14.09.2025, 18:34 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 15.09.2025, 07:43 przez Gabriel Montbel.)
Ofiarował jej uśmiech. Niewielki dołeczek pojawił się niewiele wyżej nad kącikiem ust, oko ułożyło się w kształt łagodnego migdału. Noc przerażała wielu, dla niego była conocnością, kojącą, regenerującą, odradzającą, napełniającą energią... Słowa kobiety były przyjemne, szeptały wiatrem, łagodnością zapachu. Tylko po to by zadać ból.
Uśmiech zastygł na jego twarzy, może gdyby oddychał to westchnąłby ciężko, ale tak w tej chwili, w tamtym momencie zwyczajnie porzucił maskę życia, którego nie nosił w sobie. Jego głowa opadła w dół, cień przesłonił czoło i ślepia.
– Nie wiem. – powiedział cicho, a jego głos niósł żałobę zimowego chłodu przeczesującego pozbawione listowia wykrzywione gałęzie. Jego ogród przetrwał nieobecność ponad wieku. Przetrwał wielki terror, przetrwał wyburzenie rezydencji, przetrwał prymitywnych chłopów dzielących wydarte arystokracji ziemie. – Przechadzają się po nim widma przeszłości, których nie potrafię przegonić. Jeszcze nie. – Zacisnął pięść. Rozluźnił ją. Odchylił głowę i przypadkiem bardziej niż intencją oparł tył głowy o jej szczupłe udo.
Jej krew z pewnością była koloru płynnego malachitu...
– Złodziejka sroka... czy mam się bać, że z dłoni moich pragniesz uszczknąć odrobinę prawdy? A może odrobinę marzeń, snów, które chciałabyś by prawdą się stały? – Nadgnite serce znów zniknęło. Gabriel przeniósł jasne oczy na swoje dłonie, wyginające się, jakby naginające rzeczywistość, by ukryć ją, a może właśnie odsłonić przed niewiastą. Nie był wróżem, nie musiał być, by wiedzieć, że jest przeklęty. Nawet nie miał kompletnej talii... nie musiała o tym wiedzieć. W końcu jednak pojawiła się w jego dłoni karta, którą podał jej do obejrzenia:
Była o wiele mniej artystyczna, o wiele bardziej symboliczna. Para dłoni naznaczona liczbą sześć wyłaniała się z niebios i wysyłała sześć kwiatów róży ku ziemi. Od dołu dłoń z lewej i dłoń z prawej jakby sięgały po ułożone w piramidzie kwiaty. One jednak podążały ku szalkowej wadze. Tło pozostawało czarne, choć lekko mieniła się... Nawet w nikłym świetle widać było liściasty motyw zaklęty w czerni.
– Ciekawe... – wymruczał łagodnie, wciąż nie mając pojęcia z kim lub z czym ma do czynienia, lecz magia tego ogrodu robiła swoje. Ostatecznie smakowanie życia nie zawsze polegało na tym by otwierać cudze żyły. – Czy nie jest tak, że krzewy wybierają własną drogę, pozwalają korzeniom rozbryzgać się unikatowym wzorem pośród grudek ziemi. – Nieoczekiwanie w jego dłoniach pojawiła się cała talia. – Nie jestem Twoim ogrodnikiem Pani. Dlaczegoż więc to ja mam być tym, który kształtuje Twój los? Wybierz sama kartę. Wybierz drogę swoich korzeni. – Barwny wachlarz rozpostarł się przed nią, róże czarne splecione z czerwonymi rewersy hipnotyzowały powtarzającym się nieskończenie wzorem. Czerwień i czerń, krew i noc. W jej dłoniach miała pozostać jedna ścieżka. Czy będzie spleciona z wagą mającą pomieścić sześć pełnych kwiatów? A może znajdzie się w kontrze, do tego co ofiarował jej on? Jego głos. Jej głos.
Wybierz, nawet jeśli nie wiesz na co się decydujesz...
Uśmiech zastygł na jego twarzy, może gdyby oddychał to westchnąłby ciężko, ale tak w tej chwili, w tamtym momencie zwyczajnie porzucił maskę życia, którego nie nosił w sobie. Jego głowa opadła w dół, cień przesłonił czoło i ślepia.
– Nie wiem. – powiedział cicho, a jego głos niósł żałobę zimowego chłodu przeczesującego pozbawione listowia wykrzywione gałęzie. Jego ogród przetrwał nieobecność ponad wieku. Przetrwał wielki terror, przetrwał wyburzenie rezydencji, przetrwał prymitywnych chłopów dzielących wydarte arystokracji ziemie. – Przechadzają się po nim widma przeszłości, których nie potrafię przegonić. Jeszcze nie. – Zacisnął pięść. Rozluźnił ją. Odchylił głowę i przypadkiem bardziej niż intencją oparł tył głowy o jej szczupłe udo.
Jej krew z pewnością była koloru płynnego malachitu...
– Złodziejka sroka... czy mam się bać, że z dłoni moich pragniesz uszczknąć odrobinę prawdy? A może odrobinę marzeń, snów, które chciałabyś by prawdą się stały? – Nadgnite serce znów zniknęło. Gabriel przeniósł jasne oczy na swoje dłonie, wyginające się, jakby naginające rzeczywistość, by ukryć ją, a może właśnie odsłonić przed niewiastą. Nie był wróżem, nie musiał być, by wiedzieć, że jest przeklęty. Nawet nie miał kompletnej talii... nie musiała o tym wiedzieć. W końcu jednak pojawiła się w jego dłoni karta, którą podał jej do obejrzenia:
Wyciągam kartę, aby wiedzieć wokół czego będzie dział się post.
Rzut Tarot 1d78 - 72
Szóstka Denarów
Szóstka Denarów
Była o wiele mniej artystyczna, o wiele bardziej symboliczna. Para dłoni naznaczona liczbą sześć wyłaniała się z niebios i wysyłała sześć kwiatów róży ku ziemi. Od dołu dłoń z lewej i dłoń z prawej jakby sięgały po ułożone w piramidzie kwiaty. One jednak podążały ku szalkowej wadze. Tło pozostawało czarne, choć lekko mieniła się... Nawet w nikłym świetle widać było liściasty motyw zaklęty w czerni.
– Ciekawe... – wymruczał łagodnie, wciąż nie mając pojęcia z kim lub z czym ma do czynienia, lecz magia tego ogrodu robiła swoje. Ostatecznie smakowanie życia nie zawsze polegało na tym by otwierać cudze żyły. – Czy nie jest tak, że krzewy wybierają własną drogę, pozwalają korzeniom rozbryzgać się unikatowym wzorem pośród grudek ziemi. – Nieoczekiwanie w jego dłoniach pojawiła się cała talia. – Nie jestem Twoim ogrodnikiem Pani. Dlaczegoż więc to ja mam być tym, który kształtuje Twój los? Wybierz sama kartę. Wybierz drogę swoich korzeni. – Barwny wachlarz rozpostarł się przed nią, róże czarne splecione z czerwonymi rewersy hipnotyzowały powtarzającym się nieskończenie wzorem. Czerwień i czerń, krew i noc. W jej dłoniach miała pozostać jedna ścieżka. Czy będzie spleciona z wagą mającą pomieścić sześć pełnych kwiatów? A może znajdzie się w kontrze, do tego co ofiarował jej on? Jego głos. Jej głos.
Wybierz, nawet jeśli nie wiesz na co się decydujesz...
karta![[Obrazek: EWdps0x.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=EWdps0x.png)