Prudence już raz nie zdążyła udzielić pomocy komuś na kim jej zależało, obiecała sobie, że więcej się to nie powtórzy, nie na jej warcie, najwyraźniej jednak musiała się przygotować na różne ewentualności. Naturalnie przychodziło jej korzystanie ze swoich umiejętności, to nie było nic wielkiego, w końcu skoro zajmowała się tym zawodowo to jaki był problem, aby od czasu do czasu udzieliła pomocy najbliższym? Żaden, nie traktowała tego jako ciężaru, raczej jako drobny profit, który wiązał się z posiadaniem uzdrowiciela w swoim gronie, jedną z niewielkich rzeczy jakie miała do zaoferowania dla innych, zresztą nigdy nie czuła, aby było zbyt wiele poza tym.
Nie należała jednak do osób, które miały w zwyczaju naciskać, może ją to irytowało, bo przecież gdyby sama zajęła się problemem to miałaby pewność, że zostanie odpowiednio rozwiązany, co w przypadku uszkodzeń ciała było raczej dość istotne, ale dała mu przestrzeń, jakoś sobie radził, kiedy był z dala od nich wszystkich, szkoda jednak, że skoro już miał wokół siebie ludzi, którzy się w tym specjalizowali to nadal wolał zajmować się sobą sam. Pewnie miał ku temu swoje powody, nie mogło być inaczej, ale trochę ją wkurzyło, że odrzucał wyciągniętą dłoń, szczególnie, że na pewno zdawał już sobie sprawę z tego, że jej na nim zależało, a więc to było raczej całkiem normalnym podejściem.
Właśnie dlatego odsunęła się i przystanęła przy tym nieszczęsnym parapecie, miała wrażenie, że dystans może jej pomóc opanować emocje, które się w niej kłębiły, czuła się trochę bezsilna, a bardzo tego nie lubiła. Naprawdę próbowała zrobić, co w jej mocy, aby on nie czuł się przytłoczony jej obecnością, która najwyraźniej w tej chwili była zbędna. Wolał zostać sam, wydawało jej się to całkiem proste, nie, żeby jakoś szczególnie to analizowała.
Dotarło do niej to, że ubodło go to iż odezwała się do Greengrassa, musiał jej to jednak wybaczyć, dała się sprowokować, wyjątkowo zirytował ją jego ton głosu, i próby wbijania drobnych szpilek, które jej zdaniem były zupełnie niepotrzebne - właśnie jej zdaniem, mogła się zamknąć. Nie powinna zareagować, ale to zrobiła, ostatnio brakowało jej zwyczajnego opanowania i dystansu.
- Jak dotąd to Ty, Ty mnie ratowałeś. - Rzuciła w eter, dość cicho, zaciągając się przy tym dymem. W przeciągu tych kilku tygodni zdarzyło się to przecież wiele razy, on jej pomagał, nie zapominała o tym, nie umykało jej to. Robił to zupełnie bezinteresownie, od samego początku.
- Nie zawsze i nie wszędzie, tylko wtedy, gdy faktycznie będę mogła to zrobić, kiedy będę przydatna. - Nie miała jakichś dziwnych tendencji, nie zamierzała stać się jego obrońcą, ale przecież znajdowały się dziedziny, w których jej wsparcie mogło być przydatne, to wydawało jej się całkiem logiczne, że skoro postanowili trwać przy sobie nawet tylko tymczasowo, że mogła się na coś przydać, tak po prostu. Nie było to nic wielkiego.
Najwyraźniej wolał, żeby trzymała się z boku, nie komentowała, może udawała, że nie widzi? Liczyła na trochę większe zaufanie, ale gdy ktoś raz się sparzył nie chciał tego przeżywać ponownie, naprawdę starała się to zrozumieć, zaakceptować, chociaż to nie było wcale takie proste, bo troska pojawiała się naturalnie, kiedy jej na kimś zależało.
Wyszedł na balkon. Bletchley spoglądała przez chwilę na pustą sypialnię, odetchnęła głęboko, nie była przygotowana na to, co się stało. Powinna była odpuścić, tylko, że to wcale nie przychodziło jej tak łatwo. Ledwie w nocy mówili o tym, że jeśli pojawią się wątpliwości, jakiekolwiek to powinni rozmawiać, był to chyba jeden z takich momentów. Nie zastanawiała się szczególnie długo, poszła za nim na ten balkon, przystanęła na zewnątrz, oparła się o ścianę, nie odzywała się jednak, bo próbowała zebrać swoje myśli w słowa, a że było ich wiele to zajęło jej to chwilę.
- Mam w zwyczaju dbać o swoich bliskich, to odruch, szczególnie, że nie jest tych osób zbyt wiele. - Nie kryła się z tym, że tak było, wcale nie tak łatwo do niej dotrzeć, znaleźć się wśród grona osób, które ją obchodziły. - To nie jest walka, nigdy nie będzie, bo nie jestem wojowniczką Benjy. - Nie widziała powodu, aby nie mówić o tym w głos. - Troska nie jest równa ratunkowi, nie zawsze. - Ton jej głosu był całkiem spokojny, mówiła cicho nie chcąc zwracać na siebie niepotrzebnej uwagi, jej słowa miały dotrzeć tylko do uszu Benjy'ego.
- Jeśli nie chcesz, żebym reagowała to się dostosuję, chociaż nie będzie to dla mnie łatwe. - Naprawdę starała się zrozumieć jego podejście, było to dla niej trudne, bo trochę przeczyło jej naturze, nie do końca potrafiła sobie wyobrazić, że miałaby ignorować jego ewentualne problemy, ale postanowiła spróbować. Jeśli to miało sprawić, że będzie się czuł lepiej...
Confusion in her eyes that says it all
She's lost control