12.09.2025, 16:05 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.09.2025, 22:22 przez Lazarus Lovegood.)
O 14:29 na biurku Lazarusa wylądował pierwszy żuraw origami, a do jego świadomości dotarło, że jego zadania nie będą ograniczały się do prac biurowych oraz związanych z bieżącą pracą Organu Międzynarodowych Standardów Handlu Magicznego.
Przez uchylone drzwi gabinetu kierowników widział biurko Shafiqa, zawalone teczkami i aktami tak, że ledwo było zza nich widać czubek głowy urzędnika, pochylonego nad jakimś tomiszczem i własnymi notatkami.
Lovegood uśmiechnął się lekko do siebie.
O 16:00 stadko żurawi na jego biurku było już ustawione w dwóch szeregach, a Anthony wyłonił się ze swojego pokoju, oznajmiając, że ruszają w teren.
Lazarus tylko skinął głową, różdżką zagonił żurawie do szuflady, umył kubek, w którym zostało jeszcze niemal pół zapomnianej kawy, złapał swój notes i samopiszące pióro i był gotów do teleportacji.
O 16:15 aportowali się w Little Hangleton.
Był głodny. Potrzebował zapalić. Ale przynajmniej spał tej nocy, więc nie było źle.
Słuchał instrukcji szefa i oceniał wzrokiem zniszczenia. Jednonocna apokalipsa nie oszczędziła tego miejsca. Skrzywił się na widok zniszczeń, bezmyślna destrukcja nie tylko degustowała go swoim brakiem sensu i logiki, ale sprawiała mu niemal organiczny dyskomfort. Jak widok łyżki wpadającej do sosu razem z trzonkiem. Jak brak paczki papierosów w kieszeni.
- To zrozumiałe - skwitował zdanie o czarodziejach wolących rozmowę z człowiekiem. Brakowało badań stwierdzających znaczące różnice w inteligencji między tymi gatunkami lub ich brak, ale ludzie mieli tendencje do postrzegania istot mniejszych rozmiarami trochę jak dzieci. Albo coś... niepełnowartościowego.
- Żałuję, że utraciliśmy notatki panny Velaris - powiedział szczerze - Byłyby nieocenioną pomocą. Ale lista kontaktów wystarczy.
Zdumiewająco było patrzeć, jak przybycie młodego człowieka przeistoczyło Shafiqa. Prawie, jak wejscie Selwyna wczoraj podczas ich rozmowy… tylko, że w drugą stronę.
- Dzień dobry - przywitał Jaspera Lazarus
poważnie, ale z uprzejmym skinieniem głową.
Kelly. A więc a) nie rodzony siostrzeniec i b) prawdopodobnie nie czystokrwisty czarodziej.
Malutki kamyczek na szali po stronie tego, że podjął dobrą decyzję uciekając pod skrzydła nowego kierownictwa.
- Jest pan klątwołamaczem? - zapytał młodzieńca z żywym zainteresowaniem.
Ciekawe czy nie ufa mi, moim zdolnościom czy mojemu opanowaniu, pomyślał z pełnym zrozumieniem, zerkając na Anthony'ego. Wraz z towarzyszami ruszył w stronę zabudowań.
- Rozumiem, że w pierwszej kolejności potrzebne będą: naprawa okien, sprzątanie i nowe bariery ochronne - pióro zawisło nad papierem - Ewentualnymi klątwami zajmiemy się od razu.
Przez uchylone drzwi gabinetu kierowników widział biurko Shafiqa, zawalone teczkami i aktami tak, że ledwo było zza nich widać czubek głowy urzędnika, pochylonego nad jakimś tomiszczem i własnymi notatkami.
Lovegood uśmiechnął się lekko do siebie.
O 16:00 stadko żurawi na jego biurku było już ustawione w dwóch szeregach, a Anthony wyłonił się ze swojego pokoju, oznajmiając, że ruszają w teren.
Lazarus tylko skinął głową, różdżką zagonił żurawie do szuflady, umył kubek, w którym zostało jeszcze niemal pół zapomnianej kawy, złapał swój notes i samopiszące pióro i był gotów do teleportacji.
O 16:15 aportowali się w Little Hangleton.
Był głodny. Potrzebował zapalić. Ale przynajmniej spał tej nocy, więc nie było źle.
Słuchał instrukcji szefa i oceniał wzrokiem zniszczenia. Jednonocna apokalipsa nie oszczędziła tego miejsca. Skrzywił się na widok zniszczeń, bezmyślna destrukcja nie tylko degustowała go swoim brakiem sensu i logiki, ale sprawiała mu niemal organiczny dyskomfort. Jak widok łyżki wpadającej do sosu razem z trzonkiem. Jak brak paczki papierosów w kieszeni.
- To zrozumiałe - skwitował zdanie o czarodziejach wolących rozmowę z człowiekiem. Brakowało badań stwierdzających znaczące różnice w inteligencji między tymi gatunkami lub ich brak, ale ludzie mieli tendencje do postrzegania istot mniejszych rozmiarami trochę jak dzieci. Albo coś... niepełnowartościowego.
- Żałuję, że utraciliśmy notatki panny Velaris - powiedział szczerze - Byłyby nieocenioną pomocą. Ale lista kontaktów wystarczy.
Zdumiewająco było patrzeć, jak przybycie młodego człowieka przeistoczyło Shafiqa. Prawie, jak wejscie Selwyna wczoraj podczas ich rozmowy… tylko, że w drugą stronę.
- Dzień dobry - przywitał Jaspera Lazarus
poważnie, ale z uprzejmym skinieniem głową.
Kelly. A więc a) nie rodzony siostrzeniec i b) prawdopodobnie nie czystokrwisty czarodziej.
Malutki kamyczek na szali po stronie tego, że podjął dobrą decyzję uciekając pod skrzydła nowego kierownictwa.
- Jest pan klątwołamaczem? - zapytał młodzieńca z żywym zainteresowaniem.
Ciekawe czy nie ufa mi, moim zdolnościom czy mojemu opanowaniu, pomyślał z pełnym zrozumieniem, zerkając na Anthony'ego. Wraz z towarzyszami ruszył w stronę zabudowań.
- Rozumiem, że w pierwszej kolejności potrzebne będą: naprawa okien, sprzątanie i nowe bariery ochronne - pióro zawisło nad papierem - Ewentualnymi klątwami zajmiemy się od razu.