04.09.2025, 18:02 ✶
Zgodnie z podejrzeniami Lazarusa, jazda na niedźwiedziu nie była wcale taka prosta. Grzbiet zwierza był zbyt szeroki, by czarodziej mógł przytrzymywać się udami, więc siedział na nim trochę jak worek kartofli, niebezpiecznie przesuwając się przy każdym zakręcie. By uniknąć smagających go po twarzy gałęzi, przywarł całym ciałem do niedźwiedziego futra, starając się chwilowo nie myśleć o jego ludzkiej postaci.
Musiał jednak przyznać, że był to efektywny sposób podróżowania. Niezwykły, z pewnością nieoptymalny pod względem komfortu, ale nawet zabawny.
Tonąc palcami i twarzą w grubym futrze, z nozdrzami pełnymi ostrego, ale nie nieprzyjemnego zapachu, w głowie cały czas obracał mgliste wspomnienie o tym, że w mugolskiej heraldyce istniał herb przedstawiający “pannę na niedźwiedziu”. Kent?... Warwick?...Wśród czarodziejów istniało przekonanie, że albo “panna” była w rzeczywistości czarownicą, albo “niedźwiedź” - animagiem. Lazarus, tak odległy od bycia panną, jak to tylko możliwe, zarówno pod względem biologicznym, kulturowym i stanu cywilnego, a już na pewno pozbawiony przypisywanej pannom gracji, siłą rzeczy realizował tę drugą opcję.
Chociaż, czy jeżeli jestem czarodziejem, a niedźwiedź jest animagiem…
Był już bliski rozważenia tego, ile cech charakteru dzieli z zodiakalnymi Pannami, ale w tym momencie wokół zrobiło się jakby jaśniej, jego wierzchowiec wydał jakiś nieartykułowany odgłos i zanim klątwołamacz zorientował się, co się dzieje, znaleźli się w wodzie, a przejażdżka zamieniła się w niedźwiedzie rodeo.
Zaskoczony Lovegood wyprostował się, i to był błąd. Niedźwiedź akurat w tym momencie kłapnął zębiskami i chyba kopnął tylnymi łapami. Jego zad powędrował w górę, łeb w dół, futro wyślizgnęło się z rąk czarodzieja i Lazarus przekoziołkował nad głową animaga, nie krzycząc tylko dlatego, że nagła zmiana pozycji wycisnęła mu powietrze z płuc.
Z głośnym pluskiem i rozbryzgiem nie ustępującym tym tworzonym przez zachwyconego kąpielą zwierzaka, wpadł pod powierzchnię, przez chwilę szamotał się, straciwszy orientację, przekonany, że tonie - buty, zrzucić buty, bo ciągną na dno - a potem poczuł pod stopami stały grunt i okazało się, że woda - choć wiosennie zimna i trochę zarośnięta rzęsą - sięga mu poniżej piersi.
Wynurzył się, plując i prychając, odgarnął z czoła mokre włosy, strzepnął wodorosty, które oplątały mu palce i spojrzał na towarzysza.
Przez chwilę mierzyli się wzrokiem, Lazarus ze zmierzwioną, ociekającą wodą czupryną i jakimś glonem zaplątanym w brodę, niedźwiedź z niemożliwym do odgadnięcia wyrazem pyska. A potem czarodziej sapnął, kącik jego ust zadrżał i mężczyzna wybuchnął śmiechem, tak serdecznym, że stracił równowagę i niemal przewrócił się z powrotem w wodę.
Kiedy ostatni raz tak się śmiał?
Pomagając sobie rękami, ruszył w stronę animaga, po drodze jeszcze raz padając w wodę, co tylko wzmogło jego wesołość.
Czy…
Kiedy zbierał się po tym upadku, porzuciwszy resztki godności na rzecz walki o przetrwanie, poczuł, jakby coś chwyciło go za gardło i nagle do zimnej wody na jego twarzy dołączyła inna wilgoć, gorąca i piekąca w oczy.
Oh.
Oddech uwiązł mu w gardle i Lazarus zatrzymał się, spuściwszy głowę, desperacko usiłując opanować roztrzęsione emocje, zatrzymać w środku domagające się ujścia łzy, ale nie było to proste, bo jednocześnie wciąż miał ochotę chichotać. Przecież ta sytuacja była całkowicie komiczna, jak niby miał to wytłumaczyć w Lecznicy?
Brnął w stronę niedźwiedzia, teraz wolniej, oddychając głęboko i próbując odzyskać jakiekolwiek opanowanie. Kiedy wreszcie mógł go dosięgnąć, wsparł się o niego, zmęczony dwa razy bardziej, niż powinien po takim wysiłku, przemoczony do suchej nitki i drżący z zimna. Zamrugał zaczerwienionymi oczami, odganiając resztki tego… cokolwiek to było i przetarł twarz dłonią, zmywając łzy, udając, że nigdy ich nie było. Uśmiechnął się do misia.
- Chyba… chyba zgubiłem różdżkę - wysapał i zamiast zmartwić się tym, znowu parsknął śmiechem.
Musiał jednak przyznać, że był to efektywny sposób podróżowania. Niezwykły, z pewnością nieoptymalny pod względem komfortu, ale nawet zabawny.
Tonąc palcami i twarzą w grubym futrze, z nozdrzami pełnymi ostrego, ale nie nieprzyjemnego zapachu, w głowie cały czas obracał mgliste wspomnienie o tym, że w mugolskiej heraldyce istniał herb przedstawiający “pannę na niedźwiedziu”. Kent?... Warwick?...Wśród czarodziejów istniało przekonanie, że albo “panna” była w rzeczywistości czarownicą, albo “niedźwiedź” - animagiem. Lazarus, tak odległy od bycia panną, jak to tylko możliwe, zarówno pod względem biologicznym, kulturowym i stanu cywilnego, a już na pewno pozbawiony przypisywanej pannom gracji, siłą rzeczy realizował tę drugą opcję.
Chociaż, czy jeżeli jestem czarodziejem, a niedźwiedź jest animagiem…
Był już bliski rozważenia tego, ile cech charakteru dzieli z zodiakalnymi Pannami, ale w tym momencie wokół zrobiło się jakby jaśniej, jego wierzchowiec wydał jakiś nieartykułowany odgłos i zanim klątwołamacz zorientował się, co się dzieje, znaleźli się w wodzie, a przejażdżka zamieniła się w niedźwiedzie rodeo.
Zaskoczony Lovegood wyprostował się, i to był błąd. Niedźwiedź akurat w tym momencie kłapnął zębiskami i chyba kopnął tylnymi łapami. Jego zad powędrował w górę, łeb w dół, futro wyślizgnęło się z rąk czarodzieja i Lazarus przekoziołkował nad głową animaga, nie krzycząc tylko dlatego, że nagła zmiana pozycji wycisnęła mu powietrze z płuc.
Z głośnym pluskiem i rozbryzgiem nie ustępującym tym tworzonym przez zachwyconego kąpielą zwierzaka, wpadł pod powierzchnię, przez chwilę szamotał się, straciwszy orientację, przekonany, że tonie - buty, zrzucić buty, bo ciągną na dno - a potem poczuł pod stopami stały grunt i okazało się, że woda - choć wiosennie zimna i trochę zarośnięta rzęsą - sięga mu poniżej piersi.
Wynurzył się, plując i prychając, odgarnął z czoła mokre włosy, strzepnął wodorosty, które oplątały mu palce i spojrzał na towarzysza.
Przez chwilę mierzyli się wzrokiem, Lazarus ze zmierzwioną, ociekającą wodą czupryną i jakimś glonem zaplątanym w brodę, niedźwiedź z niemożliwym do odgadnięcia wyrazem pyska. A potem czarodziej sapnął, kącik jego ust zadrżał i mężczyzna wybuchnął śmiechem, tak serdecznym, że stracił równowagę i niemal przewrócił się z powrotem w wodę.
Kiedy ostatni raz tak się śmiał?
Pomagając sobie rękami, ruszył w stronę animaga, po drodze jeszcze raz padając w wodę, co tylko wzmogło jego wesołość.
Czy…
Kiedy zbierał się po tym upadku, porzuciwszy resztki godności na rzecz walki o przetrwanie, poczuł, jakby coś chwyciło go za gardło i nagle do zimnej wody na jego twarzy dołączyła inna wilgoć, gorąca i piekąca w oczy.
Oh.
Oddech uwiązł mu w gardle i Lazarus zatrzymał się, spuściwszy głowę, desperacko usiłując opanować roztrzęsione emocje, zatrzymać w środku domagające się ujścia łzy, ale nie było to proste, bo jednocześnie wciąż miał ochotę chichotać. Przecież ta sytuacja była całkowicie komiczna, jak niby miał to wytłumaczyć w Lecznicy?
Brnął w stronę niedźwiedzia, teraz wolniej, oddychając głęboko i próbując odzyskać jakiekolwiek opanowanie. Kiedy wreszcie mógł go dosięgnąć, wsparł się o niego, zmęczony dwa razy bardziej, niż powinien po takim wysiłku, przemoczony do suchej nitki i drżący z zimna. Zamrugał zaczerwienionymi oczami, odganiając resztki tego… cokolwiek to było i przetarł twarz dłonią, zmywając łzy, udając, że nigdy ich nie było. Uśmiechnął się do misia.
- Chyba… chyba zgubiłem różdżkę - wysapał i zamiast zmartwić się tym, znowu parsknął śmiechem.