11.09.2025, 09:16 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.09.2025, 22:27 przez Gabriel Montbel.)
Ziarno dawało potencjał.
Ziemia musiała jednak chcieć je przyjąć, otulić, ukołysać w swoim łonie.
Obracał w palcach różaną różdżkę, stojąc za nim i obserwując z jaką skutecznością ten dumny i próżny mężczyzna oddaje strzał, prawie nie widząc swojego celu zza mlecznej, magicznej mgły. Gabriel zaś spokojnie sączył sugestię, szeptał słodkie wonią umiłowanych krzewów obietnice, siał ziarno prosto w żyzny umysł, który tęsknił... a może taki który umierał z nudy? A może taki, który konał z ciekawości nowych doświadczeń? To nie była hipnoza, zegarek na łańcuszku ciążył mu w kieszeni, bo nie uważał, żeby trzeba było wyciągać pełny arsenał na uroczego sędziego, gdy wystarczyło odpowiednio ustawione pióro łaskoczące koniuszki nerwów, trzymające go w odpowiednim dystansie, w napięciu, w oczekiwaniu, że kiedyś ten dystans zniknie.
Wzmianka o Ministrze, tylko podbiła stawkę, bo o ile Gabriel nie orientował się w mugolskim świecie, o tyle w magicznym kojarzył nazwisko Jenkins. Istniała więc całkiem spora szansa, że jednorazowa przygoda mogłaby nie mieć żywotności ciętego goździka. Z tym większą subtelnością zasiał ziarno, wyszeptał, złożył w darze u drzwi przedświadomości, piękną paczuszkę z marzeniem. Z obietnicą. Łagodna urokliwa perswazja, nie żeby nie ufał swoim własnym wdziękom, choć po tych kilku latach pogrążenia w mroku własnego umysłu miał poczucie, że w pewnym stopniu wyszedł z wprawy...
Zaraz jednak odrzucił to zwątpienie, gdy nieznajomy zaborczym gestem przyciągnął go do siebie, a w jego oczach rzeczywiście mógł dostrzec czające się szaleństwo i przynaglenie.
Żyzna ziemia. Będziesz w niej bezpieczne moje ziarno...
Nie trzeba było mu też wiele więcej, by zgodnie z obietnicą ułożyć dłoń na policzku mężczyzny i unieść jego twarz delikatnie ku sobie. Owszem, jego skóra była chłodem wieczoru, jakby Robert nie całował drugiego człowieka, a na poły cielistą mgłę, która teraz zdawała się otaczać ich puchową kołdrą, gwarantem prywatności ofiarowanym przez łaskawą noc. Podobnie usta ogrzewały się lekko wargami Crouch'a, gdy w końcu z zaskakującą łagodnością złożyły na nich obiecany pocałunek. Wprawa nie lat, a wielu pokoleń przemawiała przez technikę Montbela, który dyskomfort wynikający z różnic temperatur przemieniał w przyjemną pieszczotę drażniącą nerwy. Druga z dłoni opadła na kształtnym pośladku sędziego, przyciskając mocniej ciało do ciała, trzymając go w pewnym chwycie silnych, kształtowanych żołnierską rutyną ramion.
Strzał musiał zdobyć wyraźnie uznanie nauczyciela, bo ten miast jednego pocałunku, rozwarł usta szerzej i pogłębił go, miękkim językiem zapraszając do tańca, przedstawiając przed sędzią wzrastające spektrum własnych możliwości. Żaru, który mimo dysfunkcji przeklętego ciała, tlił się głębiej i teraz dawał o sobie znać, pozwalając na moment wampirowi zapomnieć, że wypadałoby symulować oddychanie, aby zbytnio nie stresować ptaszyny, która wpadła mu w ręce. Ptaszyny, której melodia serca i jemu mieszała w głowie, pozwalając instynktom na moment, na chwilę wziąć górę, nad całkiem racjonalnym planem i potrzebą nawiązania stosunków trwających dłużej niż jednorazowa kolacja.
Ukłucie nie było bolesne. Znieczulone zimnym kompresem z jego warg, przypominało doświadczenie, w którym ktoś ofiarowuje ci z uznaniem bukiet róż, a ty obierając ów podarunek, zupełnym przypadkiem przebijasz skórę kciuka jednym z ukrytych przy łodyżkach kolców. Ostrych. Długich. Kolców.
Gabriel jednak gdy tylko poczuł słodki metaliczny posmak rozchodzący się po podniebieniu i momentalnie odchylił głowę do tyłu, mrużąc oczy i zaciągając się gwałtownie nocnym powietrzem, jakby degustował wino, które owszem chciałby wypić od razu ale... Nie dbałby tak o dobrostan mugola, który z taką ochotą wszedł w tę skromną pułapkę, ale jeśli jego towarzysz był magiem i to wysoko postawionym urzędnikiem... wypadało zgodnie z prawem i obyczajem przeprosić.
– Wybacz mój piękny nieznajomy. Zdarza mi się tak czasem, gdy zapomnę się w chwili, zwłaszcza zatopionej w tak czarującym towarzystwie... – westchnął ciężko, spoglądając na mężczyznę spod półprzymkniętych powiek, uśmiechając się do niego szeroko i tym razem jednak nie kłopocząc się ukrywaniem bardzo pięknych i bardzo nierównych w swej naturze zębów.
Ziemia musiała jednak chcieć je przyjąć, otulić, ukołysać w swoim łonie.
Obracał w palcach różaną różdżkę, stojąc za nim i obserwując z jaką skutecznością ten dumny i próżny mężczyzna oddaje strzał, prawie nie widząc swojego celu zza mlecznej, magicznej mgły. Gabriel zaś spokojnie sączył sugestię, szeptał słodkie wonią umiłowanych krzewów obietnice, siał ziarno prosto w żyzny umysł, który tęsknił... a może taki który umierał z nudy? A może taki, który konał z ciekawości nowych doświadczeń? To nie była hipnoza, zegarek na łańcuszku ciążył mu w kieszeni, bo nie uważał, żeby trzeba było wyciągać pełny arsenał na uroczego sędziego, gdy wystarczyło odpowiednio ustawione pióro łaskoczące koniuszki nerwów, trzymające go w odpowiednim dystansie, w napięciu, w oczekiwaniu, że kiedyś ten dystans zniknie.
Wzmianka o Ministrze, tylko podbiła stawkę, bo o ile Gabriel nie orientował się w mugolskim świecie, o tyle w magicznym kojarzył nazwisko Jenkins. Istniała więc całkiem spora szansa, że jednorazowa przygoda mogłaby nie mieć żywotności ciętego goździka. Z tym większą subtelnością zasiał ziarno, wyszeptał, złożył w darze u drzwi przedświadomości, piękną paczuszkę z marzeniem. Z obietnicą. Łagodna urokliwa perswazja, nie żeby nie ufał swoim własnym wdziękom, choć po tych kilku latach pogrążenia w mroku własnego umysłu miał poczucie, że w pewnym stopniu wyszedł z wprawy...
Zaraz jednak odrzucił to zwątpienie, gdy nieznajomy zaborczym gestem przyciągnął go do siebie, a w jego oczach rzeczywiście mógł dostrzec czające się szaleństwo i przynaglenie.
Żyzna ziemia. Będziesz w niej bezpieczne moje ziarno...
Nie trzeba było mu też wiele więcej, by zgodnie z obietnicą ułożyć dłoń na policzku mężczyzny i unieść jego twarz delikatnie ku sobie. Owszem, jego skóra była chłodem wieczoru, jakby Robert nie całował drugiego człowieka, a na poły cielistą mgłę, która teraz zdawała się otaczać ich puchową kołdrą, gwarantem prywatności ofiarowanym przez łaskawą noc. Podobnie usta ogrzewały się lekko wargami Crouch'a, gdy w końcu z zaskakującą łagodnością złożyły na nich obiecany pocałunek. Wprawa nie lat, a wielu pokoleń przemawiała przez technikę Montbela, który dyskomfort wynikający z różnic temperatur przemieniał w przyjemną pieszczotę drażniącą nerwy. Druga z dłoni opadła na kształtnym pośladku sędziego, przyciskając mocniej ciało do ciała, trzymając go w pewnym chwycie silnych, kształtowanych żołnierską rutyną ramion.
Strzał musiał zdobyć wyraźnie uznanie nauczyciela, bo ten miast jednego pocałunku, rozwarł usta szerzej i pogłębił go, miękkim językiem zapraszając do tańca, przedstawiając przed sędzią wzrastające spektrum własnych możliwości. Żaru, który mimo dysfunkcji przeklętego ciała, tlił się głębiej i teraz dawał o sobie znać, pozwalając na moment wampirowi zapomnieć, że wypadałoby symulować oddychanie, aby zbytnio nie stresować ptaszyny, która wpadła mu w ręce. Ptaszyny, której melodia serca i jemu mieszała w głowie, pozwalając instynktom na moment, na chwilę wziąć górę, nad całkiem racjonalnym planem i potrzebą nawiązania stosunków trwających dłużej niż jednorazowa kolacja.
Ukłucie nie było bolesne. Znieczulone zimnym kompresem z jego warg, przypominało doświadczenie, w którym ktoś ofiarowuje ci z uznaniem bukiet róż, a ty obierając ów podarunek, zupełnym przypadkiem przebijasz skórę kciuka jednym z ukrytych przy łodyżkach kolców. Ostrych. Długich. Kolców.
Gabriel jednak gdy tylko poczuł słodki metaliczny posmak rozchodzący się po podniebieniu i momentalnie odchylił głowę do tyłu, mrużąc oczy i zaciągając się gwałtownie nocnym powietrzem, jakby degustował wino, które owszem chciałby wypić od razu ale... Nie dbałby tak o dobrostan mugola, który z taką ochotą wszedł w tę skromną pułapkę, ale jeśli jego towarzysz był magiem i to wysoko postawionym urzędnikiem... wypadało zgodnie z prawem i obyczajem przeprosić.
– Wybacz mój piękny nieznajomy. Zdarza mi się tak czasem, gdy zapomnę się w chwili, zwłaszcza zatopionej w tak czarującym towarzystwie... – westchnął ciężko, spoglądając na mężczyznę spod półprzymkniętych powiek, uśmiechając się do niego szeroko i tym razem jednak nie kłopocząc się ukrywaniem bardzo pięknych i bardzo nierównych w swej naturze zębów.