeczy. W końcu poprosiła ojca, aby Roise mógł wspierać Artemis, zapewne domyślił się, że ich stosunki nieco się poprawiły, bo przez długi czas nie wspominała o nim wcale, a później poprosiła o to, aby się spotkali, do tego sama wspomniała o prosiaku... wystarczyło dodać dwa do dwóch, aby wpaść na to, że nie miało to być zwyczajnym spotkaniem.
- Trochę przeze mnie. - Dodała posyłając przy tym Ambroise'owi uśmiech, jeden z tych, który świadczył o tym, że coś przeskrobała. Tak właściwie nie zrobiła nic złego, tylko uprzedziła Gerarda, żeby odpowiednio przygotował się do tego spotkania.
- Dobrze jednak wiedzieć, że nie ignoruje moich zachcianek. - To pewnie nigdy nie miało się zmienić, w końcu Geraldine była córeczką tatusia, miał do niej wiele cierpliwości i wyjątkowy sentyment, mimo, że od wielu lat nie pojawiała się tutaj na co dzień. Utrzymywała jednak bliski kontakt z ojcem, zawodowy i nie tylko, od zawsze był jednym z jej najbliższych ludzi.
- Jeszcze chwila i będziemy mieć to za sobą. - Uścisnęła mocniej dłoń narzeczonego, nim weszli do jadalni. Nie przejmowała się specjalnie tym, co zastaną, była przekonana o tym, że jej rodzice powinni ucieszyć się, kiedy znowu zobaczą ich razem.
Jadalnie nie była jakaś ogromna, jednak w tej chwili mogła wydawać się dużym pomieszczeniem z racji na to, że przy sporym stole siedziały tylko dwie osoby. Jennifer i Gerard, skierowali swoje oczy w stronę pary, kiedy ta tylko przekroczyła próg. Nie odrywali od nich swoich spojrzeń.