17.09.2025, 09:18 ✶
– Bumfuzzle. Musiałam przeczytać to nazwisko jakieś dwadzieścia razy, zanim je zapamiętałam – przyznała Brenna, trochę ściszając głos, bo niekoniecznie chciała, aby wszyscy wokół wiedzieli, o kogo wypytuje Norę. Jej spojrzenie przesunęło się po lokalu, w swego rodzaju odruchu: niby po prostu się rozejrzała, a w istocie sprawdzała, kto jest w środku, gdzie siedzi, czy rozpoznaje twarze. – Hm… byli świadkami w pewnej sprawie, która nie daje mi spokoju. Myślę, że wiedzą dużo więcej niż mówią. Pytanie, czy milczą ze strachu, dlatego, że sami nie wiedzą, co wiedzieli, czy są w to zamieszani – westchnęła. Nigdy nie oczekiwała, że jej praca będzie prosta. Bywała żmudna, męcząca, i często trzeba było tygodni roboty, żeby przyniosła rezultaty. Ale ostatnio naprawdę nic nie szło po ich myśli. – Mieszkają w pobliżu.
Nie była zaskoczona, że Nora ich nie zna. Mogli nie lubić pączków albo kupować je gdzieś indziej lub po prostu wchodzili do klubokawiarni i wychodzili, nie podając imion – w końcu tak robiła większość klientów. Ale nie zaszkodziło zacząć wypytywania od znajomych właścicieli lokali, położonych w pobliżu miejsca zamieszkania kelnerów, prawda?
– Spytam może też Tessę, jej antykwariat leży całkiem blisko. I Jonathana, zdaje mi się, że słyszałam jakieś plotki o kimś z jego wydziału, kto nosi to samo nazwisko, może też uda się dotrzeć do kogoś, kto był z nimi na roku w Hogwarcie… Ale nieważne – stwierdziła, zbywając to machnięciem ręki, a potem podziękowała kelnerce, gdy ta pojawiła się przy ich stoliku z tacą. – Wiesz co? Moja definicja ciężkiego dnia uległa pewnym modyfikacjom. Jeżeli Londyn nie płonie, nikt nie ginie i tak dalej, to jest to zwykły wtorek – powiedziała lekko, posyłając Norze uśmiech znad kanapki. – Lepiej powiedz, czy wszystko dobrze u ciebie, skarbie. Jak sobie radzisz? Potrzebujesz czegoś?
Martwiła się o nią. Martwiła się o bardzo wielu ludzi, ale lokal Nory ucierpiał, w jej życiu prywatnym nie układało się najlepiej, i Spalona Noc postawiła na głowie całe jej życie. Patrzyła więc na nią niby z uśmiechem, ale też z jakąś uwagą, jakby miała nadzieję, że zdoła zajrzeć jej do głowy.
Po paru kęsach odłożyła kanapkę i upiła łyk herbaty, cudownie ciepłej: nadszedł już ten czas w roku, gdy chłód zaczynał dawać się we znaki, a ona wzięła dziś ze sobą trochę za lekki płaszcz.
Nie była zaskoczona, że Nora ich nie zna. Mogli nie lubić pączków albo kupować je gdzieś indziej lub po prostu wchodzili do klubokawiarni i wychodzili, nie podając imion – w końcu tak robiła większość klientów. Ale nie zaszkodziło zacząć wypytywania od znajomych właścicieli lokali, położonych w pobliżu miejsca zamieszkania kelnerów, prawda?
– Spytam może też Tessę, jej antykwariat leży całkiem blisko. I Jonathana, zdaje mi się, że słyszałam jakieś plotki o kimś z jego wydziału, kto nosi to samo nazwisko, może też uda się dotrzeć do kogoś, kto był z nimi na roku w Hogwarcie… Ale nieważne – stwierdziła, zbywając to machnięciem ręki, a potem podziękowała kelnerce, gdy ta pojawiła się przy ich stoliku z tacą. – Wiesz co? Moja definicja ciężkiego dnia uległa pewnym modyfikacjom. Jeżeli Londyn nie płonie, nikt nie ginie i tak dalej, to jest to zwykły wtorek – powiedziała lekko, posyłając Norze uśmiech znad kanapki. – Lepiej powiedz, czy wszystko dobrze u ciebie, skarbie. Jak sobie radzisz? Potrzebujesz czegoś?
Martwiła się o nią. Martwiła się o bardzo wielu ludzi, ale lokal Nory ucierpiał, w jej życiu prywatnym nie układało się najlepiej, i Spalona Noc postawiła na głowie całe jej życie. Patrzyła więc na nią niby z uśmiechem, ale też z jakąś uwagą, jakby miała nadzieję, że zdoła zajrzeć jej do głowy.
Po paru kęsach odłożyła kanapkę i upiła łyk herbaty, cudownie ciepłej: nadszedł już ten czas w roku, gdy chłód zaczynał dawać się we znaki, a ona wzięła dziś ze sobą trochę za lekki płaszcz.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.