20.02.2023, 01:39 ✶
Ulysses drgnął. Chciał się gwałtownie dźwignąć, ale ból w boku sprawił, że tylko syknął z bólu. Przetoczył się w prawo. Byle dalej od drzewa przy którym leżał. Ciągle bolało. Jego przemoczony, zniszczony garnitur, oblepiał mech, krew i ziemia.
W tej chwili w niczym nie przypominał schludnego, pedantycznego, wiecznie spiętego pracownika Ministerstwa Magii. Wyglądał raczej żałośnie, jak zagnana w kąt ofiara, która już wie, że zginie, ale resztkami sił wciąż próbuje walczyć o życie.
Dźwięk ciskanego zaklęcia sprawił, że znieruchomiał, spiął się, odruchowo zasłonił głowę, czekając na kolejne poderwanie do góry (albo na coś gorszego, bardziej bolesnego). I jakby to dziwnie nie brzmiało, jakaś część Ulyssesa chciała, żeby to już się stało. Niech go zatłucze, byle szybko, byle to już się skończyło.
Ale koniec nie nadchodził, choć zaklęcia dalej świstały.
I dopiero wtedy zrozumiał, że jednak ktoś przybył mu na ratunek. Obrócił się, by w świetle błyskawic rozpoznać Cathala. Poczucie ulgi, które go zalało było czymś tak silnym, że zdołał się nawet podnieść z ziemi.
W tym czasie, pod naporem zaklęć jego napastnik rozpłynął się w powietrzu, ale to jakoś nie wydało się Ulyssesowi dziwne. Nie aż tak bardzo jak powinno.
Potykając się, podszedł do Shafiqa. Chciał coś do niego powiedzieć, podziękować mu, może wyjaśnić, ale przez deszcz (na pewno nie przez łzy, nie można płakać z ulgi), coraz mniej widział.
- Zabierz mnie stąd – poprosił. – Najlepiej do Egiptu.
***
Ulysses obudził się przez ból w boku. Otworzył oczy. Poruszył się niespokojnie a potem usiadł gwałtownie, gdy dotarło do niego, że widzi plamy krwi na pościeli. Zerwał się z łóżka i ruszył do łazienki. Miał potężne zadrapanie na ręku. Siniaka na boku. I odbite ślady rąk na szyi.
Jak to było możliwe? Czyżby ktoś naprawdę próbował go tej nocy zabić we śnie?
W tej chwili w niczym nie przypominał schludnego, pedantycznego, wiecznie spiętego pracownika Ministerstwa Magii. Wyglądał raczej żałośnie, jak zagnana w kąt ofiara, która już wie, że zginie, ale resztkami sił wciąż próbuje walczyć o życie.
Dźwięk ciskanego zaklęcia sprawił, że znieruchomiał, spiął się, odruchowo zasłonił głowę, czekając na kolejne poderwanie do góry (albo na coś gorszego, bardziej bolesnego). I jakby to dziwnie nie brzmiało, jakaś część Ulyssesa chciała, żeby to już się stało. Niech go zatłucze, byle szybko, byle to już się skończyło.
Ale koniec nie nadchodził, choć zaklęcia dalej świstały.
I dopiero wtedy zrozumiał, że jednak ktoś przybył mu na ratunek. Obrócił się, by w świetle błyskawic rozpoznać Cathala. Poczucie ulgi, które go zalało było czymś tak silnym, że zdołał się nawet podnieść z ziemi.
W tym czasie, pod naporem zaklęć jego napastnik rozpłynął się w powietrzu, ale to jakoś nie wydało się Ulyssesowi dziwne. Nie aż tak bardzo jak powinno.
Potykając się, podszedł do Shafiqa. Chciał coś do niego powiedzieć, podziękować mu, może wyjaśnić, ale przez deszcz (na pewno nie przez łzy, nie można płakać z ulgi), coraz mniej widział.
- Zabierz mnie stąd – poprosił. – Najlepiej do Egiptu.
***
Ulysses obudził się przez ból w boku. Otworzył oczy. Poruszył się niespokojnie a potem usiadł gwałtownie, gdy dotarło do niego, że widzi plamy krwi na pościeli. Zerwał się z łóżka i ruszył do łazienki. Miał potężne zadrapanie na ręku. Siniaka na boku. I odbite ślady rąk na szyi.
Jak to było możliwe? Czyżby ktoś naprawdę próbował go tej nocy zabić we śnie?