17.09.2025, 09:43 ✶
Brenna nie wiedziała, co wpływało na Millie dobrze: bliscy, Księżycowy Staw, pewne decyzje, rzeczy, którymi mogła się zająć. Nie próbowała tego nadmiernie analizować, po prostu ciesząc się, że w jej przypadku wszystko zdawało się iść w dobrą stronę. Tak wiele rzeczy obracało się teraz w popioły i dobrze było, że coś, ktoś, zdołał z nich powstać.
Jeśli szło o nią, po potknięciu po prostu przyjęła strategię wędrowania dalej, tak szybko, jak mogła, ku konkretnym celom. Bez oglądania się, kiedy wreszcie dopędzą ją rzeczy, przed którymi umykała i jak wiele będzie musiała zostawić po drodze.
– Poprosiłam Thomasa o podobny zegarek, kupowaliśmy do niego niedawno części… Ma na wskazówkach nasze imiona i ma pokazywać, kiedy komuś coś grozi… myślałam, żeby powiesić go w salonie, ale jeżeli konstelacje będą to robiły, można ustawić go gdzieś indziej. Większa szansa, że ktoś coś zauważy – stwierdziła, na moment zamyślając się nad problemem pt. gdzie ustawić zegar. Normalnie może wzięłaby go do Warowni, ale cóż, Warownia w tej chwili… nie nadawała się na kryjówkę. – Może po prostu na razie stanie w salonie, a jak skończysz z konstelacjami, przeniesiemy go do kuchni – oceniła, gdy rozsiadły się już w pomieszczeniu i Brenna sięgnęła po kawałek pizzy. – Zamówiłam też u znajomego amulety… takie, na których będzie parę liter i można je zmieniać, to może pomóc na przykład wskazać konkretne miejsce czy datę spotkania.
Zamówiła je u Sama już jakiś czas temu, ale po Spalonej Nocy problem stał się trochę bardziej… palący. Ich ogromnym kłopotem podczas tych wydarzeń był brak komunikacji. Brenna miała dwa lusterka, ona i Heather opanowały fale, ale poza tym musieli polegać na punktach komunikacyjnych, do których wpadali i przekazywali sobie informacje. A to było mało efektywne.
– Sądzisz, że da się umieścić runy na ubraniach? – spytała, bo niezbyt się na tym znała.
Obserwowała Millie znad pizzy przez chwilę, zastanawiając się, czy celowo mówi w tak dwuznaczny sposób, czy to wychodzi przypadkiem, ale uznała, że chwilowo nie będzie analizowała głębiej, co tam się dzieje na piętrze Księżycowego Stawu i między kim. Ot obserwowała sytuację z daleka, na wypadek, gdyby trzeba było coś – albo kogoś – potem pozbierać, bez wtrącania się, jeżeli nie zauważy niczego niepokojącego.
– Nie przepraszaj, Millie, i nie jestem zła. Po prostu nie ściągajcie tu kolejnych osób, które nie są z nami od dawna. To już właściwie jedyna nasza w miarę bezpieczna kryjówka… i jest taką tylko dlatego, że leży w sumie na końcu świata i od lat nikt tu nie mieszkał, więc…
Jeżeli ktoś komuś o tym miejscu wspomni, to w sumie to miejsce będzie spalone. Niekoniecznie w metaforycznym sensie.
– Na razie oceniałam sytuację, załatwiłam parę rzeczy, będę gadała z rodziną, co dalej. Wynieśliśmy to, co ocalało. Muszę tam zabrać Thomasa albo Basiliusa, zanim zaczniemy działać na serio, bo tak jakby coś woła do mnie ze ścian. Najpierw myślałam, że odbiło mi do końca, ale ojciec też to słyszy, więc to chyba sprawa dla klątwołamacza – stwierdziła z westchnieniem, z myślą, że może powinna dziś spróbować złapać któregoś z chłopaków i zaprosić na wycieczkę klątwołamawczą. – Hm, a co oznacza ta arcykapłanka? I leci tylko w twoich rozkładach czy też jak… eee… stawiasz je innym? – spytała, odrobinę się wahając, bo omal odruchowo nie zaproponowała, żeby Millie postawiła tarota jej, ale zaczęła się zastanawiać, czy to nie wprowadzi jej tylko jeszcze większego zamętu w głowie… Musiała czuć się faktycznie zagubiona, skoro była gotowa szukać podpowiedzi w kartach. – To ci pomaga? W sensie, spytanie o coś kart. Masz je przy sobie?
Jeśli szło o nią, po potknięciu po prostu przyjęła strategię wędrowania dalej, tak szybko, jak mogła, ku konkretnym celom. Bez oglądania się, kiedy wreszcie dopędzą ją rzeczy, przed którymi umykała i jak wiele będzie musiała zostawić po drodze.
– Poprosiłam Thomasa o podobny zegarek, kupowaliśmy do niego niedawno części… Ma na wskazówkach nasze imiona i ma pokazywać, kiedy komuś coś grozi… myślałam, żeby powiesić go w salonie, ale jeżeli konstelacje będą to robiły, można ustawić go gdzieś indziej. Większa szansa, że ktoś coś zauważy – stwierdziła, na moment zamyślając się nad problemem pt. gdzie ustawić zegar. Normalnie może wzięłaby go do Warowni, ale cóż, Warownia w tej chwili… nie nadawała się na kryjówkę. – Może po prostu na razie stanie w salonie, a jak skończysz z konstelacjami, przeniesiemy go do kuchni – oceniła, gdy rozsiadły się już w pomieszczeniu i Brenna sięgnęła po kawałek pizzy. – Zamówiłam też u znajomego amulety… takie, na których będzie parę liter i można je zmieniać, to może pomóc na przykład wskazać konkretne miejsce czy datę spotkania.
Zamówiła je u Sama już jakiś czas temu, ale po Spalonej Nocy problem stał się trochę bardziej… palący. Ich ogromnym kłopotem podczas tych wydarzeń był brak komunikacji. Brenna miała dwa lusterka, ona i Heather opanowały fale, ale poza tym musieli polegać na punktach komunikacyjnych, do których wpadali i przekazywali sobie informacje. A to było mało efektywne.
– Sądzisz, że da się umieścić runy na ubraniach? – spytała, bo niezbyt się na tym znała.
Obserwowała Millie znad pizzy przez chwilę, zastanawiając się, czy celowo mówi w tak dwuznaczny sposób, czy to wychodzi przypadkiem, ale uznała, że chwilowo nie będzie analizowała głębiej, co tam się dzieje na piętrze Księżycowego Stawu i między kim. Ot obserwowała sytuację z daleka, na wypadek, gdyby trzeba było coś – albo kogoś – potem pozbierać, bez wtrącania się, jeżeli nie zauważy niczego niepokojącego.
– Nie przepraszaj, Millie, i nie jestem zła. Po prostu nie ściągajcie tu kolejnych osób, które nie są z nami od dawna. To już właściwie jedyna nasza w miarę bezpieczna kryjówka… i jest taką tylko dlatego, że leży w sumie na końcu świata i od lat nikt tu nie mieszkał, więc…
Jeżeli ktoś komuś o tym miejscu wspomni, to w sumie to miejsce będzie spalone. Niekoniecznie w metaforycznym sensie.
– Na razie oceniałam sytuację, załatwiłam parę rzeczy, będę gadała z rodziną, co dalej. Wynieśliśmy to, co ocalało. Muszę tam zabrać Thomasa albo Basiliusa, zanim zaczniemy działać na serio, bo tak jakby coś woła do mnie ze ścian. Najpierw myślałam, że odbiło mi do końca, ale ojciec też to słyszy, więc to chyba sprawa dla klątwołamacza – stwierdziła z westchnieniem, z myślą, że może powinna dziś spróbować złapać któregoś z chłopaków i zaprosić na wycieczkę klątwołamawczą. – Hm, a co oznacza ta arcykapłanka? I leci tylko w twoich rozkładach czy też jak… eee… stawiasz je innym? – spytała, odrobinę się wahając, bo omal odruchowo nie zaproponowała, żeby Millie postawiła tarota jej, ale zaczęła się zastanawiać, czy to nie wprowadzi jej tylko jeszcze większego zamętu w głowie… Musiała czuć się faktycznie zagubiona, skoro była gotowa szukać podpowiedzi w kartach. – To ci pomaga? W sensie, spytanie o coś kart. Masz je przy sobie?
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.