23.10.2022, 10:25 ✶
- O ludzka naiwności! – westchnęła Brenna. Może żartem. Może serio. Czy naprawdę stanęłaby w kolejce, by porozmawiać ze smokiem, choć wiedziałaby, że ten jest niebezpieczny…?
Cóż. Na to pytanie znała zapewne odpowiedź tylko ona. Ewentualnie poznałaby ją, gdyby nadarzyła się okazja.
Zapłaciła za książki, a gdy już pan Doherty odszedł, wyciągnęła spod bluzki łańcuszek, by zademonstrować Mavelle wisiorek.
- W dzieciństwie bardzo chciałam mieć smoka, ale Erik pozwolił mi tylko na to – stwierdziła. Mav już zresztą mogła go widzieć, bo Brenna faktycznie miała tę biżuterię od dzieciństwa i była jedyną, jaką nosiła. Niewielki smok obecnie leżał nieruchomo, na podobieństwo zwykłej zawieszki, może zaklęty przez brygadzistkę, by nie przyciągnął uwagi na mugolskich ulicach, a może od początku tak zaczarowany, by nie poruszył się w nieodpowiedniej chwili.
- Nie mają, póki taka nie wleci ci przez okno do pokoju z listem – parsknęła cicho, ostatni raz rozglądając się po księgarni. Ale naprawdę nie mogła kupić już nic więcej: nie zmieściłaby kolejnych książek do torby. – Moja Płotka kiedyś zeżarła mi pracę domową. Pogniewała się na mnie, bo oddałam jej sowi przysmak innej sówce. Oczywiście, nauczyciel uważał, że kłamię. A jak pokazałam mu resztki, to że nakarmiłam sowę tą pracą domową specjalnie.
Wyszła na ulicę, czule tuląc do siebie torbę. Jej spojrzenie znów przesunęło się po okolicy, jakby chciała sprawdzić, czy nikt nie czai się za którymś rogiem.
Ostrożność, a może już lekka paranoja?
- Pewnie, że ci opowiem. Jeśli będzie dobra, będę się zachwycać, jeżeli zła, oburzać. Jesteś jedną z niewielu osób, która nie ucieka w popłochu, gdy zaczynam gadać o książkach, więc jak mogłabym ci nie opowiedzieć? – stwierdziła lekkim tonem. Jej gadatliwość i zainteresowania były dla niektórych czarodziejów ciężkie do przełknięcia. Istnieli ludzie gotowi uciekać na sam jej widok nie dlatego, że była straszna, ale dlatego, że nie chcieli zostać zanudzeni. – Och, żyjemy w świecie, gdzie więcej ludzi posłucha cioteczki niż mnie – skwitowała, tym razem trochę cierpko, i to wcale nie z powodu tego, co ciotka o niej myślała. Brenna, wychowana przez takich rodziców, w Dolinie Godryka, gdzie pełno było czarodziejów półkrwi albo wręcz z rodzin mugoli, po prostu nie mogła wyrosnąć na kogoś, kto mógłby uznawać „wyższość czystej krwi” i „zachowanie właściwe dla przedstawicieli pewnych rodów”.
Zaraz jednak się rozpogodziła, gdy tylko rozmowa zeszła na temat kina.
- Tak naprawdę to nie wiem. Byłam w kinie tylko raz, dawno temu. To przypomina trochę… patrzenie, jak obraz odgrywa historię, tylko więcej się zmienia – spróbowała to wyjaśnić. Dość nieporadnie. Ale właśnie z tym kojarzyły się jej mugolskie filmy: z ruchomymi, magicznymi obrazami. – Jak wybiorę się znowu, zdam ci sprawozdanie.
Cóż. Na to pytanie znała zapewne odpowiedź tylko ona. Ewentualnie poznałaby ją, gdyby nadarzyła się okazja.
Zapłaciła za książki, a gdy już pan Doherty odszedł, wyciągnęła spod bluzki łańcuszek, by zademonstrować Mavelle wisiorek.
- W dzieciństwie bardzo chciałam mieć smoka, ale Erik pozwolił mi tylko na to – stwierdziła. Mav już zresztą mogła go widzieć, bo Brenna faktycznie miała tę biżuterię od dzieciństwa i była jedyną, jaką nosiła. Niewielki smok obecnie leżał nieruchomo, na podobieństwo zwykłej zawieszki, może zaklęty przez brygadzistkę, by nie przyciągnął uwagi na mugolskich ulicach, a może od początku tak zaczarowany, by nie poruszył się w nieodpowiedniej chwili.
- Nie mają, póki taka nie wleci ci przez okno do pokoju z listem – parsknęła cicho, ostatni raz rozglądając się po księgarni. Ale naprawdę nie mogła kupić już nic więcej: nie zmieściłaby kolejnych książek do torby. – Moja Płotka kiedyś zeżarła mi pracę domową. Pogniewała się na mnie, bo oddałam jej sowi przysmak innej sówce. Oczywiście, nauczyciel uważał, że kłamię. A jak pokazałam mu resztki, to że nakarmiłam sowę tą pracą domową specjalnie.
Wyszła na ulicę, czule tuląc do siebie torbę. Jej spojrzenie znów przesunęło się po okolicy, jakby chciała sprawdzić, czy nikt nie czai się za którymś rogiem.
Ostrożność, a może już lekka paranoja?
- Pewnie, że ci opowiem. Jeśli będzie dobra, będę się zachwycać, jeżeli zła, oburzać. Jesteś jedną z niewielu osób, która nie ucieka w popłochu, gdy zaczynam gadać o książkach, więc jak mogłabym ci nie opowiedzieć? – stwierdziła lekkim tonem. Jej gadatliwość i zainteresowania były dla niektórych czarodziejów ciężkie do przełknięcia. Istnieli ludzie gotowi uciekać na sam jej widok nie dlatego, że była straszna, ale dlatego, że nie chcieli zostać zanudzeni. – Och, żyjemy w świecie, gdzie więcej ludzi posłucha cioteczki niż mnie – skwitowała, tym razem trochę cierpko, i to wcale nie z powodu tego, co ciotka o niej myślała. Brenna, wychowana przez takich rodziców, w Dolinie Godryka, gdzie pełno było czarodziejów półkrwi albo wręcz z rodzin mugoli, po prostu nie mogła wyrosnąć na kogoś, kto mógłby uznawać „wyższość czystej krwi” i „zachowanie właściwe dla przedstawicieli pewnych rodów”.
Zaraz jednak się rozpogodziła, gdy tylko rozmowa zeszła na temat kina.
- Tak naprawdę to nie wiem. Byłam w kinie tylko raz, dawno temu. To przypomina trochę… patrzenie, jak obraz odgrywa historię, tylko więcej się zmienia – spróbowała to wyjaśnić. Dość nieporadnie. Ale właśnie z tym kojarzyły się jej mugolskie filmy: z ruchomymi, magicznymi obrazami. – Jak wybiorę się znowu, zdam ci sprawozdanie.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.