09.09.2025, 20:51 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.09.2025, 21:06 przez Anastasia Dolohov-Burke.)
"Podobno nie ma na świecie nic słodszego od wspomnień."
– Podobno – odpowiedziała chłodno Anastazja, ściągnąwszy uszminkowane na karminowo usta w wąską kreskę. Choć dotąd sączyła wino w ciszy, wychyliła jego resztkę jednym haustem, ledwie herr Rookwood przesunął zdobione puzderko w jej stronę. Pomalowanymi na czerwono paznokciami podważyła wieczko z kości słoniowej. Zrobiła to ostrożnie, uważając, aby jej dłonie nie zetknęły się przypadkiem z dłońmi mężczyzny. Nie umknęła oczom Anastazji stara obrączka, którą nosił na serdecznym palcu. Jej własna obrączka spoczywała od lat na dnie jej żołądka. Zastanawiała się, jaką zrobiłby minę, gdyby wykaszlała ją na oddzielający ich od siebie blat stolika klubu dla dżentelmenów. Czy bardziej byłby zakłopotany wydostającym się z jej gardła rzężeniem, którym zwróciłaby na siebie uwagę wszystkich, czy wyjątkowo niską próbą złota, użytego w porównaniu do wykonania jego obrączki? U boku swej świętej pamięci męża zdążyła przecież poznać tajniki sztuki jubileryjnej na tyle, aby wiedzieć, że złoto, jako metal szlachetny, nie powinno, ot tak, pokrywać się warstwą śniedzi... Chyba, że miało w sobie wiele zbyt wiele domieszek śmieci. Zadziwiająco delikatnymi wydawały się jej palce, gdy obracała między nimi wysadzany diamentami naszyjnik, a jednak było w ich ruchach coś pożądliwego. Jak gdyby zastanawiała, z której strony wgryźć się w leżący przed nią smakołyk. Srebro nie było słodkie. Zbyt łatwo przesiąkało smakiem innych towarzyszących mu metali. Słodkimi były jednak brylanty, a szafir smakował sorbetem z jeżyn, czarnych porzeczek, wymieszanym z lawendowym dżemem. – Zapewniam pana, że wspomnienia posiadają zdecydowanie większy wachlarz dostępnych smaków, aniżeli lody w tutejszym menu deserów... Niechże będą truskawkowe, skoro nie mam innego wyboru – zwróciła się zrzędliwie do kelnera, który z przesadną usłużnością pojawił się przy ich stoliku, coby upewnić się, czy państwo nie życzą sobie zamówić niczego więcej. – Poproszę z kapką sorbetu z porzeczki, karmelizowanymi gruszkami, a wszystko polane syropem malinowym. Posypka z płatków lawendy... Nie macie lawendy? No dobrze, niech będzie róża. A pan, panie Rookwood?
Pożegnała kelnera oszczędnym uśmiechem, który nie sięgnął jednak jej oczu, na powrót skupiając całą uwagę na siedzącym przed nią mężczyźnie. Słuchała opowieści Alberta w milczeniu, przeniósłszy wzrok z opierścienionych dłoni prosto na jego twarz... Przynajmniej dopóki nie przeszedł do opowiadania o losach małżeństwa Rathbone.
Wtedy spuściła wzrok z powrotem na naszyjnik, próbując powstrzymać odruch wymiotny.
– W mojej rodzinie, dar trzeciego oka przekazywany jest z pokolenia na pokolenie – odezwała się w końcu, próbując powstrzymać mdłości. Miała nadzieję, że nie pozieleniała na twarzy, zieleń nie pasowałaby do odcienia jej szminki, odcinając się nieprzyzwoicie na tle burgundowej szaty. Tylko jej palce wciąż gładziły zazdrośnie czarny aksamit, którym wyłożone było puzderko, jak gdyby odnajdowała w tym geście spokój. – Wiele jest pośród nas jasnowidzów, moja młodsza siostra jest aurowidzem, a mnie zawsze powtarzano, że posiadam predyspozycje ku widmowidzeniu... Widmowidzenie nie bez powodu określane jest mianem "widzenia przeszłości". Pozwala na przywoływanie wspomnień powiązanych z podobnymi pamiątkami. Nigdy nie interesowało mnie rozwijanie rodzinnego daru. A jednak... – Usta Anastazji wykrzywiły się w wymuszonym uśmiechu, którego utrzymanie wymagało od niej wielkiego opanowania. Westchnęła głęboko, maskując uroczą niepewnością względem swoich talentów strach, jaki ogarnął ją na myśl o pomarszczonej parce staruchów. "Zgarbieni", mówił Albert, "powykręcani", a jego pełne wargi poruszały się jakby w zwolnionym tempie, w posuwistym rytmie, przypominającym ruchy kopulujących lędźwi, "same kości i obwisła skóra". – ...A jednak chciałabym poznać historię miłości małżeństwa Rathbone'ów. Historię miłości tak wielkiej, że przywodzi ku szaleństwu. Bo ja, panie Rookwood, sądzę, że miłość to szaleństwo. A jak pan sądzi? Czy, może lepszym byłoby zapytać, jak sądzi pańska żona?
Głośno przełknęła. Dopiero wtedy odważyła się z powrotem podnieść na niego oczy.
– Podobno – odpowiedziała chłodno Anastazja, ściągnąwszy uszminkowane na karminowo usta w wąską kreskę. Choć dotąd sączyła wino w ciszy, wychyliła jego resztkę jednym haustem, ledwie herr Rookwood przesunął zdobione puzderko w jej stronę. Pomalowanymi na czerwono paznokciami podważyła wieczko z kości słoniowej. Zrobiła to ostrożnie, uważając, aby jej dłonie nie zetknęły się przypadkiem z dłońmi mężczyzny. Nie umknęła oczom Anastazji stara obrączka, którą nosił na serdecznym palcu. Jej własna obrączka spoczywała od lat na dnie jej żołądka. Zastanawiała się, jaką zrobiłby minę, gdyby wykaszlała ją na oddzielający ich od siebie blat stolika klubu dla dżentelmenów. Czy bardziej byłby zakłopotany wydostającym się z jej gardła rzężeniem, którym zwróciłaby na siebie uwagę wszystkich, czy wyjątkowo niską próbą złota, użytego w porównaniu do wykonania jego obrączki? U boku swej świętej pamięci męża zdążyła przecież poznać tajniki sztuki jubileryjnej na tyle, aby wiedzieć, że złoto, jako metal szlachetny, nie powinno, ot tak, pokrywać się warstwą śniedzi... Chyba, że miało w sobie wiele zbyt wiele domieszek śmieci. Zadziwiająco delikatnymi wydawały się jej palce, gdy obracała między nimi wysadzany diamentami naszyjnik, a jednak było w ich ruchach coś pożądliwego. Jak gdyby zastanawiała, z której strony wgryźć się w leżący przed nią smakołyk. Srebro nie było słodkie. Zbyt łatwo przesiąkało smakiem innych towarzyszących mu metali. Słodkimi były jednak brylanty, a szafir smakował sorbetem z jeżyn, czarnych porzeczek, wymieszanym z lawendowym dżemem. – Zapewniam pana, że wspomnienia posiadają zdecydowanie większy wachlarz dostępnych smaków, aniżeli lody w tutejszym menu deserów... Niechże będą truskawkowe, skoro nie mam innego wyboru – zwróciła się zrzędliwie do kelnera, który z przesadną usłużnością pojawił się przy ich stoliku, coby upewnić się, czy państwo nie życzą sobie zamówić niczego więcej. – Poproszę z kapką sorbetu z porzeczki, karmelizowanymi gruszkami, a wszystko polane syropem malinowym. Posypka z płatków lawendy... Nie macie lawendy? No dobrze, niech będzie róża. A pan, panie Rookwood?
Pożegnała kelnera oszczędnym uśmiechem, który nie sięgnął jednak jej oczu, na powrót skupiając całą uwagę na siedzącym przed nią mężczyźnie. Słuchała opowieści Alberta w milczeniu, przeniósłszy wzrok z opierścienionych dłoni prosto na jego twarz... Przynajmniej dopóki nie przeszedł do opowiadania o losach małżeństwa Rathbone.
Wtedy spuściła wzrok z powrotem na naszyjnik, próbując powstrzymać odruch wymiotny.
– W mojej rodzinie, dar trzeciego oka przekazywany jest z pokolenia na pokolenie – odezwała się w końcu, próbując powstrzymać mdłości. Miała nadzieję, że nie pozieleniała na twarzy, zieleń nie pasowałaby do odcienia jej szminki, odcinając się nieprzyzwoicie na tle burgundowej szaty. Tylko jej palce wciąż gładziły zazdrośnie czarny aksamit, którym wyłożone było puzderko, jak gdyby odnajdowała w tym geście spokój. – Wiele jest pośród nas jasnowidzów, moja młodsza siostra jest aurowidzem, a mnie zawsze powtarzano, że posiadam predyspozycje ku widmowidzeniu... Widmowidzenie nie bez powodu określane jest mianem "widzenia przeszłości". Pozwala na przywoływanie wspomnień powiązanych z podobnymi pamiątkami. Nigdy nie interesowało mnie rozwijanie rodzinnego daru. A jednak... – Usta Anastazji wykrzywiły się w wymuszonym uśmiechu, którego utrzymanie wymagało od niej wielkiego opanowania. Westchnęła głęboko, maskując uroczą niepewnością względem swoich talentów strach, jaki ogarnął ją na myśl o pomarszczonej parce staruchów. "Zgarbieni", mówił Albert, "powykręcani", a jego pełne wargi poruszały się jakby w zwolnionym tempie, w posuwistym rytmie, przypominającym ruchy kopulujących lędźwi, "same kości i obwisła skóra". – ...A jednak chciałabym poznać historię miłości małżeństwa Rathbone'ów. Historię miłości tak wielkiej, że przywodzi ku szaleństwu. Bo ja, panie Rookwood, sądzę, że miłość to szaleństwo. A jak pan sądzi? Czy, może lepszym byłoby zapytać, jak sądzi pańska żona?
Głośno przełknęła. Dopiero wtedy odważyła się z powrotem podnieść na niego oczy.
Please don't go
I'll eat you whole
I'll eat you whole