09.09.2025, 08:21 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.09.2025, 08:23 przez Anastasia Dolohov-Burke.)
Wzrok Anastazji uciekał nieustannie w kierunku wron, rozdziobywujących rzucane im z talerzy resztki kurczaków. Z malującą się wciąż na twarzy obojętnością, patrzyła w milczeniu, jak okładają się skrzydłami. Błyszczące, czarne pierze zawirowało na widok tłustszego kąska, niedokładnie obgryzionej kości, na której wciąż perliły się białe resztki mięsa. Wnet rozgorzała ptasia orgietka, a na dnie czarnych jak skrzydła wrony, pociemniałych oczu Anastazji, dostrzec można było odbicie owej perwersji. Znajdowała w ich ordynarnie kłapiących dziobach coś nieskończenie pięknego. Była nawet w stanie znieść kaleczące uszy krakanie, przynajmniej póki celebrowało kanibalistyczną ucztę na kościach ptasich pobratymców.
Jeść. Jeść. Jeść.
Wyrwana z zamyślenia, skinęła łaskawie głową, gestem wyrażającym nieme przyzwolenie. Najbliższe aprobacie, czego mógł spodziewać się herr Rookwood.
– Niektórzy preferują starsze roczniki. Ja nie podzielam podobnych fantazji. Po cóż pić ojcowskie pierdy zakonserwowane w butelce, skoro można rozkoszować się świeżym smakiem młodzistych, winnych gron na języku? Słodkim, soczystym miąższem, który spływa po brodzie, po palcach? Och, tak, wolę młodsze... – Zakołysała kieliszkiem, pozwalając, aby kryształowe ścianki zabarwił róż, a osad na dnie naczynia zawirowało wesoło. Nie patrzyła w stronę młodych mężczyzn kilka stolików dalej, ale wciąż słyszała ich śmiech. Suto upierścienione palce zacisnęły się mocniej na szyjce kieliszka. Wyobrażała sobie, jak ukręca młodzikowi łeb, tak samo, jak zrobiłaby to kraczącej zbyt głośno wronie. – Mówi się, że wino to trunek kobiet – ciągnęła znudzonym tonem. – Głupota. Głęboko wierzę, że dojrzewające wina to jedna z tych męskich fanaberii, przyzwalających patriarchalnym wartościom na sterowanie angielską społecznością magiczną. Przekonanie, że coś będzie lepsze, gdy się zestarzeje, przypisywane może być tylko winom, serom i mężczyznom. Ale nie kobietom, panie Rookwood, nigdy kobietom. Sprzeciwiam się temu sentymentowi pijąc wódkę. W społeczeństwie angielskim najpiękniejsze kobiety są przecież dziewiczo czyste, tak czyste, że aż... Przezroczyste. Zostawiają najbardziej trwały posmak na języku. Nie zapomina się w końcu pierwszej miłości. Wódka jest uniwersalnym destylatem kobiecości, panie Rookwood. Można ją słodzić, kupażować, aromatyzować, leżakować lub barwić. Zupełnie jak kobietę. Zupełnie jak kobietę... – Anastazja upiła nieco z kieliszka, krzywiąc się, jak gdyby słodkie wino nagle stało się na języku gorzkim jak sperma.
Smak, który na powrót przywołał ją do rzeczywistości. Dlaczego w ogóle siedziała przy stoliku z tym śmiesznym mężczyzną, zastanawiała się, obdarzywszy go, zapobiegawczo, wyważonym uśmiechem. Spojrzenie Anastazji przesunęło się w pierwszej kolejności po jego dłoniach, bo przecież po dłoniach najprędzej widać było oznaki starzenia się: starcze plamy, marszczenia zwiotczałej z wiekiem skóry... A jednak rozproszył ją widok błyskotek, widok suto przyobleczonych w biżuterię palców przypominających wieprzowe kiełbaski, które wcześniej pokroiła w maciupeńkie kawałeczki i zjadła, choć spływały opalizującym tłuszczem, a nie przepysznym połyskiem pierścieni i sygnetów. Już na sam widok ciekła jej ślinka.
"Mam do zaprezentowania pani kilka interesujących znalezisk. Podarków, można by było powiedzieć."
– Doprawdy? – zapytała, obrzydliwe lepkim głosem, nie odrywając choćby na chwilę wzroku od dłoni herr Rookwooda, jak nazywała go w myślach, odkąd zaczęła podejrzewać go o niecne zamiary w stosunku do swojej osoby. "Mieć panią na wyłączność", powiedział. Czy ona była jego utrzymanką, żeby mógł ją mieć na wyłączność? A jednak oblizała mimowolnie usta. Nie było w końcu większej świętości ponad własność prywatną.
Jeść. Jeść. Jeść.
Wyrwana z zamyślenia, skinęła łaskawie głową, gestem wyrażającym nieme przyzwolenie. Najbliższe aprobacie, czego mógł spodziewać się herr Rookwood.
– Niektórzy preferują starsze roczniki. Ja nie podzielam podobnych fantazji. Po cóż pić ojcowskie pierdy zakonserwowane w butelce, skoro można rozkoszować się świeżym smakiem młodzistych, winnych gron na języku? Słodkim, soczystym miąższem, który spływa po brodzie, po palcach? Och, tak, wolę młodsze... – Zakołysała kieliszkiem, pozwalając, aby kryształowe ścianki zabarwił róż, a osad na dnie naczynia zawirowało wesoło. Nie patrzyła w stronę młodych mężczyzn kilka stolików dalej, ale wciąż słyszała ich śmiech. Suto upierścienione palce zacisnęły się mocniej na szyjce kieliszka. Wyobrażała sobie, jak ukręca młodzikowi łeb, tak samo, jak zrobiłaby to kraczącej zbyt głośno wronie. – Mówi się, że wino to trunek kobiet – ciągnęła znudzonym tonem. – Głupota. Głęboko wierzę, że dojrzewające wina to jedna z tych męskich fanaberii, przyzwalających patriarchalnym wartościom na sterowanie angielską społecznością magiczną. Przekonanie, że coś będzie lepsze, gdy się zestarzeje, przypisywane może być tylko winom, serom i mężczyznom. Ale nie kobietom, panie Rookwood, nigdy kobietom. Sprzeciwiam się temu sentymentowi pijąc wódkę. W społeczeństwie angielskim najpiękniejsze kobiety są przecież dziewiczo czyste, tak czyste, że aż... Przezroczyste. Zostawiają najbardziej trwały posmak na języku. Nie zapomina się w końcu pierwszej miłości. Wódka jest uniwersalnym destylatem kobiecości, panie Rookwood. Można ją słodzić, kupażować, aromatyzować, leżakować lub barwić. Zupełnie jak kobietę. Zupełnie jak kobietę... – Anastazja upiła nieco z kieliszka, krzywiąc się, jak gdyby słodkie wino nagle stało się na języku gorzkim jak sperma.
Smak, który na powrót przywołał ją do rzeczywistości. Dlaczego w ogóle siedziała przy stoliku z tym śmiesznym mężczyzną, zastanawiała się, obdarzywszy go, zapobiegawczo, wyważonym uśmiechem. Spojrzenie Anastazji przesunęło się w pierwszej kolejności po jego dłoniach, bo przecież po dłoniach najprędzej widać było oznaki starzenia się: starcze plamy, marszczenia zwiotczałej z wiekiem skóry... A jednak rozproszył ją widok błyskotek, widok suto przyobleczonych w biżuterię palców przypominających wieprzowe kiełbaski, które wcześniej pokroiła w maciupeńkie kawałeczki i zjadła, choć spływały opalizującym tłuszczem, a nie przepysznym połyskiem pierścieni i sygnetów. Już na sam widok ciekła jej ślinka.
"Mam do zaprezentowania pani kilka interesujących znalezisk. Podarków, można by było powiedzieć."
– Doprawdy? – zapytała, obrzydliwe lepkim głosem, nie odrywając choćby na chwilę wzroku od dłoni herr Rookwooda, jak nazywała go w myślach, odkąd zaczęła podejrzewać go o niecne zamiary w stosunku do swojej osoby. "Mieć panią na wyłączność", powiedział. Czy ona była jego utrzymanką, żeby mógł ją mieć na wyłączność? A jednak oblizała mimowolnie usta. Nie było w końcu większej świętości ponad własność prywatną.
Please don't go
I'll eat you whole
I'll eat you whole