08.09.2025, 09:32 ✶
Bardzo spóźniona Odpowiadam dla Antosia, odchodzę z Olkiem, wpłacam cegiełkę - idziemy tańczyć z Oleandrem.
-Panie Shafiq - skinęła głową, a jej usta rozświetlił pogodny uśmiech - Będę żywić nadzieje, że tak właśnie będzie - wyznała, przechylając głowę w bok, a orzechowe włosy rozsypały się po jej ramieniu.
Odeszła z Oleandrem, oplatając dłońmi ramię swojego towarzysza, przenosząc na niego swoją uwagę - tak jak lubił.
Gdy zapytał o jej kreacje, na jej usta wpłynął na powrót senny uśmiech
-Nie - wyznała po dłuższej chwili jakoby się zastanawiała, chociaż nie było nad czym. Z całą miłością do Hannibala nie był On ani jej mężem, ani partnerem, ani nawet osobą towarzyszącą aby ubierać się pod kolor. Posłała Oleandrowi nieco rozbawione spojrzenie jakoby powiedział coś co najmniej nie na miejscu.
-To był czysty przypadek - wyjaśniła. Bo chociaż ich dopasowanie było przypadkowe, tak sam strój Mathildy taki nie był.
Prawdą było, że bardziej ubrała się pod estetykę Anthony'ego Shafiqa, aniżeli dopasowanie z Selwynem. Wiedziała, że jej ulubiony i niezwykle hojny zleceniodawca ma swoje estetyczne preferencję i należało uważać, aby nie pozostawić niesmaku, a być przyjemnym elementem dla oka. Bo pod koniec dnia to te drobiazgi mogły przesądzić o tym czy to w jej kalendarzu pojawi się zlecenie.
Słuchała jego słów, oglądając pojawiające się cegiełki ze swoistym zauroczeniem
-Akurat ty, Oleandrze Crouch… - delikatnie przesunęła opuszkami palców wzdłuż jego ramienia, tym samym wyłapując kontakt wzrokowy z młodzieńcem - nie musisz czekać, aby mnie tam dostrzec… - uniosła dłoń, muskając jej wierzchem policzek chłopaka, zatapiając błękit tęczówek w szmaragdowych lasach jego spojrzenia. Zapadła krótka cisza, po której dziewczyna zachichotała melodyjnie
-Ale wpłacę - dodała przerywając ciszę, odrywając się od chłopaka aby dołożyć swoją cegiełke, którą planowała dodać, aczkolwiek z pobudek czysto egoistycznych.
Wróciła do Oleandra, który rozglądał się po sali - po której i Ona powiodła spojrzeniem
-Doskwiera Ci nuda, mój drogi? - zagaiła, unosząc jego dłoń na wysokość klatki piersiowej-ah więc…
Światła żyrandoli rozlewały się po parkiecie niczym płynne srebro, gdy błękitnooka wsunęła dłoń w dłoń Oleandra, splatając ich palce. Powoli ruszyła do tyłu, nieśpiesznie prowadząc chłopaka w kierunku parkietu, zatrzymując się w jego centrum.
Dygnęła z gracją, odnajdując spojrzeniem szmaragdowe spojrzenie rudowłosego.
-My sweet poison… -szepnęła, a przez jej usta przebiegł zaczepny uśmiech, nim zaczęli wirować w tańcu. Kręcąc się po parkiecie z gracją i delikatnością, jak gdyby grawitacja była jedynie żałosną wymówką pozostałych. Miękkim muśnięciem ramienia, wskazówką - która kryła się w jej jasnym spojrzeniu. Drobne, niezauważalne gesty były niczym nici pajęczyny - niewidzialne, niedostrzegalne dla nikogo prócz Oleandra. Z zewnątrz wyglądało, że Crouch prowadzi - dumnie, stanowczo, poruszając się z gracją i pewnością godną pozazdroszczenia - ale w cieniu jego ruchów czaiła się jej cicha orkiestra, niedostrzegalna dla osób postronnych. To nie był ich pierwszy raz, ich ciała zdążyły się poznać, zrozumieć bez słów - reagować niczym jeden organizm. Opuszki jej palców, niczym delikatny podmuch wiatru, przesunęły po jego ramionach, zastygając na nich - poczuła jak jego palce zaciskają się na jej talii, a Ona zostaje poderwana gwałtownie ku górze. Zawirowali, a Quirrel ugięła nogę, unosząc dłonie ku górze aby dopiąć figurę. Gdy miękko wróciła na ziemię, jej dłonie przesunęły się na policzki chłopaka
-mmm... Coraz śmielszy. Jeszcze chwila, a zacznę się obawiać, że uciekniesz mi z rąk - szepnęła
-Panie Shafiq - skinęła głową, a jej usta rozświetlił pogodny uśmiech - Będę żywić nadzieje, że tak właśnie będzie - wyznała, przechylając głowę w bok, a orzechowe włosy rozsypały się po jej ramieniu.
Odeszła z Oleandrem, oplatając dłońmi ramię swojego towarzysza, przenosząc na niego swoją uwagę - tak jak lubił.
Gdy zapytał o jej kreacje, na jej usta wpłynął na powrót senny uśmiech
-Nie - wyznała po dłuższej chwili jakoby się zastanawiała, chociaż nie było nad czym. Z całą miłością do Hannibala nie był On ani jej mężem, ani partnerem, ani nawet osobą towarzyszącą aby ubierać się pod kolor. Posłała Oleandrowi nieco rozbawione spojrzenie jakoby powiedział coś co najmniej nie na miejscu.
-To był czysty przypadek - wyjaśniła. Bo chociaż ich dopasowanie było przypadkowe, tak sam strój Mathildy taki nie był.
Prawdą było, że bardziej ubrała się pod estetykę Anthony'ego Shafiqa, aniżeli dopasowanie z Selwynem. Wiedziała, że jej ulubiony i niezwykle hojny zleceniodawca ma swoje estetyczne preferencję i należało uważać, aby nie pozostawić niesmaku, a być przyjemnym elementem dla oka. Bo pod koniec dnia to te drobiazgi mogły przesądzić o tym czy to w jej kalendarzu pojawi się zlecenie.
Słuchała jego słów, oglądając pojawiające się cegiełki ze swoistym zauroczeniem
-Akurat ty, Oleandrze Crouch… - delikatnie przesunęła opuszkami palców wzdłuż jego ramienia, tym samym wyłapując kontakt wzrokowy z młodzieńcem - nie musisz czekać, aby mnie tam dostrzec… - uniosła dłoń, muskając jej wierzchem policzek chłopaka, zatapiając błękit tęczówek w szmaragdowych lasach jego spojrzenia. Zapadła krótka cisza, po której dziewczyna zachichotała melodyjnie
-Ale wpłacę - dodała przerywając ciszę, odrywając się od chłopaka aby dołożyć swoją cegiełke, którą planowała dodać, aczkolwiek z pobudek czysto egoistycznych.
Wróciła do Oleandra, który rozglądał się po sali - po której i Ona powiodła spojrzeniem
-Doskwiera Ci nuda, mój drogi? - zagaiła, unosząc jego dłoń na wysokość klatki piersiowej-ah więc…
Światła żyrandoli rozlewały się po parkiecie niczym płynne srebro, gdy błękitnooka wsunęła dłoń w dłoń Oleandra, splatając ich palce. Powoli ruszyła do tyłu, nieśpiesznie prowadząc chłopaka w kierunku parkietu, zatrzymując się w jego centrum.
Dygnęła z gracją, odnajdując spojrzeniem szmaragdowe spojrzenie rudowłosego.
-My sweet poison… -szepnęła, a przez jej usta przebiegł zaczepny uśmiech, nim zaczęli wirować w tańcu. Kręcąc się po parkiecie z gracją i delikatnością, jak gdyby grawitacja była jedynie żałosną wymówką pozostałych. Miękkim muśnięciem ramienia, wskazówką - która kryła się w jej jasnym spojrzeniu. Drobne, niezauważalne gesty były niczym nici pajęczyny - niewidzialne, niedostrzegalne dla nikogo prócz Oleandra. Z zewnątrz wyglądało, że Crouch prowadzi - dumnie, stanowczo, poruszając się z gracją i pewnością godną pozazdroszczenia - ale w cieniu jego ruchów czaiła się jej cicha orkiestra, niedostrzegalna dla osób postronnych. To nie był ich pierwszy raz, ich ciała zdążyły się poznać, zrozumieć bez słów - reagować niczym jeden organizm. Opuszki jej palców, niczym delikatny podmuch wiatru, przesunęły po jego ramionach, zastygając na nich - poczuła jak jego palce zaciskają się na jej talii, a Ona zostaje poderwana gwałtownie ku górze. Zawirowali, a Quirrel ugięła nogę, unosząc dłonie ku górze aby dopiąć figurę. Gdy miękko wróciła na ziemię, jej dłonie przesunęły się na policzki chłopaka
-mmm... Coraz śmielszy. Jeszcze chwila, a zacznę się obawiać, że uciekniesz mi z rąk - szepnęła