19.02.2023, 02:21 ✶
Leżąc na ziemi, Ulysses czuł swoją własną, ciepłą krew spływającą mu po ręku na piach. Chyba przez adrenalinę, ale ból jeszcze nie nadchodził. Zamiast niego bał się. Okropnie się bał. I znowu nie rozumiał, co się właśnie stało. Dlaczego został zaatakowany? Czy to była jakaś zemsta na nim, za to co robił w Ministerstwie Magii? Ale kto się mścił? A może chodziło o ojca? Może to jakaś zemsta na jego ojcu?
Odruchowo zasłaniał się rękoma, zwinął w kłębek by ochronić brzuch przed nożem. Czemu profesorowie z Luwru nie reagowali? Pojawienie się Cathala przyniosło Ulyssesowi chwilową ulgę. Chwilową, bo zaledwie kilka sekund później, choć przestała już mu grozić śmierć z ręki szalonego napastnika, cały namiot zawalił się im na głowy.
***
Ulysses klęczał na rozmokłej ziemi. Palce wbijały mu się w igliwie. Był w lesie. Była noc. Była burza. Błyskawice rozjaśniały niebo. Zacinał narowisty deszcz. Bolała go krwawiąca ręka, opuchnięta szyja i niewielkie rany, które miał po niedawno stoczonej walce.
Pamięć miał mętną. Niezbyt jasną. Nie do końca wiedział czemu walczył i z kim walczył. Mętne wspomnienia poprzednich snów mieszały mu się z obecnym. Tak jakby wiedział, że był na weselu i w Egipcie, ale w chwili, w której klęczał, nie wiedział jeszcze że ciągle śnił. Wiedział, że działo się z nim coś złego. Całe jego ciało informowało go o tym bólem i zmęczeniem. I tą paranoją, która podpowiadała mu, że musi wstać, czym prędzej wstać i uciekać, uciekać jak najszybciej, bo za chwilę ktoś go dopadnie. Dopadnie i zniszczy.
Podniósł się z ziemi. Całe ubranie miał przemoknięte od wody. Kiedy zaczął iść, rozglądał się ze strachem na boki. Szukał miejsca, za którym mógłby się skryć, jakiegoś wyjścia, ujścia. Nie miał różdżki. Z jakiegoś powodu nie wziął jej ze sobą. Zawsze brał, ale ten jeden raz, ten jeden raz musiał zostawić…
- Dość tego. To już za długo trwa – usłyszał dobiegający do niego męski głos. Dziwnie znajomy męski głos. Jakby już go słyszał. I to nie raz w ciągu ostatnich dni.
Ulysses obejrzał się za siebie, by w błysku błyskawicy dostrzec podążającego jego tropem mężczyznę w średnim wieku. Znał go, wszystkie zmysły krzyczały za nim, że go znał. Ten przeklęty człowiek już próbował go zamordować.
- Nie, nie myszko. Tym razem mi nie uciekniesz! – krzyknął.
Rookwood poczuł jak został poderwany w górę i z impetem uderzył w jedno z drzew. Poczuł nowy ból, tym razem taki, który odczuwa się po ciosie pałką. Odruchowo próbował wstać, a przynajmniej ruszyć się na tyle, by dalej uciekać, ale czuł, że długo tego nie zniesie.
Jego oprawca zbliżał się nieubłaganie.
Odruchowo zasłaniał się rękoma, zwinął w kłębek by ochronić brzuch przed nożem. Czemu profesorowie z Luwru nie reagowali? Pojawienie się Cathala przyniosło Ulyssesowi chwilową ulgę. Chwilową, bo zaledwie kilka sekund później, choć przestała już mu grozić śmierć z ręki szalonego napastnika, cały namiot zawalił się im na głowy.
***
Ulysses klęczał na rozmokłej ziemi. Palce wbijały mu się w igliwie. Był w lesie. Była noc. Była burza. Błyskawice rozjaśniały niebo. Zacinał narowisty deszcz. Bolała go krwawiąca ręka, opuchnięta szyja i niewielkie rany, które miał po niedawno stoczonej walce.
Pamięć miał mętną. Niezbyt jasną. Nie do końca wiedział czemu walczył i z kim walczył. Mętne wspomnienia poprzednich snów mieszały mu się z obecnym. Tak jakby wiedział, że był na weselu i w Egipcie, ale w chwili, w której klęczał, nie wiedział jeszcze że ciągle śnił. Wiedział, że działo się z nim coś złego. Całe jego ciało informowało go o tym bólem i zmęczeniem. I tą paranoją, która podpowiadała mu, że musi wstać, czym prędzej wstać i uciekać, uciekać jak najszybciej, bo za chwilę ktoś go dopadnie. Dopadnie i zniszczy.
Podniósł się z ziemi. Całe ubranie miał przemoknięte od wody. Kiedy zaczął iść, rozglądał się ze strachem na boki. Szukał miejsca, za którym mógłby się skryć, jakiegoś wyjścia, ujścia. Nie miał różdżki. Z jakiegoś powodu nie wziął jej ze sobą. Zawsze brał, ale ten jeden raz, ten jeden raz musiał zostawić…
- Dość tego. To już za długo trwa – usłyszał dobiegający do niego męski głos. Dziwnie znajomy męski głos. Jakby już go słyszał. I to nie raz w ciągu ostatnich dni.
Ulysses obejrzał się za siebie, by w błysku błyskawicy dostrzec podążającego jego tropem mężczyznę w średnim wieku. Znał go, wszystkie zmysły krzyczały za nim, że go znał. Ten przeklęty człowiek już próbował go zamordować.
- Nie, nie myszko. Tym razem mi nie uciekniesz! – krzyknął.
Rookwood poczuł jak został poderwany w górę i z impetem uderzył w jedno z drzew. Poczuł nowy ból, tym razem taki, który odczuwa się po ciosie pałką. Odruchowo próbował wstać, a przynajmniej ruszyć się na tyle, by dalej uciekać, ale czuł, że długo tego nie zniesie.
Jego oprawca zbliżał się nieubłaganie.