Yaxley nie miała urazu związanego z tym miejscem. Snowdonia od zawsze była jej domem i to, że tutaj doszło do bliskiego spotkania z doppelgangerem niczego nie zmieniało, mogło się to wydarzyć wszędzie. To miejsce zawsze miało być dla niej wyjątkowe, zresztą nie bez powodu chciała, aby ceremonia odbyła się właśnie tutaj.
- Coś Ty, wiesz, że jestem wyjątkowo bezpośrednia i raczej nie wybieram podstępu. - Znalazła się tuż przed Ambroisem, przy tym nieszczęsnym parapecie, o którym aktualnie potrafiła myśleć tylko w jeden sposób. Kiedyś nieszczególnie przepadała za biblioteką, to nie było jej ulubione miejsce w tej rezydencji, aktualnie miała jednak do niej mały sentyment.
- Mam wrażenie, że gdyby mogła, to jeszcze by dopłaciła, żeby mieć to z głowy. - Uśmiechnęła się znowu, bo nie ma się co oszukiwać - Jen od dawna powtarzała jej, że już czas, także Yaxley bez najmniejszego oporu wyciągnęła tę kartę - tak był to czas najwyższy, była zdziwiona, że tak im się spieszy, ale nie drążyła tematu widząc, że Geraldine nie przyjmuje innej możliwości pod uwagę. Jak wiadomo Yaxley potrafiła stawiać na swoim, to, że tym razem również się udało nie powinno nikogo dziwić, nie brała pod uwagę, że mogłoby być inaczej.
Nie powinno to nikogo dziwić, zamieszanie w Wielkiej Brytanii, które wybuchło po pożarach sprzyjało raczej niezbyt wielkiej ceremonii, a ani ona, ani Roise nie lubili być na świeczniku, każdy kto ich znał na pewno zdawał sobie sprawę z tego, że to posunięcie nie należało do przypadków, zresztą pewnie kiedyś dojdą do tego, że pojawił się kolejny powód, o którym póki co nikomu praktycznie nie wspominali, tak było lepiej. Niedługo pewnie będą musieli przekazać swoim rodzinom również te wieści, jednak lepiej było podejść do tego na spokojnie, nigdy przecież nie wiadomo, co może się przydarzyć.
Mogli wreszcie nieco zejść z tonu, załatwili wszystko, co mieli do ogarnięcia, była naprawdę zadowolona, że obeszło się bez żadnych niepożądanych rewelacji. Problem z głowy - kolejny, póki co wszystko jakoś się układało, oby los nadal im sprzyjał.
Greengrass przyciągnął ją do siebie, ich twarze znalazły się bardzo blisko siebie, oczy faktycznie ostatnio błyszczały jej w wyjątkowy sposób - najwyraźniej była po prostu bardzo spokojna i szczęśliwa, co nie zdarzało się wcale zbyt często, przynajmniej ostatnio. - Tak, jestem bardzo zadowolona. - Nie bała się nawet powiedzieć tego w głos, chociaż może powinna, zawsze wtedy coś zaczynało się pierdolić, ale może nie tym razem? Czuła dziwny, wewnętrzny spokój, nie wydawało jej się, aby coś było w stanie go zaburzyć.
- A Ty? - Tak właściwie to Ambroise nie mówił zbyt wiele o tym, co było przed nimi, oczywiście zakładała, że gdyby pojawiły się jakieś obiekcje, to na pewno by o tym wspomniał, póki co jednak raczej nie miał żadnych, wolała jednak zadać to pytanie.