09.09.2025, 17:21 ✶
Jonathan uśmiechnął się smutno, podszedł do kuchennej szafki i wyciągnął z niej dobry alkohol na specjalną okazję a także dwa kieliszki, które następnie postawił przed Lottie, niczym zbyt teatralny kelner w gustownej restauracji, aż wreszcie podszedł do krzesła obok i położył dłonie na jego oparciu.
– Naprawdę Lottie, jestem wybitnym kłamcą jeśli tego wymaga sytuacja. Prędzej podejrzewaliby Ministrę Magii o współudział w twojej zemście, niż mnie – powiedział połowicznie urażony naprawdę, a połowicznie wcale nie aż tak znowu urażony jej słowami. Zaraz jednak bardzo szybko spoważniał. – Wiem – powiedział już nieco ciszej, przyglądając się swoim dłoniom, które na szczęście nie ucierpiały w pożarze. Widział płonącą kamienicę, a obraz stojacego nieopodal Jessiego zdecydowanie wyrył mu się w pamięci. – Ale nie mogę nie rozumieć jego chęci ratowania mieszkania. Przynajmniej nie biegał potem po Londynie. Bo na przykład Anthony i Morpheus... Szczęśliwie nic im nie jest.
Szczęśliwie nikomu nic nie było. Szczęśliwie... Na Merlina przecież to, że wszyscy żyli było kwestią niewiarygodnego wręcz szczęścia.
Wreszcie usiadł na krześle obok niej i westchnął ciężko, przejeżdżając palcami po włosach.
– Nawet tak nie żartuj – burknął w udawanym oburzeniu, profilaktycznie jednak sprawdzając na oślep, czy aby przypadkiem nie czuł żadnej plamy gołej skóry pod palcami. – I nie robiłem głupich rzeczy. Robiłem tylko to co do mnie należało. Anthony robił głupie rzeczy. Morpheus... wciąż się zastanawiał, czy Morpheus robił głupie rzeczy, ale jeśli chodziło o Jonathana to żadna decyzja którą dzisiaj podjął nie należała do głupich.
– Naprawdę Lottie, jestem wybitnym kłamcą jeśli tego wymaga sytuacja. Prędzej podejrzewaliby Ministrę Magii o współudział w twojej zemście, niż mnie – powiedział połowicznie urażony naprawdę, a połowicznie wcale nie aż tak znowu urażony jej słowami. Zaraz jednak bardzo szybko spoważniał. – Wiem – powiedział już nieco ciszej, przyglądając się swoim dłoniom, które na szczęście nie ucierpiały w pożarze. Widział płonącą kamienicę, a obraz stojacego nieopodal Jessiego zdecydowanie wyrył mu się w pamięci. – Ale nie mogę nie rozumieć jego chęci ratowania mieszkania. Przynajmniej nie biegał potem po Londynie. Bo na przykład Anthony i Morpheus... Szczęśliwie nic im nie jest.
Szczęśliwie nikomu nic nie było. Szczęśliwie... Na Merlina przecież to, że wszyscy żyli było kwestią niewiarygodnego wręcz szczęścia.
Wreszcie usiadł na krześle obok niej i westchnął ciężko, przejeżdżając palcami po włosach.
– Nawet tak nie żartuj – burknął w udawanym oburzeniu, profilaktycznie jednak sprawdzając na oślep, czy aby przypadkiem nie czuł żadnej plamy gołej skóry pod palcami. – I nie robiłem głupich rzeczy. Robiłem tylko to co do mnie należało. Anthony robił głupie rzeczy. Morpheus... wciąż się zastanawiał, czy Morpheus robił głupie rzeczy, ale jeśli chodziło o Jonathana to żadna decyzja którą dzisiaj podjął nie należała do głupich.