07.09.2025, 23:11 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.09.2025, 23:15 przez Lorraine Malfoy.)
– Gdyby jedynie Nokturn spłonął, wielu powiedziałoby, że sama Matka zstąpiła na ziemię, aby swym świętym ogniem wypalić ślady grzechu. Gdy jednak płonie cała Anglia...
Lorraine westchnęła, bo przecież nie pierwszy raz odbywała z Josephine rozmowę na temat Nokturnu. Na temat tego, że się tam "marnuje". Może dlatego w jej tonie nie było nic poza zmęczeniem, gdy w zamyśleniu obracała tkwiący na palcu pierścień z emblematem rodu Malfoy. Lorraine pokręciła tylko głową, uśmiechając się smutno. Nie brzmiało to tak, jak gdyby próbowała się kłócić. Nie, Josephine zbyt dobrze znała swoją podopieczną: przypominała jej Mirandę, bardzo młodą Mirandę, gdy ta siedziała u jej boku, aby w milczeniu patrzeć, jak maluje. Czasem milczała całymi dniami, nie mogąc znaleźć odpowiednich słów. Niewielu wiedziało, że bliskość zawsze była dla Mirandy szalenie trudna. Lorraine tak samo jak ona zaciskała usta, gdy nie chciała rozmawiać, zaraz jednak ukrywając swoją niechęć pod układnym uśmiechem. Tak samo jak ona siedziała, zawsze sztywno wyprostowana, z boleśnie ściągniętymi łopatkami. Nie miała oczu Mirandy, bo tchnące chłodem oczy odziedziczyła, na swe nieszczęście, po swym nieświętej pamięci ojcu... A jednak, na ich dnie Josephine widziała uczucia tak samo ciepłe jak te, które żywiła wobec niej Miranda. Nawet gdy nie umiała tych uczuć okazać wystarczająco żywo.
– ...Przepraszam, wiem, co miałaś na myśli, ciociu. Po prostu... Nikogo nie oszczędziła miniona noc. Pożary objęły całą Anglię, a skrzyżowanie Pokątnej z Horyzontalną niczym nie różni się teraz od obrzeży Nokturnu. Wszystko zadziało się tak szybko. Witryna Necronomiconu wybuchła wtedy, gdy zapalałam świece w kaplicy pogrzebowej. Wszystko pokrył popiół. Popiół, wszędzie popiół, już nie w urnach, lecz na ulicy. Ale zakład przetrwał, nie ucierpiawszy wiele, tak samo, jak i nie ucierpiałam ja. A jednak tak bardzo się bałam. Z popiołem pod powiekami, popiołem na języku... Z popiołem we włosach. – Słowa same ulatywały z jej ust. Widać było, że z nikim o tym nie dane jej było porozmawiać tak otwarcie, że potrzebowała podzielić się tym z Josephine, która była w jej życiu osobą najbliższą matce. – Przywykłam do tego, że otacza mnie śmierć, przez lata była mi przecież przyjaciółką. Śmierć, wierna towarzyszka mej młodości, strażniczka panieńskiego wiana. Sądziłam... Sądziłam, że jestem w stanie znieść wszystko po śmierci rodziców. Sądziłam, że pokonałam strach, że jestem jego panią. A jednak wciąż jestem tym samym dzieckiem, bojącym się stracić tych, których kocha najbardziej.
Ujęła dłonie Josephine gestem pełnym uczucia, przyzwalając sobie na chwilę milczenia, zanim zaczęła ciągnąć dalej.
– Masz rację, Nokturn jest łatwopalny, ale to dlatego, że serca zamieszkujących go ludzi pełne są żaru. Wystarczy iskra, aby wzniecić pożogę. A jednak wyszłam stamtąd niespalona, a Necronomicon przetrwał noc. Natomiast dom w Little Hangleton – ten, w którym mieszkaliśmy po przeprowadzce z Londynu – ten, w którym mieszkaliśmy ja, mama, i tata, kiedy jeszcze... – kiedy jeszcze żyli chciała powiedzieć, ale głos jej się załamał. – Nie ma już tego domu. Spłonął – wyrzekła w końcu, odzyskując opanowanie godne wychowania, jakie otrzymała w darze od Mirandy. Dyscyplina. Bez tej dyscypliny nie byłoby Lorraine Malfoy. – Spłonęła nawet rezydencja pod Londynem, którą tata sprzedał Moultonom, gdy byłam jeszcze dzieckiem, zaczynającym grywać pierwsze recitale. – Chopin, pamiętasz?, pytały smutno jej oczy, dziwnie odległe, jak gdyby spojrzeniem próbowała oddalić i siebie, i Josephine, w stronę lepszych czasów. – Spłonęło wszystko, co kiedykolwiek nazywałam domem, ciociu. Wszystko poza Nokturnem.
Umarli też wszyscy ci, których nazywała rodzicami, więc naturalnie, szukała pocieszenia w ramionach Josephine, samej chcąc nieść jej pocieszenie. Może nie była w tym najlepsza, ale przynajmniej próbowała: gdy tylko przeszła próg domostwa, przypięła bowiem do sukienki ciotki starą broszkę Mirandy, którą znalazła pośród ojcowskich staroci podczas ostatniego gruntownego sprzątania zakładu pogrzebowego.
Lorraine westchnęła, bo przecież nie pierwszy raz odbywała z Josephine rozmowę na temat Nokturnu. Na temat tego, że się tam "marnuje". Może dlatego w jej tonie nie było nic poza zmęczeniem, gdy w zamyśleniu obracała tkwiący na palcu pierścień z emblematem rodu Malfoy. Lorraine pokręciła tylko głową, uśmiechając się smutno. Nie brzmiało to tak, jak gdyby próbowała się kłócić. Nie, Josephine zbyt dobrze znała swoją podopieczną: przypominała jej Mirandę, bardzo młodą Mirandę, gdy ta siedziała u jej boku, aby w milczeniu patrzeć, jak maluje. Czasem milczała całymi dniami, nie mogąc znaleźć odpowiednich słów. Niewielu wiedziało, że bliskość zawsze była dla Mirandy szalenie trudna. Lorraine tak samo jak ona zaciskała usta, gdy nie chciała rozmawiać, zaraz jednak ukrywając swoją niechęć pod układnym uśmiechem. Tak samo jak ona siedziała, zawsze sztywno wyprostowana, z boleśnie ściągniętymi łopatkami. Nie miała oczu Mirandy, bo tchnące chłodem oczy odziedziczyła, na swe nieszczęście, po swym nieświętej pamięci ojcu... A jednak, na ich dnie Josephine widziała uczucia tak samo ciepłe jak te, które żywiła wobec niej Miranda. Nawet gdy nie umiała tych uczuć okazać wystarczająco żywo.
– ...Przepraszam, wiem, co miałaś na myśli, ciociu. Po prostu... Nikogo nie oszczędziła miniona noc. Pożary objęły całą Anglię, a skrzyżowanie Pokątnej z Horyzontalną niczym nie różni się teraz od obrzeży Nokturnu. Wszystko zadziało się tak szybko. Witryna Necronomiconu wybuchła wtedy, gdy zapalałam świece w kaplicy pogrzebowej. Wszystko pokrył popiół. Popiół, wszędzie popiół, już nie w urnach, lecz na ulicy. Ale zakład przetrwał, nie ucierpiawszy wiele, tak samo, jak i nie ucierpiałam ja. A jednak tak bardzo się bałam. Z popiołem pod powiekami, popiołem na języku... Z popiołem we włosach. – Słowa same ulatywały z jej ust. Widać było, że z nikim o tym nie dane jej było porozmawiać tak otwarcie, że potrzebowała podzielić się tym z Josephine, która była w jej życiu osobą najbliższą matce. – Przywykłam do tego, że otacza mnie śmierć, przez lata była mi przecież przyjaciółką. Śmierć, wierna towarzyszka mej młodości, strażniczka panieńskiego wiana. Sądziłam... Sądziłam, że jestem w stanie znieść wszystko po śmierci rodziców. Sądziłam, że pokonałam strach, że jestem jego panią. A jednak wciąż jestem tym samym dzieckiem, bojącym się stracić tych, których kocha najbardziej.
Ujęła dłonie Josephine gestem pełnym uczucia, przyzwalając sobie na chwilę milczenia, zanim zaczęła ciągnąć dalej.
– Masz rację, Nokturn jest łatwopalny, ale to dlatego, że serca zamieszkujących go ludzi pełne są żaru. Wystarczy iskra, aby wzniecić pożogę. A jednak wyszłam stamtąd niespalona, a Necronomicon przetrwał noc. Natomiast dom w Little Hangleton – ten, w którym mieszkaliśmy po przeprowadzce z Londynu – ten, w którym mieszkaliśmy ja, mama, i tata, kiedy jeszcze... – kiedy jeszcze żyli chciała powiedzieć, ale głos jej się załamał. – Nie ma już tego domu. Spłonął – wyrzekła w końcu, odzyskując opanowanie godne wychowania, jakie otrzymała w darze od Mirandy. Dyscyplina. Bez tej dyscypliny nie byłoby Lorraine Malfoy. – Spłonęła nawet rezydencja pod Londynem, którą tata sprzedał Moultonom, gdy byłam jeszcze dzieckiem, zaczynającym grywać pierwsze recitale. – Chopin, pamiętasz?, pytały smutno jej oczy, dziwnie odległe, jak gdyby spojrzeniem próbowała oddalić i siebie, i Josephine, w stronę lepszych czasów. – Spłonęło wszystko, co kiedykolwiek nazywałam domem, ciociu. Wszystko poza Nokturnem.
Umarli też wszyscy ci, których nazywała rodzicami, więc naturalnie, szukała pocieszenia w ramionach Josephine, samej chcąc nieść jej pocieszenie. Może nie była w tym najlepsza, ale przynajmniej próbowała: gdy tylko przeszła próg domostwa, przypięła bowiem do sukienki ciotki starą broszkę Mirandy, którą znalazła pośród ojcowskich staroci podczas ostatniego gruntownego sprzątania zakładu pogrzebowego.