19.02.2023, 23:35 ✶
Gdyby zdarzyło się coś naprawdę dużego, to pewnie już cały magiczny Londyn by o tym plotkował – bo takie rzeczy co do zasady nie pozostawały niezauważone. Zanim przedstawiciele władz docierali na miejsce, to pogłoski już zataczały drugie – jeśli nie trzecie – kółko. A przynajmniej Mav tak postrzegała tego typu sprawy.
Tę zaś kwalifikowała – póki co – jako zwyczajne zawracanie głowy, zwłaszcza że zgłaszająca była doskonale znana Brygadzie i słynęła ze zgłoszeń, których właściwym miejscem tak naprawdę był kosz. Póki co – jeszcze reagowano. Ale jeszcze chwila i… była niemalże pewna, że Mariane w końcu przegnie, a co za tym idzie, wszelkie sygnały z jej strony będą najzwyczajniej w świecie ignorowane.
Co stwarzało niebezpieczeństwo, że gdy faktycznie coś się stanie i właśnie ona to zgłosi, pozostanie to bez jakiejkolwiek reakcji. A to może być dość brzemienne w skutkach, niestety.
- Chyba by zeszła po prostu na zawał – parsknęła cicho, kręcąc przy tym głową. Biorąc pod uwagę, ile osób się przewijało przez domostwo… tak, zapewne to mogło wykraczać poza ramy porządku w rozumowaniu tejże kobiety. Nic, tylko patrzeć, jak słałaby pisma najróżniejszej maści! O ile faktycznie nie zeszłaby z tego świata w ułamku sekundy.
Krótka wymiana spojrzeń. Huk czy trzaśnięcie – to mogło oznaczać naprawdę wszystko albo nic. Coś złego bądź po prostu równie dobrze Dolohov mogła organizować jakieś porządki w wyjątkowo głośny sposób. Dlaczego od razu zakładać, że stało się no – coś złego?
- No bo nie wróciła. A zawsze o tej porze ją odwiedzam, żeby biedaczka się oderwała na chwilę od pracy i pijemy kawę! Ale dziś przychodzę – nie ma. Ani chybi ją porwali! A jak tak trzasnęło, to z pewnością siłą ją musieli wyciągnąć! – oznajmiła z pewnością w głosie, sugerującą, iż wybitnie wierzyła w swoją nieomylność.
Mavelle ledwo powstrzymała się od wywrócenia oczyma. Zwłaszcza że to byłoby nieprofesjonalne.
- I nie, żadnych wołań o pomoc, ale może biedaczka po prostu była zbyt przerażona, żeby chociaż próbować krzyczeć... – wyraziła swoje przypuszczenie. Cóż. Nie taka głupia opcja, ale gdyby Mariane nie była Mariane, to może i podejście do tematu byłoby poważniejsze.
Kolejne spojrzenie pod adresem Erika – zmywamy się? – bo nie sądziła, żeby udało się z niej wyciągnąć więcej coś sensownego. Wizyta odbębniona, można było się odwrócić i ewentualnie dla porządku w papierach sprawdzić ten cholerny gabinet, ale na dłuższą metę… no właśnie.
- Czyli, podsumowując, słyszała pani bliżej nieokreślony huk, dwóch mężczyzn, żadnych błagań o pomoc. Rozumiem, że pani Dolohov codziennie pije z panią kawę, ale może po prostu coś się wydarzyło w jej życiu i musiała zmienić plany? – zasugerowała z pewnym namysłem w głosie – Oczywiście rozejrzymy się jeszcze na miejscu, jednakże nie sądzę, żeby było się teraz czym martwić. Chyba że jutro pojawią się pacjenci i jednocześnie drzwi pozostaną zamknięte – co w takim przypadku? Cóż, niewątpliwie Mariane miała bogate doświadczenie i wiedziała, co z tym fantem wtedy zrobić.
O ile Erik nie miał żadnych kolejnych pytań – była gotowa się pożegnać, zakończyć rozmowę i skierować się pod gabinet uzdrowicielki. Raczej marnotrawstwo czasu, niemniej rzucić okiem nie zaszkodzi.
Tę zaś kwalifikowała – póki co – jako zwyczajne zawracanie głowy, zwłaszcza że zgłaszająca była doskonale znana Brygadzie i słynęła ze zgłoszeń, których właściwym miejscem tak naprawdę był kosz. Póki co – jeszcze reagowano. Ale jeszcze chwila i… była niemalże pewna, że Mariane w końcu przegnie, a co za tym idzie, wszelkie sygnały z jej strony będą najzwyczajniej w świecie ignorowane.
Co stwarzało niebezpieczeństwo, że gdy faktycznie coś się stanie i właśnie ona to zgłosi, pozostanie to bez jakiejkolwiek reakcji. A to może być dość brzemienne w skutkach, niestety.
- Chyba by zeszła po prostu na zawał – parsknęła cicho, kręcąc przy tym głową. Biorąc pod uwagę, ile osób się przewijało przez domostwo… tak, zapewne to mogło wykraczać poza ramy porządku w rozumowaniu tejże kobiety. Nic, tylko patrzeć, jak słałaby pisma najróżniejszej maści! O ile faktycznie nie zeszłaby z tego świata w ułamku sekundy.
Krótka wymiana spojrzeń. Huk czy trzaśnięcie – to mogło oznaczać naprawdę wszystko albo nic. Coś złego bądź po prostu równie dobrze Dolohov mogła organizować jakieś porządki w wyjątkowo głośny sposób. Dlaczego od razu zakładać, że stało się no – coś złego?
- No bo nie wróciła. A zawsze o tej porze ją odwiedzam, żeby biedaczka się oderwała na chwilę od pracy i pijemy kawę! Ale dziś przychodzę – nie ma. Ani chybi ją porwali! A jak tak trzasnęło, to z pewnością siłą ją musieli wyciągnąć! – oznajmiła z pewnością w głosie, sugerującą, iż wybitnie wierzyła w swoją nieomylność.
Mavelle ledwo powstrzymała się od wywrócenia oczyma. Zwłaszcza że to byłoby nieprofesjonalne.
- I nie, żadnych wołań o pomoc, ale może biedaczka po prostu była zbyt przerażona, żeby chociaż próbować krzyczeć... – wyraziła swoje przypuszczenie. Cóż. Nie taka głupia opcja, ale gdyby Mariane nie była Mariane, to może i podejście do tematu byłoby poważniejsze.
Kolejne spojrzenie pod adresem Erika – zmywamy się? – bo nie sądziła, żeby udało się z niej wyciągnąć więcej coś sensownego. Wizyta odbębniona, można było się odwrócić i ewentualnie dla porządku w papierach sprawdzić ten cholerny gabinet, ale na dłuższą metę… no właśnie.
- Czyli, podsumowując, słyszała pani bliżej nieokreślony huk, dwóch mężczyzn, żadnych błagań o pomoc. Rozumiem, że pani Dolohov codziennie pije z panią kawę, ale może po prostu coś się wydarzyło w jej życiu i musiała zmienić plany? – zasugerowała z pewnym namysłem w głosie – Oczywiście rozejrzymy się jeszcze na miejscu, jednakże nie sądzę, żeby było się teraz czym martwić. Chyba że jutro pojawią się pacjenci i jednocześnie drzwi pozostaną zamknięte – co w takim przypadku? Cóż, niewątpliwie Mariane miała bogate doświadczenie i wiedziała, co z tym fantem wtedy zrobić.
O ile Erik nie miał żadnych kolejnych pytań – była gotowa się pożegnać, zakończyć rozmowę i skierować się pod gabinet uzdrowicielki. Raczej marnotrawstwo czasu, niemniej rzucić okiem nie zaszkodzi.
491/897