14.09.2025, 23:12 ✶
Nic nie powiedział. Ani słowa. Jonathan wszedł z tymi tacami, mówiąc do niego wesoło, a Anthony… Może to jednak był koniec ich przyjaźni? Ich wszystkiego. Ale… Jonathan tak bardzo nie chciał, aby to był koniec. I to jeszcze w miejscu takim jak to!
Czy był w ogóle dalej zły na Shafiqa? Sam nie wiedział. Dalej uważał, że wiele z zarzutów zostało postawionych mu niesłusznie i że Anthony patrzył na tę całą sprawę w bardzo określony i wąski sposób, który sprawiał, że czarodziej nie rozumiał wszystkiego, ale… Może to wszystko dało się jakoś inaczej załatwić? Przegadać? Bo niestety pozwolenie na to, aby czas zadziałał swoje najwyraźniej nie zdawało egzaminu.
Jonathan spojrzał na Anthony'ego, próbując wyczuć, co teraz powinien zrobić, rozważając przy tym dość mocno, czy najlepiej nie będzie po prostu udać nieudane zaklęcie.
A jak zrobiłby gdyby nie trwali w tej sytuacji? Wtedy po prostu podszedłby do kominka i spróbował rozpalić ogień.
Jonathan kucnął i przyszykował różdżkę mając pełną świadomość tego, że szare tęczówki przyjaciela wpatrzone są w jego poczynania.
Widownia idealna, przynajmniej tak mu się kiedyś wydawało.
Patrz Anthony rzuciłem kolejne zaklęcie, a profesor mnie pochwaliłby.
Patrz Anthony jak doskonale wygłosiłem monolog.
Widzisz jak świetnie sobie radzę w nowej pracy? Jak idealnie robię kawę?
Spójrz! Bądź ze mnie dumny. Rozmówiłem się z Gabrielem!
Pewnie teraz Shafiq patrzył na niego, bo nie miał na nikogo innego, z ciekawości, a nie… Bo byli Anthonym i Jonathanem.
Za pierwszym razem ogień się nie pojawił. Tak samo za drugim.
Za trzecim niewielki płomień trysnął z końca różdżki, aby powoli pokryć ułożone wczesniej węgielki, przemienić je w ognisko i Jonathan bardzo próbował nie doszukiwać się w tym niechętnym ogniu symboliki ich relacji.
Odwrócił się i posłał mu niepewny uśmiech, jakby wraz z żarem ognia uciekła z niego ta część pewności siebie odpowiedzialna za przebywanie w pobliżu Anthony'ego. Rozważał aby wyjść i znowu pogadać z tymi Amerykanami dla spokoju Shafiqa, ale… Miał przeczucie, że to paradoksalnie nikomu nie pomoże.
– I jak ta herbata?
Czy był w ogóle dalej zły na Shafiqa? Sam nie wiedział. Dalej uważał, że wiele z zarzutów zostało postawionych mu niesłusznie i że Anthony patrzył na tę całą sprawę w bardzo określony i wąski sposób, który sprawiał, że czarodziej nie rozumiał wszystkiego, ale… Może to wszystko dało się jakoś inaczej załatwić? Przegadać? Bo niestety pozwolenie na to, aby czas zadziałał swoje najwyraźniej nie zdawało egzaminu.
Jonathan spojrzał na Anthony'ego, próbując wyczuć, co teraz powinien zrobić, rozważając przy tym dość mocno, czy najlepiej nie będzie po prostu udać nieudane zaklęcie.
A jak zrobiłby gdyby nie trwali w tej sytuacji? Wtedy po prostu podszedłby do kominka i spróbował rozpalić ogień.
Jonathan kucnął i przyszykował różdżkę mając pełną świadomość tego, że szare tęczówki przyjaciela wpatrzone są w jego poczynania.
Widownia idealna, przynajmniej tak mu się kiedyś wydawało.
Patrz Anthony rzuciłem kolejne zaklęcie, a profesor mnie pochwaliłby.
Patrz Anthony jak doskonale wygłosiłem monolog.
Widzisz jak świetnie sobie radzę w nowej pracy? Jak idealnie robię kawę?
Spójrz! Bądź ze mnie dumny. Rozmówiłem się z Gabrielem!
Pewnie teraz Shafiq patrzył na niego, bo nie miał na nikogo innego, z ciekawości, a nie… Bo byli Anthonym i Jonathanem.
Za pierwszym razem ogień się nie pojawił. Tak samo za drugim.
Za trzecim niewielki płomień trysnął z końca różdżki, aby powoli pokryć ułożone wczesniej węgielki, przemienić je w ognisko i Jonathan bardzo próbował nie doszukiwać się w tym niechętnym ogniu symboliki ich relacji.
Odwrócił się i posłał mu niepewny uśmiech, jakby wraz z żarem ognia uciekła z niego ta część pewności siebie odpowiedzialna za przebywanie w pobliżu Anthony'ego. Rozważał aby wyjść i znowu pogadać z tymi Amerykanami dla spokoju Shafiqa, ale… Miał przeczucie, że to paradoksalnie nikomu nie pomoże.
– I jak ta herbata?