Uśmiech kreślił się na jej wargach niepokornie, jakby nieprzejednanie, zaznaczając się jedynie niegłębokimi zmarszczkami w zewnętrznych kącikach oczu; istotnie, z pędzlem w dłoni i olejami pod swoją pieczą, czuła się doskonale – ubierając ten stan w nieważki eufemizm. Wiedziała, iż w planach było nawiedzenie jej skromnego, zagraconego mieszkania przez Longbottoma i choć nie sympatyzowała z polityką działań owego rodu, zysk i upragniony cel przekładała ponad osobiste uprzedzenia – artystyczna działalność plasowała się w jej skalanym entuzjazmem umyśle znamionami najważniejszej; prawdopodobnie dlatego właśnie odrzucała myśli dotknięte dłonią nieprzyjemnych i okrutnych. A okrutne myśli przychodziły jej do pokrytej czernią loków głowy nader często i w sposób bynajmniej nie będącym wybiórczym. Choć pogodna i absurdalnie energiczna, mroki duszy skrywała głęboko zakopane pod stertą uroku osobistego. W gruncie rzeczy, mało kto nie łapał haczyka stworzonego przez iluzję jej osobowości.
Gramofon umiejscowiony w kącie mieszkania, wygrywał miękko melodie jazzowe. Nuty roznosiły się po całokształcie lokum, nadając mu swoistej woni ludzkiej obecności i niewybrednego gustu; co jakiś czas potrząsała czernią pukli w rytm sączącej się w eter muzyki, pełnię koncentracji przelewając jednak na działanie wpisujące się w ramy szeroko pojętego tworzenia.
Była cała brudna od farby; robocze ubrania, składające się z luźnych, czarnych spodni i białej koszulki, były naturalnie tknięte pigmentem niejednokroć. Smuga pędzla odnalazła swoje miejsce nawet na jej obliczu, kładąc się pociągnięciem wzdłuż kości jarzmowej błękitną tonią.
Gdy tylko usłyszała pukanie, poderwała się gwałtownie z obitego brązową skórą fotela i pomknęła w kierunku drzwi. Lawina jej osobowości prędko dała o sobie znać – drzwi otworzyła gwałtownie, niczym sam huragan i w niemniej chaotyczny sposób przesunęła się, pozwalając gościowi wkroczyć na poły mieszczącego się w kamienicy mieszkania. Nie wyglądała nienagannie, jednak z wystudiowanym uśmiechem momentalnie rozjaśniła meandry swojej persony – błysnęła więc odrobinę krzywymi zębami, sam w sobie grymas jednak, pozostawiał słodki posmak śródletniego syropu.
– Naturalnie miło pana widzieć, panie Longbottom – jak dobrze, że umiesz kłamać, Loretto. Chętniej spędziłaby ten dzień w towarzystwie pędzli, przędząc misterną sztukę wyrazu; nie była jednak na tyle nieopanowanie niegrzeczna, aby dać upust swoim myślom w formie wartkich słów.
– Tak, tak – rzekła, kiwając głową. – Tak, tak – powtórzyła się. – Licytacja charytatywna; obrazy. Jestem do pana dyspozycji.
Gestem dłoni zaprosiła go do środka i gdy tylko znaleźli się w przestrzennym, pełnym obrazów salonie, ruszyła po kryształowe szklanki, które przecież tak ładnie opalizowały w ogniu i naprędce nalała do obu ognistej.