10.09.2025, 23:18 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.09.2025, 23:19 przez Millie Moody.)
– Ależ oczywiście, że jestem pewna! Sama go czyściłam! Prawie kurwa utonęłam, ale było warto. Staw za dnia jest jeszcze piękniejszy niż w nocy, chociaż… nie chyba jednak w nocy jest piękniejszy – zwątpiła, bo w sumie lubiła to miejsce o każdej porze dnia i miała też małą i cichą nadzieję móc je widzieć przez cały rok, patrzeć jak się zmienia i jak znów rozkwita. – Szczerze mówiąc to nie wiem. Po spalonej… może być tu całkiem tłoczno. Zapytaj Brenki jak ją spotkasz. – O tak! Cudownie było zwalić to na Longbottomównę. Ona wiedziała na pewno co Liszek może wiedzieć a czego nie. Moody przez myśl nawet nie przeszło, że przy obecnych poziomach zabezpieczeń i wtajemniczeń, Prewett nie powinien w ogóle nawet domyślać się o istnieniu Księżycowej rezydencji. Ale tak bardzo chciała mu ją pokazać… tak bardzo chciała pokazać mu…
– Cieszę się, że Ci się podoba. Będzie super zobaczysz, wszystkim wyjdzie na dobre – zapewniła z przekonaniem, bo och, wspomnienie poranka powracało do niej w ciągu dnia i sprawiało, że dawała sobie radę patrząc na zniszczenia i zgliszcza, na wielką, wykurwistą ranę, jaką ten chuj zagwarantował Anglii. Wspomnienie otulało jej serduszko przyjemnym ciepłem i trochę egoistycznie bolało mniej, gdy przyświecała myśl, że jej przyjaciele są cali. I że ma ich obok. I że nawet jeśli znów zacznie śnić o ich śmierci, to będzie mogła się obudzić i uspokoić, że to “obok” jest aktualne i na wskroś rzeczywiste. Zaraz potem temat (o dziwo) powrócił do Thomasa, a dziewczyna nie byłoaby sobą, gdyby zignorowała tak łatwo wyprowadzoną do niej piłkę – Masz na myśli poza rozmową i jego zajebistą dupą, tak? – charakterystyczny uśmiech rozświetlił jej twarz, trochę złośliwy, trochę zaczepny, z pewnością zaś zaciekawiony. – Thomas jest mega przystojny, choć udaje że wcale nie. Ładowałby w Ciebie pączki do oporu. To najbardziej troskliwa buła jaką nosiła ta ziemia. I ma poczucie humoru, które… cóż. Ja wiem jak potrafisz rechotać z moich najbardziej rynsztokowych żartów świata panie intelektualisto, więc jestem przekonana, że znajdziecie wspólny język. – parsknęła, tonem jasno sugerującym dwuznaczność tych języków i tego gdzie mogłyby się znaleźć. I to nie było tak że nagle oberwała z belki w łeb i zapomniała że Tommy dwa... trzy razy już się z nią całował - to były mocno dramatyczne chwile, nawet ta ostatnia i można było ze stuprocentową pewnością powiedzieć że nie był normalny. Z resztą! Wyznał jej miłość. Nie mógł być normalny. Dzika myśl swatania przyjaciół oczywiście pojawiła się ale chwile później zgasła wyparta przez ważniejsze sprawy. Wyszli bowiem z kuchni więc musiała to zrobić. Musiała mu pokazać.
Zatrzymali się w głównym holu, a zmęczona w sumie Miles, nie wiedziała w sumie jak to zrobić i powiedzieć i w ogóle czy to miało sens, ale pieprznęła go w bark i kiwnęła głową w górę, gdzie pysznił się strop. Granat obsiany gwiazdami przechodził w blady róż świtu na wschodzie, gdzie realnie było wschodnie skrzydło domostwa. Praca wciąż trwała, przerwana zapewne na nieco dłużej z powodu… odbudowy i malowania innych przestrzeni… ale Moody aż pęczniała z dumy zdając się mieć te kilka centymetrów więcej.
– Jaki… jaki chciałbyś mieć gwiazdozbiór? Wiesz chciałabym… nie wiem jeszcze do końca jak to zrobić, ale chciałabym, żeby każdy miał jakiś i żeby jak coś… jak coś się dzieje to żeby mógł ostrzec pozostałych, że jest źle. Co myślisz? Może orzeł? Albo łabędź? – zaproponowała, pozwalając mu nasycić oczy sklepieniem, a sobie nasycić oczy nim. To była jak dotąd jej największa praca. Wciąż niedokończona to fakt, ale…
– Cieszę się, że Ci się podoba. Będzie super zobaczysz, wszystkim wyjdzie na dobre – zapewniła z przekonaniem, bo och, wspomnienie poranka powracało do niej w ciągu dnia i sprawiało, że dawała sobie radę patrząc na zniszczenia i zgliszcza, na wielką, wykurwistą ranę, jaką ten chuj zagwarantował Anglii. Wspomnienie otulało jej serduszko przyjemnym ciepłem i trochę egoistycznie bolało mniej, gdy przyświecała myśl, że jej przyjaciele są cali. I że ma ich obok. I że nawet jeśli znów zacznie śnić o ich śmierci, to będzie mogła się obudzić i uspokoić, że to “obok” jest aktualne i na wskroś rzeczywiste. Zaraz potem temat (o dziwo) powrócił do Thomasa, a dziewczyna nie byłoaby sobą, gdyby zignorowała tak łatwo wyprowadzoną do niej piłkę – Masz na myśli poza rozmową i jego zajebistą dupą, tak? – charakterystyczny uśmiech rozświetlił jej twarz, trochę złośliwy, trochę zaczepny, z pewnością zaś zaciekawiony. – Thomas jest mega przystojny, choć udaje że wcale nie. Ładowałby w Ciebie pączki do oporu. To najbardziej troskliwa buła jaką nosiła ta ziemia. I ma poczucie humoru, które… cóż. Ja wiem jak potrafisz rechotać z moich najbardziej rynsztokowych żartów świata panie intelektualisto, więc jestem przekonana, że znajdziecie wspólny język. – parsknęła, tonem jasno sugerującym dwuznaczność tych języków i tego gdzie mogłyby się znaleźć. I to nie było tak że nagle oberwała z belki w łeb i zapomniała że Tommy dwa... trzy razy już się z nią całował - to były mocno dramatyczne chwile, nawet ta ostatnia i można było ze stuprocentową pewnością powiedzieć że nie był normalny. Z resztą! Wyznał jej miłość. Nie mógł być normalny. Dzika myśl swatania przyjaciół oczywiście pojawiła się ale chwile później zgasła wyparta przez ważniejsze sprawy. Wyszli bowiem z kuchni więc musiała to zrobić. Musiała mu pokazać.
Zatrzymali się w głównym holu, a zmęczona w sumie Miles, nie wiedziała w sumie jak to zrobić i powiedzieć i w ogóle czy to miało sens, ale pieprznęła go w bark i kiwnęła głową w górę, gdzie pysznił się strop. Granat obsiany gwiazdami przechodził w blady róż świtu na wschodzie, gdzie realnie było wschodnie skrzydło domostwa. Praca wciąż trwała, przerwana zapewne na nieco dłużej z powodu… odbudowy i malowania innych przestrzeni… ale Moody aż pęczniała z dumy zdając się mieć te kilka centymetrów więcej.
– Jaki… jaki chciałbyś mieć gwiazdozbiór? Wiesz chciałabym… nie wiem jeszcze do końca jak to zrobić, ale chciałabym, żeby każdy miał jakiś i żeby jak coś… jak coś się dzieje to żeby mógł ostrzec pozostałych, że jest źle. Co myślisz? Może orzeł? Albo łabędź? – zaproponowała, pozwalając mu nasycić oczy sklepieniem, a sobie nasycić oczy nim. To była jak dotąd jej największa praca. Wciąż niedokończona to fakt, ale…