09.09.2025, 11:25 ✶
Widzę, że nie wiesz o czym mówisz - uśmiech na ustach Quirrel zdawał się nieznacznie poszerzyć. Słuchała słów Lyssy z rosnącym rozbawieniem, które jednak nie jawiło się na jej twarzy, bo ta zdawała się wciąż niewzruszona, wciąż uśmiechnięta w ten sam sposób.
Ah, jak kochała takich ludzi. Rozpieszczone czystokrwiste panienki, których ego szorowało po szklanym suficie.
-Być może tak właśnie jest... - zerknęła w jej kierunku, niezbyt przejęta jej oburzeniem. A być może nie jesteś tak ważna jak sądzisz - dopowiedziały jej myśli, aczkolwiek nie rzekła ani słowa. Nie chciała wdawać się w zbędną pyskówkę, która nie zaowocowałaby niczym czemu warto by poświęcić uwagę i energię. Pewnie oczekiwała, że jej przyklaśnie, a być może przeprosi za zachowanie dyrektora - chociaż nie czuła się odpowiedzialna za jego potknięcia. To On się umawiał, nie Ona - a jednak to Ona dostawała rykoszetem bo pojawiła się w złym miejscu, o złym czasie.
Nie chciała wyrabiać sobie zbyt wcześnie opinii o Dolohov, w końcu jej nie znała, aczkolwiek ta bardzo się starała wpasować w ten jeden konkretny rysopis. Szczególnie gdy zaczęła robić wycieczki personalne, bazując na wysnutych na kolanie teoriach, próbując uderzyć, skrzywdzić, zostawić rysę na szkle z osobistych pobudek tak błahych i nieistotnych. Jednakże ten kto przeżył sztorm, nie zlęknie się wiatru - toteż jej docinki nie trafiały. A mało to było takich w historii jej życia? Takich, przy których Lyssa wypada na anioła.
-Myślę, że Ekstaza to tylko żałosna przypinka Merlina, moja droga, która zniknie w jego blasku i przez to idealnie do niej pasuje, wiesz? Bo Loretta świeci światłem odbitym, nie własnym - rzuciła lekko, nie przejmując się podgryzaniem dziewczyny -To twoje myśli... ale widzisz, każdy może myśleć i zakładać co chce...- przeszła kawałek, rozkładając dłonie, stwierdzając, że skoro Lyssa odrzuciła jej grzeczności, to może zacząć próbę, a w zasadzie to rozgrzewkę -Ja zakładałam na przykład, że panienki z dobrego domu znają zasady savoir-vivre i mają coś więcej do zaoferowania niż bogatego tatusia, zabawne prawda?- z jej ust wydobył się chichot - A to tak często się nie sprawdza... - cmoknęła z niejakim zawodem, wirując- Powinnaś takowe poobserwować, moja droga, a zauważysz przezabawny schemat - zatrzymała się, stając na piętach.
Słysząc jej ostatnią uwagę, jej uśmiech nabrał kocich barw, przechyliła głowę w bok, a orzechowe loki przesypały się na jej ramię
-Tak będzie - rozłożyła dłonie, aby teatralnie się ukłonić - Tylko spróbuj za bardzo się nie zauroczyć, moja droga...
Czy żywiła urazę do młodej Dolohov? Nie, mimo że swoim zachowaniem wpisywała się w schemat ludzi, którymi Quirrell raczej gardziła, to starała się nie wyrabiać sobie opinii o ludziach zbyt szybko, wiedząc, że pod głośnymi krzykami i krytycznymi spojrzeniami mogło kryć się coś więcej. Coś wartego uwagi, coś co odróżniałoby Lysse od napuszonych arystokratek, których największym osiągnięciem są bogaci rodzice, bez których nie mieliby zbyt wiele do zaoferowania. Co prawda nigdy nie ujmowała Lauretcie ciężkiej pracy, a jednak czy był powód do przesadnego zachwytu, gdy całe życie wszystko podsuwano jej pod nos? Czy gdyby nie to, że urodziła się tam gdzie się urodziła to byłaby w tym samym miejscu? Bez znajomości i funduszy? Czy byłaby w stanie to wszystko osiągnąć sama? Czy gdyby jej nazwisko nie świeciło za jej plecami to byłaby dokładnie w tym samym miejscu? Lauretta świeciła światłem odbitym, światłem tych którzy stali za nią. I może gdyby było w niej ciut więcej pokory, ciut więcej wdzięczności - ale tych chyba na próżno było szukać. Na próżno było też szukać zrozumienia wśród tych, którzy nigdy nie zrozumieją jak wyboista i kosztowna potrafi być droga niektórych.
Ah, jak kochała takich ludzi. Rozpieszczone czystokrwiste panienki, których ego szorowało po szklanym suficie.
-Być może tak właśnie jest... - zerknęła w jej kierunku, niezbyt przejęta jej oburzeniem. A być może nie jesteś tak ważna jak sądzisz - dopowiedziały jej myśli, aczkolwiek nie rzekła ani słowa. Nie chciała wdawać się w zbędną pyskówkę, która nie zaowocowałaby niczym czemu warto by poświęcić uwagę i energię. Pewnie oczekiwała, że jej przyklaśnie, a być może przeprosi za zachowanie dyrektora - chociaż nie czuła się odpowiedzialna za jego potknięcia. To On się umawiał, nie Ona - a jednak to Ona dostawała rykoszetem bo pojawiła się w złym miejscu, o złym czasie.
Nie chciała wyrabiać sobie zbyt wcześnie opinii o Dolohov, w końcu jej nie znała, aczkolwiek ta bardzo się starała wpasować w ten jeden konkretny rysopis. Szczególnie gdy zaczęła robić wycieczki personalne, bazując na wysnutych na kolanie teoriach, próbując uderzyć, skrzywdzić, zostawić rysę na szkle z osobistych pobudek tak błahych i nieistotnych. Jednakże ten kto przeżył sztorm, nie zlęknie się wiatru - toteż jej docinki nie trafiały. A mało to było takich w historii jej życia? Takich, przy których Lyssa wypada na anioła.
-Myślę, że Ekstaza to tylko żałosna przypinka Merlina, moja droga, która zniknie w jego blasku i przez to idealnie do niej pasuje, wiesz? Bo Loretta świeci światłem odbitym, nie własnym - rzuciła lekko, nie przejmując się podgryzaniem dziewczyny -To twoje myśli... ale widzisz, każdy może myśleć i zakładać co chce...- przeszła kawałek, rozkładając dłonie, stwierdzając, że skoro Lyssa odrzuciła jej grzeczności, to może zacząć próbę, a w zasadzie to rozgrzewkę -Ja zakładałam na przykład, że panienki z dobrego domu znają zasady savoir-vivre i mają coś więcej do zaoferowania niż bogatego tatusia, zabawne prawda?- z jej ust wydobył się chichot - A to tak często się nie sprawdza... - cmoknęła z niejakim zawodem, wirując- Powinnaś takowe poobserwować, moja droga, a zauważysz przezabawny schemat - zatrzymała się, stając na piętach.
Słysząc jej ostatnią uwagę, jej uśmiech nabrał kocich barw, przechyliła głowę w bok, a orzechowe loki przesypały się na jej ramię
-Tak będzie - rozłożyła dłonie, aby teatralnie się ukłonić - Tylko spróbuj za bardzo się nie zauroczyć, moja droga...
Czy żywiła urazę do młodej Dolohov? Nie, mimo że swoim zachowaniem wpisywała się w schemat ludzi, którymi Quirrell raczej gardziła, to starała się nie wyrabiać sobie opinii o ludziach zbyt szybko, wiedząc, że pod głośnymi krzykami i krytycznymi spojrzeniami mogło kryć się coś więcej. Coś wartego uwagi, coś co odróżniałoby Lysse od napuszonych arystokratek, których największym osiągnięciem są bogaci rodzice, bez których nie mieliby zbyt wiele do zaoferowania. Co prawda nigdy nie ujmowała Lauretcie ciężkiej pracy, a jednak czy był powód do przesadnego zachwytu, gdy całe życie wszystko podsuwano jej pod nos? Czy gdyby nie to, że urodziła się tam gdzie się urodziła to byłaby w tym samym miejscu? Bez znajomości i funduszy? Czy byłaby w stanie to wszystko osiągnąć sama? Czy gdyby jej nazwisko nie świeciło za jej plecami to byłaby dokładnie w tym samym miejscu? Lauretta świeciła światłem odbitym, światłem tych którzy stali za nią. I może gdyby było w niej ciut więcej pokory, ciut więcej wdzięczności - ale tych chyba na próżno było szukać. Na próżno było też szukać zrozumienia wśród tych, którzy nigdy nie zrozumieją jak wyboista i kosztowna potrafi być droga niektórych.