— A więc nie jestem jak większość — odparł niby ponuro, że zarzuca mu się strach przed żoną Williama. Gdyby chciał zachować te pozory, zapewne lepiej by było, gdyby zasznurował usta i zmienił temat, jednak nie minęło nawet dziesięć sekund, a Erik musiał kontynuować. — Poza tym, myślę, że bliżej temu to onieśmielenia, niż strachu. Nie boję się Eden — stwierdził, starając się brzmieć poważnie, ale ton jego głosu wręcz kipiał od niepewności. — Naprawdę! Jest specyficzna, to prawda, ale żeby się jej od razu bać? Może się po prostu lubi droczyć z ludźmi, a cóż... Nie wszyscy są tak obyci w sztuce konwersacji, jak ona, ty, czy cóż... Ja — mruknął Erik, a jego policzki oblały się czerwienią. Ach te rozbujałe męskie ego.
Mężczyzna zaciągnął się papierosem i z nerwów, które go nawiedziły, chciał od razu wypuścić dym z ust, co sprawiło, że momentalnie zaczął donośnie kaszleć, a oczy zaczęły mu łzawić. Tak. To zdecydowanie udowadniało, że nie miał żadnych, nawet najmniejszych obaw, względem siostry swego przyjaciela. Kiedy już doprowadził się do porządku, wbił wzrok ponad ramię Elliotta, co by nie konfrontować się z jego spojrzeniem.
— Jest to jakieś wytłumaczenie. Chociaż może klucz leży w tym, że im więcej czasu się z wami spędzi, tym lepiej się wam rozumie i człowiek po prostu... chłonie waszą aurę? — Wygiął usta w lekkim uśmiechu. — Pomyśl o tym przez chwilę, a teraz dodaj do tego to, że może to działać w obie strony. Pomyśl, że mógłbym zaadaptować część waszych zachowań, a wy część moich? — Erik wyobraził sobie skrzyżowanie Eden z Brenną i aż nieco zbladł, gdy scenariusz ten na dłużej zagościł w jego głowie na dłużej. To... to było przerażające.
Iskierki w jego oczach nieco przygasły, a entuzjazm nieco opadł, gdy Elliott zapytał, czy faktycznie by sobie poszedł. Rozejrzał się na wszystkie strony, gdyż było to dosyć mało komfortowe pytanie, poniekąd sugerujące, że mógł się tutaj dosiąść nieproszony.
— Jesteś moim gościem, ale nie jesteś zobligowany do tego, aby znosić moje towarzystwo — odpowiedział, wodząc wzrokiem za palcem Elliotta, który wykreślał na kanapie jakiś bliżej nieokreślony wzór. — Więc tak, miło by było dostać afirmację, że faktycznie moja obecność jest... akceptowana. Aczkolwiek, gdyby nie była, to byłoby mi trochę przykro, mimo wszystko.
Przekazał blondynowi papierosa, chociaż automatycznie odsunął nieco rękę, gdy sięgnął po papierosa, którego miał między palcami. Uśmiechnął się pod nosem. Cóż, wspólne palenie w ten sposób nie było złym pomysłem, ale nie do końca to miał na myśli.
— Nie no... Ufam, ufam. Teraz to tym bardziej muszę skosztować. — Zerknął do kieliszka, aby po chwili zamoczyć usta w alkoholu. Oblizał lekko dolną wargę, zastanawiając się, jak w skali od 1 do 10 oceniłby smak szampana. Takie siedem w porywach do ośmiu, stwierdził po dłuższej chwili. Potrafił docenić dobry alkohol, ale szampan dosyć szybko przestawał mu smakować w większych dawkach. Gdyby to było wino, to sytuacja miałaby się nieco inaczej.
Erik nie miał złudzeń, że jeśli był ktoś, kto mógłby mu umilić resztę tego przyjęcia, to był to Elliott. Ostatnie czego obecnie chciał to spędzać czas w otoczeniu siostry i kuzynostwa, gdyż był już po prostu zmęczony całą sytuacją i potrzebował po prostu odpocząć. A blondyn, nawet jeśli niewiele mówił, tak potrafił paroma słowami sprawić, że umysł Longbottoma wyciskał z siebie siódme poty, starając się nadgonić za jego tokiem myślenia i dorównać w sztuce retoryki. Może nie był to odpowiedni czas na dywagacje o wielkich wartościach, czy wielopokoleniowej historii, ale nawet zwykła rozmowa była lepsza od ślęczenia nad butelką w samotności przy barku.
— Raczej noc — powiedział bez zająknięcia, kompletnie nieświadom dwuznaczności tych dwóch słów. Wieczór dobiegł końca już kilka dobrych godzin temu, księżyc wisiał wysoko, gwiazdy błyskały na nocnym niebie, więc tak... Wieczór mieli już zdecydowanie za sobą. Uśmiechnął się, gdy Elliott do niego mrugnął. — Pewnie masz rację. Jakoś sobie poradzi z całą resztą gości. A jak się trochę przy tym podenerwuje to, ten jeden raz, wyjdzie jej to na dobre. — Mimo wszystko miał prawo być chociaż trochę zły na siostrę, prawda? Jasne, zazwyczaj przestał się obrażać po pięciu minutach w porywie do piętnastu, ale tym razem mógł sobie pozwolić na wydłużenie tego czasu. — A z Twojego towarzystwo niełatwo jest zrezygnować, więc trzeba świętować każdą okazję.
Longbottom był pod niemałym wrażeniem zwinności swego kompana. Nie był jednak w stanie powstrzymać odruchu, jakim było sięgnięcie po szampana, który niebezpiecznie chybotał się to w jedną, to w drugą stronę, gdy Elliott robił darmowy pokaz swojej gibkości na kanapie. Powstrzymał butelkę przed rozbiciem się na podłodze, chwytając ją w okolicy szyjki. Jego palce musnęły krótko materiał spodni Malfoya, aby prędko się od niego oderwać, co by przenieść butelkę w bezpieczne miejsce – na kolana Erika. W jego obecności ten alkohol się nie zmarnuje, lądując na salonowych panelach.
— Czyli udawanie, że problem nigdy nie zaistniał i odwrócenie od niego uwagi, to dobre rozwiązanie? — Spojrzał na Elliotta z niemalże dziecięcym zdziwieniem. Na krótką chwilę stał się w jego oczach istnym guru, który odkrywał przed nim jedną z wielu tajemnic wszechświata. — Przecież wtedy wałkują temat bez końca i wymyślają własne wersje, a potem sami sobie dopowiadają szczegóły! — Uniósł na moment ręce w górę w ramach żywej gestykulacji. — Chciałem tego uniknąć i wydać jakiś no nie wiem... Oficjalny komunikat! Broniłem honoru tego balu!
Wycelował papierosem w przyjaciela, unosząc lekko jedną brew do góry, jakby w ten sposób kwestionował, czy ten, aby na pewno wierzy w jego wersję zdarzeń. Nie chciał przypominać o zamieszaniu. Ba, nawet nie musiał! Przecież od zmiany Nory w bobra, a wywiadem minęło zaledwie kilka minut, to nie było tak, że znalazł dziennikarzy po godzinie i wtedy zaczął nalegać na rozmowę na temat incydentu! Po prostu zależało mu na tym, aby zyskać, chociaż minimum kontroli nad narracją. Biorąc pod uwagę, że już i tak pewnie będzie napiętnowany, jako jeden z „eksponatów” aukcji, to musiał jakoś przejąć ster nad tym, jakie wieści wypłynął z posiadłości.
To nie jedyne, w czym jesteś dobry i dobrze o tym wiesz, pomyślał, chociaż nie wypowiedział tych słów na głos. Podejrzewał, z jaką reakcją spotkałyby się takie słowa. Zaprzeczenie, dalsze tłumaczenie wraz z podaniem przykładów, a na koniec niechętna zgoda, nawet jeśli Malfoy by to w pełni nie uwierzył. Nie chciał dodawać mu zmartwień i pomagać we wzniesieniu kolejnego muru, który miał odgrodzić go od innych w ramach żałoby po żonie. Pomimo tego, że całkiem spora ilość alkoholu krążyła mu już we krwi, postanowił ugryźć tę sprawę od innej strony.
— Twoje talenty w kwestii radzenia sobie z naszą ukochaną prasą są godne podziwu, ale nawet gdybyś nie mógł mnie wesprzeć, to i tak doceniłbym Twoją obecność tutaj. Wystarczy, że po prostu jesteś z nami — powiedział, opierając czubek głowy o oparcie kanapy, opuszczając wzrok na siedzenie, gdy Elliott odwrócił od niego spojrzenie. — Poza tym, sprawiasz, że ten tłumek zdaje się nieco mniej... obcy. Nie, żebym uważał kogokolwiek z gości za wroga, więc miło mieć tu, chociaż kilka znajomych twarzy.
Zdawał sobie sprawę, że nie wszyscy przyszli tutaj przede wszystkim po to, aby wesprzeć aukcję charytatywną. Niektórzy przyszli dla zabawy, inni dla aukcji, a jeszcze co poniektórzy, bo zostali do tego zmuszeni lub po prostu się nudzili. Mimo to, że mieli różne intencje, Erik lubił widzieć tak duże grupy czarodziejów i czarownic razem, gdy razem faktycznie mogli wprowadzić jakieś zmiany i komuś pomóc. Pośród stolików, sof i alkoholi, bawiąc się przy dobrej muzyce, mogło się wydawać, że gości nie dzieli tak wiele, jak za progiem, gdy, chociażby na korytarzach Ministerstwa Magii tak wielu z nich musiało przywdziewać najróżniejsze maski. A może to po prostu idealistyczne pobudki Erika się odzywały po sporej dawce alkoholu i nikotyny, skłaniając go ku tej perspektywie.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞