09.09.2025, 22:19 ✶
Jonathan mógłby mówić długo co mu się dokładnie nie podobało w sukni byłej małżonki swojego kuzyna, a także czemu Robert, w przeciwieństwie do Vanessy, prezentował się doskonale, ale... Ale teraz te wszystkie detale nieco mu umykały, a on zdecydowanie za łatwo rozproszył się tematem miłości i małżeńst.
– Miłość sama w sobie nie jest zła – powiedział wciąż podziwiając swój własny sufit. – Po prostu czasami potrafi... Ugryźć. – Ponownie zachichotał, tym razem głośniej, zapominając że ten żart zrozumie zapewne jedynie Anthony, ale Anthony przecież najprawdopodobniej nie chciał się już śmiać z jego żartów. Poza tym możliwe, że ten żart nie był też aż tak zabawny. – Więc gdy pary nie uważają, pewne, że wszystko będzie zawsze jak w Arkadii, dają się łatwo zaatakować. – Wyciągnął jedną dłoń przed siebie, układając ją w "pysk" zwierzęcia, a potem otworzył palce i na nowo je złączył w udawanym kłapnięciu udawaną paszczą.
Nie tylko małżeństwa się sypią z różnych powodów.
Dłoniowe zwierzę nagle opadło na kanapę, a Jonathan poczuł, że musi szybko zmienić pozycję, więc ponownie podniósł się do siedu i zerknął na Anthony'ego.
Dlaczego tu dzisiaj przyszedłeś Anthony? Dlaczego jesteś tutaj skoro wypominasz mi, że nasza przyjaźń nie jest już taka jak była kiedyś?
– W każdym razie małżeństwo może być sympatyczne o ile tylko uważa się z kim się ten ślub bierze. Ale nie martwcie się panowie. Hannibal ma rację. Możemy sobie ufać. Jeśli znajdzie się kiedyś na waszej drodze jakaś wybranka, jestem pewny, że reszta nauczona pewnymi doświadczeniami odpowiednio upewni się, że nie jest to ktoś kto rujnuje życie – Tu przeniósł spojrzenie na Roberta, jakby licząc, że kuzyn przytaknie jego pomysłowi. A potem nagle, wiedziony jakimś dziwnym impulsem, zerwał się ze swojej kanapy, dopił do końca zawartość swojej szklanki i dosiadł się do Croucha.
– Wiesz co Robercie? – zaczął, obejmując kuzyna ramieniem. – Masz rację. Jesteś ważnym urzędnikiem. Jesteś szalenie ważnym urzędnikiem.
O co mu chodziło? Sam nie był już pewny.
Jednakże cokolwiek dalej chciał powiedzieć przerwało mu to ciało Hannibala bardzo blisko ciała Anthony'ego. To znaczy Hannibal udający węża, który był bardzo blisko Anthony'ego. Nie że to był problem. Po prostu jakoś go to rozproszyło.
Podobnie zresztą jak wylatujące z miski Roberta ciastka, które najpierw trafiły do ust Hannibala, a następnie na podłogę.
I w tym momencie do salonu wszedł skrzat domowy Mercutio niosąc na tacy dzbanek pełen herbaty i pasujący do niego zestaw ozdobiony jesiennymi motywami. Skrzat jedynie rzucił okiem na bałagan i bez słowa zniknął, aby zaraz wrócić z kolejną porcją ciastek, tym razem czekoladowych, a potem wyszedł całkiem rozsądnie zakładając, że posprząta później, jakby któryś z gości Selwyna postanowił jeszcze bardziej nabroić.
– Miłość sama w sobie nie jest zła – powiedział wciąż podziwiając swój własny sufit. – Po prostu czasami potrafi... Ugryźć. – Ponownie zachichotał, tym razem głośniej, zapominając że ten żart zrozumie zapewne jedynie Anthony, ale Anthony przecież najprawdopodobniej nie chciał się już śmiać z jego żartów. Poza tym możliwe, że ten żart nie był też aż tak zabawny. – Więc gdy pary nie uważają, pewne, że wszystko będzie zawsze jak w Arkadii, dają się łatwo zaatakować. – Wyciągnął jedną dłoń przed siebie, układając ją w "pysk" zwierzęcia, a potem otworzył palce i na nowo je złączył w udawanym kłapnięciu udawaną paszczą.
Nie tylko małżeństwa się sypią z różnych powodów.
Dłoniowe zwierzę nagle opadło na kanapę, a Jonathan poczuł, że musi szybko zmienić pozycję, więc ponownie podniósł się do siedu i zerknął na Anthony'ego.
Dlaczego tu dzisiaj przyszedłeś Anthony? Dlaczego jesteś tutaj skoro wypominasz mi, że nasza przyjaźń nie jest już taka jak była kiedyś?
– W każdym razie małżeństwo może być sympatyczne o ile tylko uważa się z kim się ten ślub bierze. Ale nie martwcie się panowie. Hannibal ma rację. Możemy sobie ufać. Jeśli znajdzie się kiedyś na waszej drodze jakaś wybranka, jestem pewny, że reszta nauczona pewnymi doświadczeniami odpowiednio upewni się, że nie jest to ktoś kto rujnuje życie – Tu przeniósł spojrzenie na Roberta, jakby licząc, że kuzyn przytaknie jego pomysłowi. A potem nagle, wiedziony jakimś dziwnym impulsem, zerwał się ze swojej kanapy, dopił do końca zawartość swojej szklanki i dosiadł się do Croucha.
– Wiesz co Robercie? – zaczął, obejmując kuzyna ramieniem. – Masz rację. Jesteś ważnym urzędnikiem. Jesteś szalenie ważnym urzędnikiem.
O co mu chodziło? Sam nie był już pewny.
Jednakże cokolwiek dalej chciał powiedzieć przerwało mu to ciało Hannibala bardzo blisko ciała Anthony'ego. To znaczy Hannibal udający węża, który był bardzo blisko Anthony'ego. Nie że to był problem. Po prostu jakoś go to rozproszyło.
Podobnie zresztą jak wylatujące z miski Roberta ciastka, które najpierw trafiły do ust Hannibala, a następnie na podłogę.
I w tym momencie do salonu wszedł skrzat domowy Mercutio niosąc na tacy dzbanek pełen herbaty i pasujący do niego zestaw ozdobiony jesiennymi motywami. Skrzat jedynie rzucił okiem na bałagan i bez słowa zniknął, aby zaraz wrócić z kolejną porcją ciastek, tym razem czekoladowych, a potem wyszedł całkiem rozsądnie zakładając, że posprząta później, jakby któryś z gości Selwyna postanowił jeszcze bardziej nabroić.