23.10.2022, 10:18 ✶
Nawet gdyby Brenna czuła się niepewnie, nie kłóciłaby się w takich okolicznościach. Nigdy nie była duszą towarzystwa, właściwie zawsze ustępując w tym bratu i reszcie rodziny. A w większości sytuacji umiała dostosować swoje zachowanie do okoliczności, a ta nie była taką, w której powinna sobie pozwolić na kłótnie.
Nie to, że miała taki zamiar.
- Na pewno wniósłby trochę gorącej atmosfery - przyznała, ani trochę nie speszona, chociaż w duchu pomyślała, że musi pilnować, aby do czegoś takiego nie doszło, bo głowa rodu Longbottomów ją zabije. - Nie zaprzeczam temu. Chociaż mam nadzieję, że to, co przyniesie przede wszystkim, to środki na stypendia i schronisko - stwierdziła, całkowicie szczerze. Serpahina miała rację, ich rodzina słynęła z takich inicjatyw i Brenna nie była aż tak ślepo zapatrzona w krewnych, by nie podejrzewać, że niektórym się to podoba. Ba, ją samą bawiła nawet nie własna popularność, a popularność brata i potrafiła wykorzystywać ją mniej lub bardziej niecnie: co planowała zresztą zrobić na balu. Nie myliła się też, co do tego, że istniały i inne sposoby, a Brenna po prawdzie wcale nie wzdragała się przed ich wykorzystywaniem...
...ot uważała, że lepszą porą dla jarmarków jest zima. No i, mimo wszystkich szczerych chęci, nie opracowała jeszcze sposobu na rozdwojenie się, ale wciąż na tym pracowała, poza tym od czegoś miała brata, prawda?
- W takiej sytuacji przedmiot uznaje się za automatycznie kupiony przez naszą rodzinę, a ja spadam jak tona cegieł na osobę odpowiedzialną za kataklizm - oświadczyła, przy tej tonie cegieł uśmiechając się ponownie do Prewettówny. Takie rozwiązanie nawet nie było obmyślone przez Brennę, niezależnie do jej rozsądku czy jego braku (po prawdzie akurat przy organizowaniu go miała, ale przy innych okazjach czasem jakby gdzieś gubiła), ale stanowiło część praktyk rodzinnych.
Zawahała się nad odpowiedzią odnośnie licytowania. Brenna nie była osobą, która nie kłamała nigdy, a jeszcze bardziej lubiła niedopowiedzenia i szalone historie, co do których nikt nie wiedział, czy sobie żartuje, czy mówi serio. Ale nie była też utalentowanym kłamcą, a jeśli się dało, starała się jednak mówić prawdę.
Poza tym jeżeli Seraphina przyjdzie, i tak się przekona.
- Tylko, jeśli jakiś datek nie zainteresuje innych - przyznała. Może faktycznie objawiał się w tym jej charakter. I pewien pragmatyzm, bo gdyby coś zostało niesprzedane, jeszcze ofiarodawcy poczuliby się urażeni. - Mam zamiar raczej sama coś ofiarować.
Konkretnie własnego brata, wraz z opłaconym przez nią samą karnetem na dwudaniową kolację z deserem i winem w najmodniejszej restauracji na Pokątnej.
- A może ty jesteś zainteresowana czymś konkretnym w licytacji? Będę wiedziała, o co zadbać - odbiła piłeczkę. Wyglądała na autentycznie zaciekawioną, chociaż kto wie, czy nie wynikało to z podobnym pobudek jak u Seraphiny: dowiedzieć się czegoś więcej.
Nie to, że miała taki zamiar.
- Na pewno wniósłby trochę gorącej atmosfery - przyznała, ani trochę nie speszona, chociaż w duchu pomyślała, że musi pilnować, aby do czegoś takiego nie doszło, bo głowa rodu Longbottomów ją zabije. - Nie zaprzeczam temu. Chociaż mam nadzieję, że to, co przyniesie przede wszystkim, to środki na stypendia i schronisko - stwierdziła, całkowicie szczerze. Serpahina miała rację, ich rodzina słynęła z takich inicjatyw i Brenna nie była aż tak ślepo zapatrzona w krewnych, by nie podejrzewać, że niektórym się to podoba. Ba, ją samą bawiła nawet nie własna popularność, a popularność brata i potrafiła wykorzystywać ją mniej lub bardziej niecnie: co planowała zresztą zrobić na balu. Nie myliła się też, co do tego, że istniały i inne sposoby, a Brenna po prawdzie wcale nie wzdragała się przed ich wykorzystywaniem...
...ot uważała, że lepszą porą dla jarmarków jest zima. No i, mimo wszystkich szczerych chęci, nie opracowała jeszcze sposobu na rozdwojenie się, ale wciąż na tym pracowała, poza tym od czegoś miała brata, prawda?
- W takiej sytuacji przedmiot uznaje się za automatycznie kupiony przez naszą rodzinę, a ja spadam jak tona cegieł na osobę odpowiedzialną za kataklizm - oświadczyła, przy tej tonie cegieł uśmiechając się ponownie do Prewettówny. Takie rozwiązanie nawet nie było obmyślone przez Brennę, niezależnie do jej rozsądku czy jego braku (po prawdzie akurat przy organizowaniu go miała, ale przy innych okazjach czasem jakby gdzieś gubiła), ale stanowiło część praktyk rodzinnych.
Zawahała się nad odpowiedzią odnośnie licytowania. Brenna nie była osobą, która nie kłamała nigdy, a jeszcze bardziej lubiła niedopowiedzenia i szalone historie, co do których nikt nie wiedział, czy sobie żartuje, czy mówi serio. Ale nie była też utalentowanym kłamcą, a jeśli się dało, starała się jednak mówić prawdę.
Poza tym jeżeli Seraphina przyjdzie, i tak się przekona.
- Tylko, jeśli jakiś datek nie zainteresuje innych - przyznała. Może faktycznie objawiał się w tym jej charakter. I pewien pragmatyzm, bo gdyby coś zostało niesprzedane, jeszcze ofiarodawcy poczuliby się urażeni. - Mam zamiar raczej sama coś ofiarować.
Konkretnie własnego brata, wraz z opłaconym przez nią samą karnetem na dwudaniową kolację z deserem i winem w najmodniejszej restauracji na Pokątnej.
- A może ty jesteś zainteresowana czymś konkretnym w licytacji? Będę wiedziała, o co zadbać - odbiła piłeczkę. Wyglądała na autentycznie zaciekawioną, chociaż kto wie, czy nie wynikało to z podobnym pobudek jak u Seraphiny: dowiedzieć się czegoś więcej.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.