09.09.2025, 01:18 ✶
I od dawna to mówiłem. Od dawna! Ciągle wręcz. I znowu miałem rację. Znowu! – powtarzał dramatycznie jego ojciec, gdy uroczysta kolacja Selwynów z okazji Mabon powoli zmierzała do końca.
Ale co takiego Tristanie? – zapytała nieopacznie jedna z ciotek.
No jak to co? ‐ wykrzyknął Tristan Selwyn ‐ Mabon, Mabon i po Mabon!
Jego syn wywrócił oczami. Matka natomiast roześmiała się tak jakby mąż nie mówił tego co roku.
Jonathan bardzo kochał swoich rodziców, ale cieszył się, że postanowili dzisiejszą noc spędzić z resztą rodziny, a nie u niego w domu.
A jeszcze bardziej cieszył się z tego faktu jakiś czas później, gdy siedział w swoim salonie z kuzynami, Anthonym i dość dużą ilością alkoholu w ich żyłach.
– Śluby przychodzą i odchodzą. Jak fale – westchnął cicho z drugiej kanapy przyglądając się swoim paznokciom, bynajmniej nie dlatego, że jakkolwiek mu się nudziło. O nie, po prostu zastanawiał się, czy nie powinien zakupić jakiegoś dobrego serum, bo dzisiaj na kolacji matka wspomniała, że kupuje do nich jakieś świetne specyfiki, bo jej własnej matce na starość strasznie zaczęły pękać, a ona nie chciałaby zrezygnować ze swojego ulubionego koloru lakieru do paznokci dague en rubis, któremu była wierna od dekad. Jonathan co prawda nie zdobił i nie planował zdobić swoich paznokci w ten sposób, ale zdecydowanie nie życzyłby sobie, aby za ileś lat postanowiły go zawieść w tak okrutny sposób. – Niestety większość z nich przychodzi okryta płaszczem nudy, a dopiero odchodzi w interesujących okolicznościach. Muszę jednak przyznać, że lubię śluby. Zwłaszcza, że przez mój własny często mnie na nie nie zapraszano. No i... – Zachichotał. – Miło się patrzy na ich relacje. I emocje.
Zwłaszcza gdy państwo młodzi jak i ich bliskie otoczenie, nie byli oklumentami.
Westchnął ciężko i usadowił się lepiej na kanapie. Zerknął na Anthony'ego.
Nie miał pojęcia czy miał prawo aż tak bardzo cieszyć się w duchu, że Shafiq do nich dołączył, skoro ich pakt pokojowy wciąż był tak kruchy, a jego granice wcale nie aż tak bardzo znane. Podobnie nie wiedział, czy wypadało mu aż tak martwić się w duchu jego stanem. Nic nie wiedział! Sytuacja była jednocześnie spokojna i dramatyczna, a czasem w nocy Jonathana nachodziła okrutna myśl, że tak mogło być już zawsze. Alkohol jednak pomagał w wyciszeniu tych wszystkich przemyśleń i zgrabnie je pacyfikował, samemu rozpychając się na ich miejsce w jonathanowej głowie.
– No i zawsze można popatrzeć na kreacje. Te potrafią pozytywnie zaskakiwać. Edith miała ładną suknię. – Zaskakujące patrząc na wątpliwy gust do dekoracji wnętrz, zmarłej żony Anthony'ego. Przeniósł spojrzenie na Roberta. – I Vanessa... Nie. Przepraszam cię Robercie. Nie podobał mi się strój Vanessy. – Krój nie pasował do niej, ale w ten dość złośliwy sposób, tak że na pierwszy rzut oka wszystko było jak najbardziej w porządku... Ale jednak nie. – Ja i Lottie natomiast wyglądaliśmy doskonale. Oczywiście ja trochę lepiej. Odpowiadając na twoje pytanie Anthony zakładam, że mogłaby mieć wobec tego nazewnictwa pewne obiekcje. Ale zabieram ją jutro na ślub. Hannibalu, na pewno wymyślisz coś równie oryginalnego co ja. Robercie... Dostałeś zaproszenie? – Nie mógł sobie teraz przypomnieć. – Jeśli mam być szczery to nie za bardzo znam pannę Yaxley, ale z Ambroisem łączy nas wspólna klątwa pokrewieństwa z Mulciberami, stąd moje zaproszenie.
Klątwa... Czy wypadało mu nazywać to klątwą, gdy dzięki rodzinnej linii matki otrzymał trzecie oko i zdolność widzenia nici?
Zapewne nie.
Westchnął cicho na tę myśl i położył się na plecach z oczami wpatrzonymi w sufit.
Ale co takiego Tristanie? – zapytała nieopacznie jedna z ciotek.
No jak to co? ‐ wykrzyknął Tristan Selwyn ‐ Mabon, Mabon i po Mabon!
Jego syn wywrócił oczami. Matka natomiast roześmiała się tak jakby mąż nie mówił tego co roku.
Jonathan bardzo kochał swoich rodziców, ale cieszył się, że postanowili dzisiejszą noc spędzić z resztą rodziny, a nie u niego w domu.
A jeszcze bardziej cieszył się z tego faktu jakiś czas później, gdy siedział w swoim salonie z kuzynami, Anthonym i dość dużą ilością alkoholu w ich żyłach.
– Śluby przychodzą i odchodzą. Jak fale – westchnął cicho z drugiej kanapy przyglądając się swoim paznokciom, bynajmniej nie dlatego, że jakkolwiek mu się nudziło. O nie, po prostu zastanawiał się, czy nie powinien zakupić jakiegoś dobrego serum, bo dzisiaj na kolacji matka wspomniała, że kupuje do nich jakieś świetne specyfiki, bo jej własnej matce na starość strasznie zaczęły pękać, a ona nie chciałaby zrezygnować ze swojego ulubionego koloru lakieru do paznokci dague en rubis, któremu była wierna od dekad. Jonathan co prawda nie zdobił i nie planował zdobić swoich paznokci w ten sposób, ale zdecydowanie nie życzyłby sobie, aby za ileś lat postanowiły go zawieść w tak okrutny sposób. – Niestety większość z nich przychodzi okryta płaszczem nudy, a dopiero odchodzi w interesujących okolicznościach. Muszę jednak przyznać, że lubię śluby. Zwłaszcza, że przez mój własny często mnie na nie nie zapraszano. No i... – Zachichotał. – Miło się patrzy na ich relacje. I emocje.
Zwłaszcza gdy państwo młodzi jak i ich bliskie otoczenie, nie byli oklumentami.
Westchnął ciężko i usadowił się lepiej na kanapie. Zerknął na Anthony'ego.
Nie miał pojęcia czy miał prawo aż tak bardzo cieszyć się w duchu, że Shafiq do nich dołączył, skoro ich pakt pokojowy wciąż był tak kruchy, a jego granice wcale nie aż tak bardzo znane. Podobnie nie wiedział, czy wypadało mu aż tak martwić się w duchu jego stanem. Nic nie wiedział! Sytuacja była jednocześnie spokojna i dramatyczna, a czasem w nocy Jonathana nachodziła okrutna myśl, że tak mogło być już zawsze. Alkohol jednak pomagał w wyciszeniu tych wszystkich przemyśleń i zgrabnie je pacyfikował, samemu rozpychając się na ich miejsce w jonathanowej głowie.
– No i zawsze można popatrzeć na kreacje. Te potrafią pozytywnie zaskakiwać. Edith miała ładną suknię. – Zaskakujące patrząc na wątpliwy gust do dekoracji wnętrz, zmarłej żony Anthony'ego. Przeniósł spojrzenie na Roberta. – I Vanessa... Nie. Przepraszam cię Robercie. Nie podobał mi się strój Vanessy. – Krój nie pasował do niej, ale w ten dość złośliwy sposób, tak że na pierwszy rzut oka wszystko było jak najbardziej w porządku... Ale jednak nie. – Ja i Lottie natomiast wyglądaliśmy doskonale. Oczywiście ja trochę lepiej. Odpowiadając na twoje pytanie Anthony zakładam, że mogłaby mieć wobec tego nazewnictwa pewne obiekcje. Ale zabieram ją jutro na ślub. Hannibalu, na pewno wymyślisz coś równie oryginalnego co ja. Robercie... Dostałeś zaproszenie? – Nie mógł sobie teraz przypomnieć. – Jeśli mam być szczery to nie za bardzo znam pannę Yaxley, ale z Ambroisem łączy nas wspólna klątwa pokrewieństwa z Mulciberami, stąd moje zaproszenie.
Klątwa... Czy wypadało mu nazywać to klątwą, gdy dzięki rodzinnej linii matki otrzymał trzecie oko i zdolność widzenia nici?
Zapewne nie.
Westchnął cicho na tę myśl i położył się na plecach z oczami wpatrzonymi w sufit.