16.09.2025, 19:35 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.09.2025, 19:36 przez Gabriel Montbel.)
Śmiertelne serce załopotało gwałtownym tremolo w zrozumieniu własnej sytuacji, ciało stężało, odsunęło się wystarczająco daleko by dać do zrozumienia, potrzebę przerwy, ale wystarczająco blisko by w każdej chwili tę przerwę zakończyć.
A więc jednak... czarodziej.
Nie był pewien, czy tak mają wszyscy Anglicy, czy tylko Ci na których miał szczęście trafić. Zakaz przenikania do mugolskiego świata pozostawał płynny, struchlały skostniały świat koserwatywnych czarodziei czystokrwistych wiedział doskonale i truchlał dalej na myśl o młodych, których ciągnęła inżynieria, astronomia i wszystko to, po co sięgali mugole bez najmniejszych powodów utyskiwania na brak magii.
Gabriela nie obchodziły technikalia, tak jak ludzie. Ci, mimo zmiany scenerii wieków, pozostawlai ludźmi, tak jak jego słodkie towarzystwo pomimo pełnionej funkcji, która przed momentem nieco nadkruszona została uwidocznioną obawą. Wampir zaś, cóż... nie zamierzał naigrywać się z tego. Był to przyjemny komplement. Miła odmiana.
Nie zamierzał też siebie przekonywać, że było inaczej: sędzia Wizengamotu - był jakże korzystną znajomością na nowych ziemiach.
Zamiast więc po ciało, sięgnął robertową dłoni i bezceremonialnie złożył lekki pocałunek na jego złocistym sygnecie, nie tracąc ani na moment kontaktu wzrokowego, bo zawsze miło było wpatrywać się w ciemne oczy pełne tłumionego pożądania.
- Jestem powiernikiem Twoich tajemnic wysoki sądzie. - odpowiedział na jego pytanie, na które zdecydowanie dosadniej odpowiadały już i tak odsłonięte kły. - Nie wezmę od Ciebie absolutnie nic, czego byś nie chciał mi ofiarować. Zgodnie z resztą z literą chronionego przez Ciebie prawa, mon cheri - wymruczał, pozwalając sobie chłodnymi opuszkami palców pogładzić rozgrzaną skórę, licząc, że ów sercowe tremolo wytraci swoją prędkość, lub zyska ją z milszych dla partnera gry powodów. Trochę też zahaczył przy tym pod mankiet. Trochę pozwiedzał miękkiej skóry skrywającej przyjemny, choć rwany obecnie puls.
- Nie sądzisz, że odebranie światu kogoś takiego jak Ty, byłoby niemałym marnotrastwem? - dodał zamiast odpowiedzi i wypuścił jego dłoń tylko po to... żeby sięgnąć po swój kij i kolejną piłeczkę. Czy panna Rosewood byłaby z niego dumna? Miał nie rozrabiać i proszę, z tego oszczędnego rozrabiania najwidoczniej mogło wyniknąć sporo dobrego.
Ustawił piłeczkę na pinezce i przymierzył się do oddania strzału.
I tylko płaszcz z mgły zdawał się mniej ich okrywać, a latarnie świeciły nieco odważniej. Choć to może złudzenie, chwilowe rozkojarzenie inną aktywnością?
Gabriel tymczasem w swych gestach wcale nie chciał okazywać lekceważenia ludzkiej duszy stojącej obok. Dawał mu przestrzeń na chwilę oddechu, okazywał zaufanie, że ten nie czmyhnie w mrok. W końcu był sędzią Wizengamotu. Był też wytrawnym ogrodnikiem. Zasadził w tym umyśle już ziarno. Trzeba dać mu było miejsce, aby wypuściło pierwsze niewinne listki sadzonki.
A więc jednak... czarodziej.
Nie był pewien, czy tak mają wszyscy Anglicy, czy tylko Ci na których miał szczęście trafić. Zakaz przenikania do mugolskiego świata pozostawał płynny, struchlały skostniały świat koserwatywnych czarodziei czystokrwistych wiedział doskonale i truchlał dalej na myśl o młodych, których ciągnęła inżynieria, astronomia i wszystko to, po co sięgali mugole bez najmniejszych powodów utyskiwania na brak magii.
Gabriela nie obchodziły technikalia, tak jak ludzie. Ci, mimo zmiany scenerii wieków, pozostawlai ludźmi, tak jak jego słodkie towarzystwo pomimo pełnionej funkcji, która przed momentem nieco nadkruszona została uwidocznioną obawą. Wampir zaś, cóż... nie zamierzał naigrywać się z tego. Był to przyjemny komplement. Miła odmiana.
Nie zamierzał też siebie przekonywać, że było inaczej: sędzia Wizengamotu - był jakże korzystną znajomością na nowych ziemiach.
Zamiast więc po ciało, sięgnął robertową dłoni i bezceremonialnie złożył lekki pocałunek na jego złocistym sygnecie, nie tracąc ani na moment kontaktu wzrokowego, bo zawsze miło było wpatrywać się w ciemne oczy pełne tłumionego pożądania.
- Jestem powiernikiem Twoich tajemnic wysoki sądzie. - odpowiedział na jego pytanie, na które zdecydowanie dosadniej odpowiadały już i tak odsłonięte kły. - Nie wezmę od Ciebie absolutnie nic, czego byś nie chciał mi ofiarować. Zgodnie z resztą z literą chronionego przez Ciebie prawa, mon cheri - wymruczał, pozwalając sobie chłodnymi opuszkami palców pogładzić rozgrzaną skórę, licząc, że ów sercowe tremolo wytraci swoją prędkość, lub zyska ją z milszych dla partnera gry powodów. Trochę też zahaczył przy tym pod mankiet. Trochę pozwiedzał miękkiej skóry skrywającej przyjemny, choć rwany obecnie puls.
- Nie sądzisz, że odebranie światu kogoś takiego jak Ty, byłoby niemałym marnotrastwem? - dodał zamiast odpowiedzi i wypuścił jego dłoń tylko po to... żeby sięgnąć po swój kij i kolejną piłeczkę. Czy panna Rosewood byłaby z niego dumna? Miał nie rozrabiać i proszę, z tego oszczędnego rozrabiania najwidoczniej mogło wyniknąć sporo dobrego.
Ustawił piłeczkę na pinezce i przymierzył się do oddania strzału.
I tylko płaszcz z mgły zdawał się mniej ich okrywać, a latarnie świeciły nieco odważniej. Choć to może złudzenie, chwilowe rozkojarzenie inną aktywnością?
Gabriel tymczasem w swych gestach wcale nie chciał okazywać lekceważenia ludzkiej duszy stojącej obok. Dawał mu przestrzeń na chwilę oddechu, okazywał zaufanie, że ten nie czmyhnie w mrok. W końcu był sędzią Wizengamotu. Był też wytrawnym ogrodnikiem. Zasadził w tym umyśle już ziarno. Trzeba dać mu było miejsce, aby wypuściło pierwsze niewinne listki sadzonki.